⊹
Pisanie wątków
⊹
✧
Pod kartami postaci pozostawiamy jedynie komentarze odautorskie!
✧
Aby rozpocząć rozgrywkę fabularną/wątek/fabułę z inną postacią, opublikuj post z opisem wątku.
Do treści posta możesz (nie musisz) użyć gotowego kodu. Historię rozpisujecie w komentarzach pod tym właśnie postem. Obowiązujące etykiety: imiona i nazwiska postaci biorących udział oraz hasło wątek.
✧
Aby orientować się w prowadzonych wątkach proponujemy, nie jest to jednak obowiązkowe, aby założyć post z chronologią.
Aby założyć post z chronologią możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z chronologią z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj chronologię w karcie postaci.
✧
Stwórz post opisujący istniejące relacje Twojej postaci.
Aby założyć post z relacjami możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z relacjami z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj relacje w karcie postaci.
✧
Wskazane jest publikowanie opowiadań o Twojej postaci, ale nie są one obowiązkowe. Chcemy o twojej postaci wiedzieć jak najwięcej!
Skorzystaj z wzoru na początek opowiadania. Do każdego opowiadania dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, opowiadanie.
✧
Nie musisz, ale możesz pokusić się o założenie posta z telefonem postaci.
Aby założyć post z telefonem postaci możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z telefonem z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj telefon w karcie. Do każdego posta z telefonem dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, telefon.
⊹
Limity czasowe
⊹
✧
Aby nie przysłaniać zbyt często treści innych autorek i autorów, narzucamy limity czasowe.
✧
Pomiędzy kartą postaci a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.
✧
Pomiędzy karta postaci a opowiadaniem — 24h plus minimum 2 komentarze pod opowiadaniem.
✧
Pomiędzy karta postaci a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a kartą postaci — 1h bez limitu względem komentarzy.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a opowiadaniem — 1h bez limitu względem komentarzy.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a rozgrywką fabularną — brak limitu.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a opowiadaniem — 24h oraz co najmniej 2 komentarze pod opowiadaniem.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.
⊹
Obecności i urlopy
⊹
✧
Na blogu występują comiesięczne listy obecności trwające tydzień. Karty postaci osób, które nie zgłosiły obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych.
✧
Aby uniknąć przesunięcia karty do wersji roboczych, należy zgłosić urlop w odpowiednim dziale. Maksymalny czas urlopu to dwa miesiące. Po tym czasie karty postaci danej osoby zostaną przeniesione do wersji roboczych.
✧
Jeśli zniknęliście a marzy wam się powrót, chęć tę należy zgłosić w odpowiednim temacie. Cieszymy się, że do nas wracasz! No hard feelings. ☺
Wczorajszy dzień zakończył kolejną kłótnią z siostrą, która sprawiła że znowu nie potrafił długo zasnąć. Aż do trzeciej nad ranem leżał pośród ciemności wbijając oczy w sufit i zastanawiając się, czy czasem nie powinien wreszcie wyjawić jej prawdy o swojej profesji. W końcu nie pierwszy już raz roztrząsał tę kwestię, nieodmiennie dochodząc jednak do wniosku, że im mniej wiedziała o jego poczynaniach, tym bezpieczniejsza była. Z jednej strony stale dręczyły go przez to wyrzuty sumienia, ponieważ czuł się zwyczajnie podle zbywając jej niepokój nic nieznaczącymi zapewnieniami o legalności interesu, w jaki wpakował się jeszcze jako nastolatek. Z drugiej obawiał się, że jeśli mała pozna fakty, będzie próbowała do niego dołączyć, upierając się że polując we dwójkę, będą mieli większe szanse w starciu z wampirami. Być może miałaby nawet rację. Z tym że dokładnie w chwili, w której by to zrobiła, zostałaby z automatu wciągnięta na długą listę niepokornych Łowców, nie zawsze z pochyloną głową trzymających się ściśle starych zapisów w grubych księgach. Nie zamierzał jej na to pozwolić, więc milczał uparcie już przez ponad dwadzieścia długich lat. Nie przyznał się nikomu, gdy jeden z nich ściągnął go prosto z ulicy jeszcze za dzieciaka, oferując sporą kwotę za rzekome przespanie się z jakimś bogaczem, któremu nie chciało się akurat ruszać z willi na przedmieściach. Z całości zgadzała się jedynie willa. Przynajmniej tak to zapamiętał. A teraz ? Cóż, najlepsze i najłatwiejsze do pokonania kąski przywłaszczali sobie, uznając że skoro zdecydował się na jakiekolwiek bliższe kontakty z potworami, powinien za to zapłacić odrzuceniem. Nie całkowitym, bo wyalienowany Łowca szybko mógłby stać się dla nich jeszcze groźniejszy niż po prostu buntujący się. Woleli mieć go pod kontrolą, ale jednocześnie nie chcieli ryzykować własnych kończyn, krwi, potu i diabeł wie czego jeszcze w otwartym starciu z najbardziej drapieżnymi osobnikami. Po co mieliby ryzykować, skoro we własnych szeregach i tak mieli sporo takich wyrzutków jak Oren ? Zwłaszcza że o nagłe zniknięcia takich samotników jak on rzadko kto pytał. Idealny układ, gdy miało się do sprzątnięcia sprytnego drapieżnika od wielu miesięcy zabijającego młodzieńców z najbardziej wpływowych rodzin miasta.
