Vater unser im Himmel, geheiligt werde dein Name… Spierzchnięte usta bezgłośnie powtarzały tekst modlitwy, nie biorąc się z prawdziwej wiary. Słowa przesuwały się po języku suche, ciężkie, wyuczone jeszcze w dzieciństwie, kiedy ojciec kazał jej klęczeć na lodowatej posadzce rodowej kaplicy i powtarzać je tak długo, aż przestanie drżeć z zimna, bo Bóg nie chce oglądać jej słabej. Teraz, te same słowa, brzmiały jak zaklęcie rzucone przed siebie w ciemność. Jakby kilka sylab mogło zatrzymać śmierć, jakby modlitwa, w którą nigdy naprawdę nie wierzyła, mogła być skuteczniejsza niż srebro i trucizna.

Dein Reich komme. Dein Wille geschehe, wie im Himmel so auf Erden… Brązowe oczy wbijały się w wiszącego Chrystusa, bladego i cierpiącego, zastygłego nad rodzinną kryptą jak niemy świadek wszystkich win Eisenhartów. Pod wyrzeźbioną w drewnie sylwetką stały urny – jedna z prochami ojca, druga z matką, której nigdy nie zdążyła poznać. Oboje milczą tak samo.

Unser tägliches Brot gib uns heute. Und vergib uns unsere Schuld, wie auch wir vergeben unsern Schuldigern… Zanim opuściła kryptę, zapaliła świece. Jedną dla ojca, drugą dla matki, a trzecią, choć nie wiedziała właściwie dla kogo, postawiła pod drewnianym Chrystusem, którego twarz ginęła w drżącym świetle płomienia. Przez chwilę stała bez ruchu, z dłonią zawieszoną przy knocie ostatniej świecy. Modlitwa dogasała niedokończona przy jej ustach... Potem cofnęła się o krok, spojrzała jeszcze raz po urnach i omiotła wzrokiem cierpiącą sylwetkę nad nimi, jakby czekała na znak. W krypcie odpowiedziała jej tylko cisza.

Und führe uns nicht in Versuchung, sondern erlöse uns von dem Bösen… Słowa modlitwy wróciły do niej później, kiedy stanęła nad ciężkim, ciemnym blatem w ciasnym, skąpanym w mroku gabinecie. Przed nią leżały cienkie fiolki, srebrna igła i starte na proszek zioła oraz inne, rzadsze składniki. Odmierzyła wszystko powoli, z precyzją wyniesioną z lat ćwiczeń i kar; i tym razem nie drżała, mając więcej wiary w swoje ręce niż w Boga, który został jej przedstawiony przez ojca.

Denn dein ist das Reich und die Kraft und die Herrlichkeit in Ewigkeit... Amen. Przyjrzała się fiolce i wsunęła ją do skórzanego pasa, między pozostałe trucizny. Przesunęła palcami po kuszy, sprawdziła naciąg, ostrze przy udzie i przygotowała srebrne bełty z haczykowatą końcówką, stworzoną nie po to, by gładko wejść w ciało, ale by tam zostać; raz wbity grot rozchylał się pod skórą jak żelazny cierń. Nie prosiła już o ochronę. Jeśli Bóg miał milczeć, ona zamierzała być cholernie głośno.