OdpowiedzUsuńTego wieczora zerknął jeszcze raz na rysopis celu. Niewiele informacji, bo dla większości tych chłopaków nie udało się przed nim uciec, a nawet jeśli, rzadko kiedy docierali na posterunek policji. Wzrost: ok. 170 cm, więc raczej średni jak na mężczyznę. Przynajmniej w dzisiejszych czasach, bo kto wie ile już wieków szwendał się po tym świecie. Chrapliwy głos. Kręcone włosy o bliżej nieokreślonym kolorze, bo świadkowie mieszali się w zeznaniach. Ostatni obszar działania: okolice Grosvenor Square. Upewnił się, że wszystkie niezbędne sprzęty w trakcie trwania tej misji rzeczywiście znajdowały się w poprzecieranym plecaku stojącym przy drzwiach: nóż na wypadek, gdyby na drodze stanął mu jakiś niemający o niczym pojęcia idiota, załadowana myśliwska strzelba, rewolwer S&W z noktowizorem, również załadowany, zapas srebrnych pocisków i promiennik podczerwieni. Wszystko wydawało się na swoim zwykłym miejscu. Wystarczyło tylko zarzucić go na plecy, wsiąść na motor i ruszyć we wskazanym kierunku, mając nadzieję że i tym razem zdoła się wrócić o własnych siłach.
Od kilku nocy chodziła jakaś niespokojna. Nie mogła się skupić na pracy, warczała na każdego kto się nawinął a w domu nie było lepiej. Potem zamknęła się w swoich pokojach i nie wpuszczała nikogo. Nie mogła spać w ciągu dnia. Gdy tylko zamykała oczy przesuwała miała nieodparte wrażenie, że coś się wydarzy. Nawet żerowanie czy seks nie rozładował jej napięcia. Nawet teraz, gdy obok niej odsypiał dzisiejszy kochanek i mimowolnie zacisnął ramię wokół jej nagiej talii mrucząc coś sennie. Odwróciła się by na niego spojrzeć. Niewinny, ale i potrzebny do jej istnienia. Jak i pozostała służba domowa wymieniająca się co parę dni. Westchnęła ciężko rozsuwając nieznacznie kotary, aby zobaczyć, która dokładnie to była godzina. Litości - była 15, wiec rzeczywiście spała cztery godziny. Dotknęła skroni, jakby ja miała dopaść migrena. Nie żeby ja cos tak trywialnego ludzkiego miało dopaść. Raczej przyzwyczajenie, takie jak w przypadku silnego wyburzenia, gniewu czy irytacji, przechodziła na francuski. Mimo dziesiątek lat, nigdy w pełni nie mówiła bez obcego akcentu.
OdpowiedzUsuńSłońce nadal prześwitywało przez nieszczelne kotary, ale musiała wstać. Wysupłała się z objęć kochanka i nałożyła na swe nagie ciało szlafrok przywiązując luźno w pasie i wyszła na korytarz.
- moja pani? - zapytała zdziwiona służka, gdy ja zobaczyła.
Nie zwróciła na nią uwagi idąc dalej korytarzem w stronę biblioteki. Może jak się skupi na czytaniu, to jej przejdzie?
Dotarła do celu i wzięła do ręki pierwsza lepsza książkę. Im byłaby ona nudniejsza tym lepsza na sen. Inaczej jej samokontrola legła by w gruzach i w końcu by ktoś stracił życie, czego nie zrobiła od bliska 50 lat. Najwyższy dotąd rekord. Ale wystarczyła jej służba, którą miała, wobec czego nie musiała tak często polować.
Rozległo się pukanie.
- wejść! - drzwi sie rozsunęły i stanęła w drzwiach Emily, ochmistrzyni. - o co chodzi? - zapytała nie odrywając wzroku znad akapitu.
- moja pani, jest dzien.
- zdaje sobie z tego sprawę.
- czy wszystko jest w porządku? Zawołać kogoś? Martwimy sie - Isobel westchnęła w duchu, pewna że cały dom już zna najświeższe domowe plotki.
- Nie. - odparła sucho odpowiadając praktycznie na oba zadane pytania- Jednak posprawdzajcie szczelność kotar w całym domu. Możesz odejść.
- Jak sobie życzysz. Zaraz rozporządzę polecenie - kiwnęła głową i się wycofała. Została sama. A w sumie była przez chwilę, gdyż gdzieś było otwarte okno i wleciał do pokoju Artemis, przysiadając na poręczy. Przekręcił głową wpatrując się w nią.
Ponownie westchnęła zakładając zakładkę i spojrzała na ptaka. Kraa kraa.
- Sama nie wiem. Nosi mnie a niewiedza wcale nie pomaga - dotknęła dzioba. Skubnął ja pocieszająco. Zaczęła ziewać. - zostań - mruknęła sennie. Nie wiedziała kiedy znowu zamknęły jej się powieki. Widocznie napięcie i wyczerpanie zrobiły swoje, gdyż tym razem już się nie obudziła. Za to jak nastał wczesny wieczór, odkryła, iż ponownie została przeniesiona do sypialni, w której po przebudzeniu była sama. Przez krótką chwilę, gdy służba weszła do pokoju ze świeżymi ubraniami i kieliszkiem czerwonego wina. Wzięła go do ręki i wypiła duszkiem. Gestem nakazała dolać.
- mam ochotę pobiegać. Przynieście mi mój strój do biegania. - powiedziała biorąc następny łyk. Sięgnęła po telefon leżący na komodzie, podczas gdy służki uwijała się w pokoju, a sama Isa stanęła na podłodze w satynowej ciemnofioletowej koszulce sięgającej do ud i przeniosła się na fotel.
Czego się tej nocy nie spodziewała? Że wywróci jej życie do góry nogami i będzie ono dynamiczne.
Po sprawdzeniu wiadomości, odpisaniu na nie, przeczytaniu maili, w końcu się ubrała. Dobra była to noc na bieg, który to wpierw zrobiła wokół domu a potem przeniosła się w okolice miasta.
Świst wiatru uderzającego o motor pozwolił mu zapomnieć o wczorajszej kłótni i trochę się wyluzować. Wieczorna mgła osiadająca na ubraniu w malutkich, przezroczystych kroplach mająca mu towarzyszyć aż do celu utrudniała robotę, ale nie zakładał by miała pokrzyżować mu plany. W końcu tak ponura pogoda nie była w Londynie niczym nowym. Prawdę powiedziawszy w pewnym okresie treningów zdążył ją nawet w pewnym stopniu polubić, bo pozwalała się lepiej maskować także śmiertelnikom. Przynajmniej dopóki przypadkiem się o coś nie potknęło, przecinając skórę, bo wampiry zapach krwi potrafił przyciągać nawet z najdalszych zakątków tego przeklętego miasta. Szczególnie te wyjątkowo stare i wygłodniałe. Ostatnie pół kilometra pokonał bez włączonych świateł, nie chcąc przyciągać niepotrzebnej uwagi. Wystarczyło że silnik pojazdu przez cały czas mruczał równomiernie wygrywając swoją własną melodię. Nie musiał być jeszcze widoczny. Dotarłszy na miejsce, ukrył go w niewielkiej drewnianej budce, którą pozostawili tu po sobie robotnicy, gdy ostatni raz coś remontowali. Sam zaś przyczaił się za jednym z filarów strzegących dojścia do dawnego domu pałacowego ogrodnika, obecnie przerobionego na cukiernię za dnia oferującą tradycyjne wypieki mające rzekomo swym smakiem nawiązywać do dawno minionych wieków. Podświadomie zawsze przeczuwał, że to kolejny reklamowy blef chytrych sklepikarzy, ale biorąc pod uwagę tłumy ją odwiedzające, reszta społeczeństwa chyba się nad tym nie zastanawiała. Cóż…i tak nie przyszedł tu dzisiaj, żeby zaspokoić głód. Przynajmniej nie fizyczny, bo te parę dni spędzonych jedynie przed ekranem komputera na przetrząsaniu darknetu w poszukiwaniu nieoficjalnych wiadomości o wszelkich niewyjaśnionych napaściach na ludzi w okolicy, czy włamywaniu się do baz danych organów ściągania z nadzieją na znalezienie tam rysopisów sprawców podobnych zabójstw, sprawiło że teraz oprócz metalicznego smaku adrenaliny w ustach czuł także słodkawą nutę napięcia większego niż zazwyczaj w tego typu sytuacjach. Krótko mówiąc, przez ten cały czas jego umysł wariował z powodu braku akcji, chwytając się wszelkich innych zajęć, byle tylko do końca nie pogrążyć się w otchłani szaleństwa. Tego wieczora, powoli acz nieubłaganie przemieniającego się w chmurną noc miało się to zmienić. Szósty zmysł wyczulony przez lata ćwiczeń podpowiadał mu bowiem, że jego ofiara miała pojawiać się lada chwila. Samotny młodzieniec mający najwidoczniej wyjątkowo duże problemy ze snem, skoro o drugiej nad ranem zamiast leżeć grzecznie w ciepłym łóżku szwendał się bez wyraźnego celu po parku, mrucząc coś sam do siebie wydawał się dość łatwym celem dla prawdopodobnie wiekowego już drapieżnika.
UsuńNie mylił się. Wystarczyło poczekać niecałe dziesięć minut, wpatrując się w obraz rzucany przez noktowizor, by wprawne oko wychwyciło nieznaczny ruch przy południowej bramie przemykający się od jednej plamy cienia do drugiej. Starannie unikającego jakiegokolwiek kontaktu ze wszelkimi refleksjami ulicznych lamp. Trudne zadanie, biorąc pod uwagę że rodzina księcia Westminsteru jeszcze przed urodzeniem Orena zatroszczyła się o wyjątkowo dobre oświetlenie swych włości, ale nie niemożliwe do wykonania dla tak poniekąd fascynującej istoty. Być może zabrzmiałoby to wyjątkowo dziwnie wypowiedziane na głos, ale mężczyzna jednocześnie na nie polował, jak i zarazem się nimi fascynował. Odczekał jeszcze trochę i dopiero, gdy upiór zbliżył się do nieszczęśnika na wyciągnięcie dłoni, wystrzelił z podpartej na pośpiesznie skleconym stojaku strzelby. W tym fachu nigdy nie należało się śpieszyć, jeśli nie chciało się samemu wylądować na talerzu. Miał pecha, bo akurat gdy srebrna kula przecinała powietrze chłopak schylił się, by zawiązać buta, a jego prześladowca odsunął się nieznacznie, by nie dostrzegł go, zerkając przypadkowo w tył. Wleciała w krzaki, raniąc przyczajonego w nich szopa, którego głośne skargi nakazały bestii rozejrzeć się uważnie. Przez parę sekund jej spojrzenie spoczęło nawet na filarze, za którym siedział, przyprawiając go o przyśpieszone bicie serca, lecz ostatecznie znów skupiło się na kolacji. Nie zamierzając ryzykować kolejnej porażki, Walsh zdecydował się opuścić swoją dotychczasową kryjówkę. Zresztą zdążył już trochę przymarznąć, a ostatnim co mu się marzyło było z pewnością złapania przeziębienia, o co w tym klimacie było wyjątkowo łatwo. Problem w tym, że jako śmiertelnik nie poruszał się tak sprawnie jak jego przeciwnik, toteż co jakiś czas chcąc nie chcąc pojawiał się w jaśniejszych miejscach, a wtedy jego czarne ubranie przyciągało uwagę niczym wiszący na granatowym niebie księżyc w pełni. Szlag, dobrze że wampir w międzyczasie zdążył już przyssać się do szyi młodzieńca, bo w innym wypadku sam mógłby zamienić się z nim na miejsca. Sto metrów wydawało się sensowną odległością, by wyjąć rewolwer z kieszeni kurtki i wysłać kolejną salwę. Tym razem udaną, bo nieprzyjaciel syknął charakterystycznie, odrywając się nagle od swojego posiłku, który natychmiast zaczął uciekać. Niezaspokojone i wyraźnie wściekłe monstrum skupiło się zaś na facecie, który miał czelność przerwać mu konsumpcję. Jedynym zresztą nadal pozostającym na placu, więc o pomyłce nie mogło być mowy.
Usuń- Głupi człeku, czyś wiesz coś właśnie uczynił ?! – Warknął wściekle, dosłownie rzucając się w kierunku szatyna, w akcie desperacji wypalającego do niego kolejny pocisk.
UsuńMusiał utknąć w lewym ramieniu, bo cała ręka od razu zaczęła bezwładnie zwisać. Wystraczająco przygnębiający efekt, by rozproszyć uwagę nieśmiertelnego dostatecznie długo, by z głębi plecaka zdążył wydobyć nóż. Kiepska broń w otwartym starciu do jakiego miało właśnie między nimi dojść, bo stalowa, ale lepsza niż żadna. Przecież i tak szarpiąc się z wielowiekową bestią nie mógłby skorzystać nawet z swojego krótkiego S&W. Do tego potrzebował przynajmniej kilku metrów wolnej przestrzeni, a tej brakowało mu nawet obecnie. Szarpanina na śmierć i życie była dosłownie nieunikniona.
Nie wiedział ile dokładnie trwała, bo w pewnym momencie przestał odczuwać cokolwiek oprócz okropnego bólu przeszywającego mu prawie każdy element ciała. Krwi ich obu walało się wokół na tyle dużo, że można by ją było zapakować w beczki i sprzedawać jako farbę do ścian, co zauważył dopiero, gdy pierwsze słoneczne promienie padły na pobojowisko. Zwróciwszy zawartość żołądka, dostrzegł sztywne ciało leżące pod najbliższą ławką. O dziwo w całym tym szale musiał nie zarejestrować która kulka zabiła wreszcie tego diabelskiego pomiota. Zresztą czy to takie ważne ? Grunt że był martwy, a on jakimś pierdolonym cudem przetrwał jeszcze jedną noc. To czy uda mu się natomiast przeżyć dzień można było już poddać dyskusji, bo stracił siły niezbędne chociażby do samodzielnego podniesienia się na równe nogi. Mógł jedynie doczołgać się z powrotem do budki, w której porzucił motor i czekać cierpliwie aż odnajdzie go jakaś dobra duszyczka. Albo również tam paść, jeżeli pomoc przyjdzie za późno. Był już w takim stanie, że tak po prawdzie mało co go to obchodziło. Nie myślał nawet o tym w jaki sposób przetrwa bez niego Tamara. Chciał jedynie osunąć się w nicość. Najlepiej na zawsze.
Nie myślała podczas biegu. Praktycznie całkiem sie wyłączyła. Nogi niosły ja w różne kierunki. Inni pewnie by sie z niej śmiali. Biegała? A po co? Do niczego to nie było potrzebne. Jednak Isa myślała o tym inaczej. Nawet budowanie "kondycji" do czegoś się przydawało i nie tylko jako hobby. A teraz, to chyba zamierzała przebiec cale miasto. Raz tylko w połowie nocy zajrzała do swego lokalu. Nie żeby postraszyć personel nagłym nalotem ich właścicielki, acz w ich minach widziała, iż tak pomyśleli. Cień zadowolenia przemknął przez jej twarz, gdy ruszyła do biura. Wyszła z niego po godzinie, zostawiła instrukcje dla zastępcy i weszła dalej w noc.
OdpowiedzUsuńByła bliska parku, gdy wyczuła na tym obszarze napięcie. Zmarszczyła brwi. Chciała ominąć ten teren, ale instynkt miał coś innego na myśli i bardzo stał się męczący. Zatem bieg zmienił sie w trucht a potem szybki marsz, aby w końcu całkiem zwolnić. Weszła znudzonym krokiem. Nic specjalnego. Parę maruderów przemykających przez park i starających sie udawać, że ich nie ma. Jeden siedzący na ławce, jakby na coś czekał mimo późnej pory nocnej, albo tez wczesnej rano. Zależy jak na to spojrzeć. Miała jeszcze czas, by sie włóczyć po mieście. Wyszła inna bramą, wyczuwając drgania nocy innego wampira, ale nie zwróciła na to uwagi. Czasem lepiej nie wiedzieć, w jakich interesach sie pobratymcy obracają.
A potem pluła sie w brodę, ze nie została. Wypadki potoczyły sie dynamicznie, bo uporczywie wciąż krążyła wokół parku nie oddalając sie od niego zbytnio, więc w następnym okrążeniu wyczuła krew. Świeżą posokę utoczoną niedawno. Roznosiła się ona po całym parku niczym kompas, gdzie miała iść. Musiała się mocno powstrzymać, przed wysunięciem kłów i zapanowaniem nad głodem, zanim weszła w tę rzeź. A krwi było wszędzie.
Stanęła nieruchomo, aby w pełni objąć ten krajobraz. Zignorowała pierwsze promienie słoneczne jak tylko padły na jej bladą skórę. Miała jeszcze czas, aby sie schować. Rozdzwonił się jej telefon, ale go zignorowała, gdy szła śladami krwi, do wampira, którego zarejestrowała wcześniej - już sie powoli obracał w popiół.
Były też inne ślady. Podążyła nimi aż w końcu do celu dotarła. Delikatnie mówiąc, aż dziwne było, że jeszcze słyszała jego puls. Był słaby, gdy go sprawdziła a patrząc na ilość krwi, w każdej chwili on sam mógł zejść z tego świata. Kolejny sygnał telefonu, oderwał ja chwilę od oględzin.
- pani?
- w tej chwili przyślijcie samochód. To sytuacja awaryjny.
- czy coś ci grozi?
- Osobiście nie, ale nie jestem sama - odparła znużona, jednocześnie łagodnie badając obrażenia. - Niech ambulatorium będzie przygotowane. Macie 10 minut. - zakończyła rozmowę. Tyle mniej więcej sie orientowała ile, może mieć czasu do stanu krytycznego. Jeszcze nie, acz był blisko.
Znała go, jakże by inaczej. Z pewnego oddalenia przyglądała sie jego rozwojowi. Ostatnia rzeczą była myśl, że go teraz zobaczy, jak umierał.
Pokręciła głową. O nie!
Jeszcze nie. Owszem, mogła go po prostu zanieść do szpitala, ale nie zdążyła by na czas. Za daleko. Jedną z nielicznych opcji, byłoby po prostu go zmienić, jednak wola by ofiary, ewentualnie kandydaci, mieli wolną wolę. Inną opcją było podanie jej krwi, aby zapauzować rychłe przejście do domu Abrahama.
- nawet o tym nie myśl - mruknęła nie mówiąc konkretnie do nikogo.
Podniosła jego głowę, by podłożyć pod ramie a druga zaś nagryzła swój nadgarstek i podała mu pod usta.
Nic sie nie wydarzyło.
Usuń- Oren - warknęła lodowato - pij. Nie umrzesz tutaj dzisiaj. Przełknął w odruchu, potem drugi raz nim całkiem odpłynął. Szczęście dla niej, że leżeli w cieniu, ale ten szybko sie zmniejszał. Czuła nadchodzący dzień, ale z uporem zmusiła się do nie zasypiania.
Nie wiedziała, ile zeszło, gdy w końcu samochód z zaciemnionymi szybami sie pojawił i wyszli jej ludzie.
- pani!! - podbiegli. - ta krew...
- To nie moja krew - ucięła szybko - zabierajcie nas stąd... i weźcie jego motor - jęknęła, gdy słońce musnęło jej skórę, która po chwili zaczęła skwierczeć i czerniec. Ktoś narzucił na nia ciemny płaszcz i zaniósł do auta, ktoś inny zabrał chłopaka a potem ruszyli z piskiem opon.
Na szczęście udało im sie ominąć poranne korki, gdy zjeżdżali w boczną drogę. Isobel wychynęła głowę znad płaszcza i przyglądała mu sie. Miała na sobie jego krew, chociaż na ciemnym nie było jej widać, to i tak ja czula, co wcale nie poprawiało jej samopoczucia.
- ile jeszcze? - warknela lodowato, majac wrazenie, ze czas umyka.
- mniej niż minuta, pani. + Odparł kierowca przyspieszając az wjechali na żwirowa drogę prowadzącą do posiadłości albo bardziej na jej tyły, gdzie był podziemny parknig.
Resztę pamiętała jak przez mgłę. Dwie różne grupy przekrzykiwały sie aż w końcu je uciszyła.
- Wez go. Nic mi nie jest. Lekkie oparzenia. Będę oczekiwać raportu.
Nosze na kółka szybko go zabrały do ambulatorium, który był też dobrze zorganizowanym szpitalem, a gdzie teraz od razu Oren trafił na stol operacyjny.
Operacja trwała kilkanaście godzin. Przetoczono kilka litrów odpowiedniej grupy krwi, poskładano rękę i przy okazji udo, które sie przemieściło i przebiło skórę, gdy go pobieżnie umyto, gdzie je trzeba było nastawić na miejsce i włożono w szynę, o czym pewnie sam Oren nie wiedział. Złamane zebra przebiły płuco. Groziła mu sepsa, jednak krew Isy pomogła zatamować wewnętrzne krwawienie na tyle, ze to ustało i zasklepiło dziurę. Trzeba było tez ściągnąć zgromadzoną wodę w organizmie. Już teraz widać było wypływające różnej wielkości siniaki. Nie mówiąc o potężnym krwiaku z tyłu głowy. By nie czuł bólu, wprowadzono go w śpiączkę.
Chirurdzy zrobili co mogli i teraz czas pokaże czy z tego wyjdzie.
Isobel nie chciała pomocy mówiąc, że oparzenie sie samo zagoi, jednak zmieniła ubranie na świeże, bo jego krew nie pomagała w dyscyplinie. Już teraz chciała tam iść i na nim zerować, jednak któraś z jej owiec podejrzewając jej stan ducha sama przyszła. Zaczęła się posilać, tym razem gwałtowniej.
Musieli ja potem silą z niego ściągać, aby go nie zabiła przypadkowo, mimo pory dnia nadal ja posiadała, a potem sama opadła z siły trzęsąc się nad możliwością popełnienia zgonu. Dawno tak nie straciła nad sobą panowania. Obudziła sie po paru godzinach snu, nadal był dzień i wezwała medyków. Wysłuchała a potem odprawiła.
Westchnęła głucho. Prawie go straciła. Teraz sobie wyrzucała, iz powinna była zostać, ale mleko sie rozlało. Musiała czekać dobę, czy przeżyje - jeszcze nigdy tak jej sie nie dłużyła, gdy zdecydowano sie go powoli wybudzać. Nie było jej przy tym - ze względów bezpieczeństwa. Po domu chodziła bez celu, milcząca, ignorująca. Służba się martwiła.
Pierwszym odczuciem towarzyszącym mu po wybudzeniu ze śpiączki było kompletne niedowierzanie, które dość szybko przeszło w strach. Nie wiedział gdzie się znajduje, za to zdawał sobie aż zanadto sprawę z faktu, że nie powinien przeżyć tej nieszczęsnej walki. Widział już podobne sceny podczas polowań zbiorowych, w dawno minionych czasach, zanim któryś z braci nie odkrył jeszcze przypadkiem jego dość bliskich relacji z niektórymi wampirami i nie doniósł o tym pozostałym, a ci nie uznali go za zagrożenie dla ciągłości trwania wszelkich zrzeszeń Łowców. Czyżby trafił na drugą stronę, jakkolwiek by jej nie nazywać ? Uchylił powoli powieki, rozglądając się uważnie dookoła. Ostre światło żarówek odbijające się od starannie wysterylizowanych płytek poraziło mu wzrok, zmuszając do gwałtownej serii mrugnięć. Potrzebował dłuższej chwili, by móc skupić go na czymkolwiek w pobliżu. I tu pojawił się kolejny problem – obrazy roztaczające się przed jego oczami posiadały nieostre kontury. Przybierały dziwaczne kształty i kolory jakby znajdował się pod wodą. Tyle że wciąż mógł oddychać. Może nie całkiem swobodnie, bo nie pozwalał mu na to okropny ból w żebrach, świadczący jak bardzo pomylił się, zakładając że wreszcie wezwał go przed swoje oblicze bóg, czy inny wytwór ludzkich wierzeń, ale jednak. Pomijając już fakt, że mimo stale pracujących wentylatorów chłodzących powietrze w pomieszczeniu, niemal dusił się z gorąca. Wniosek był prosty – nie mógł zostać ani chwili dłużej wśród tych dziwacznych istot rodem z sennych koszmarów. Za wszelką cenę musiał wydostać się na zewnątrz. Poczuć na skórze życiodajne ciężkie krople, od których obecnie oddzielały go szyby zamontowane w wysokich oknach. Uciec do swojej małej samotni pod miastem, o której istnieniu nie wiedziała nawet Tamara. Odpocząć i wyleczyć rany, by potem móc odebrać należną nagrodę. Wrócić do Newham, by móc znowu stać się jej rycerzem na znowu nie tak białym koniu. Ignorując ból szarpiący mu każdy nerw niczym wygłodniała wataha ulicznych kundli oraz wyraźne omamy, zaczął powoli podnosić się do pozycji pionowej. Niestety niemal natychmiast zacisnęły się na nim ręce potworów, uniemożliwiając postawienie choćby jednego kroku. Na nic zdały się usilne próby wyszarpania się im poparte groźbami i soczystym słownictwem. Któryś z nich najwidoczniej wstrzyknął mu jakiś zastrzyk, bo znowu pogrążył się w błogiej nicości.
UsuńMimo prób i bolącej części ciała, nie udało jej sie ponownie zasnąć. Przebrała się bez pomocy w luźną sukienkę i wychynęła głowę ze swej sypialni na korytarz. Przeklęła pod nosem widząc odkryty korytarz. Nie miała ochoty wzywać służby, tylko po to aby go zasłonili. Wróciła więc po ciemny płaszcz z kapturem i wyszła uważając na jasne miejsca. Na rogu przestraszyła służkę, która szła z naręczem świeżo wyprasowanej pościeli i ja wypuściła mając ochotę zrugać intruza, ale zamarła widząc ją.
OdpowiedzUsuń-..p..p...pani, ja... - zaczęła się jąkać schylając sie by podnieść pranie. Chciała stąd zniknąć, jednak Isa nie miała jej tego za złe. - nie widziałam, że pani tu jest.
Westchnęła.
- Jesteś tu nowa? - spojrzała na nią poprawiając kaptur na głowie.
- tak, proszę pani.
- Mabel rozumiem przedstawiła ci warunki?
- tak, proszę pani.
- Dobrze... - zaczęła, ale jej przerwała.
- czy.. będę miała kłopoty? - zapytała cicho.
Zmierzyła ja krótko.
- nie, powiedz Mabel że oczekuje ja w gabinecie. - odparła - i Alice, uspokój się już. Nie wyrzucam swoich pracowników za wpadniecie na mnie. - powiedziała znużona - pozasłaniajcie okna, za jasno.
- oczywiście moja pani, jak pani sobie życzy - dygnęła z bezładnym stosem pościeli, odwróciła się, by szybko zniknąć z pola widzenia. Do kuchni wpadła zdyszana i zaczerwieniona. Osoby pracujące w tej chwili spojrzały na nią.
- Alice? Co się stało? Dlaczego niesiesz pranie w takim stanie?
- ja? widziałam... widziałam...
- wykrztuś to w końcu. - Mabel wyszła na przód, wzięła ja pod ramie i usadziła na zydelku przy stole.
- Co się stało? - powtórzyła.
- Szłam korytarzem z praniem, aby je zanieść do szafy, i... natknęłam się na panią?
- CO? - zerknęła na zegar - powinna jeszcze spać. Szlag by to. Patty zostaw te garnki, idź teraz z Sebastianem na korytarze.
- dlaczego ja...
- A widzisz tu kogoś jeszcze?
- ja widze... - wskazała na nową
- idź, lepiej nie drażnić teraz panią. Alice, gdzie ja spotkałaś?
- Chyba to było zachodnie skrzydło, na drugim piętrze. Mówiła, że chce cie widzieć w gabinecie. Ja się jej nie spodziewałam, była w płaszczu.
Mabel westchnęła.
- Dobrze już. Weź zaparz sobie melisy. A potem zajmij się tym kłębowiskiem. To zły czas, teraz, gdy trwa sezon towarzyski.
Poprawiła mundur i poszła przejściem służbowym, aby dostać sie do biura, zastanawiając się w jakie konsekwencje z tego wynikną.
UsuńZapukała.
- wejdź Mabel.
- pani, wzywałaś? O nie, okna... - dopiero teraz zerknęła na pokój i szybkim krokiem ruszyła by je zasłonić.
- dziękuje - odparła słabym głosem Isa.
- pani? Dlaczego nie spicie? - podeszła do niej, by wspomóc przy siadaniu. - wezwę medyków - dodała widząc w dalszym ciągu zaczerwieniona skóre.
- Nie trzeba. Nalej mi wina. - rzuciła się do karafki, w której była wymieszana ciecz a potem wypiła.
Czekała.
- Dobrze wiesz, ze mamy u nas nietypowego gościa. Macie sie nim zaopiekować na czas jego pobytu. Myślę, że parę dni rekonwalescencji mu wystarczy. - zamilkła na dłuższą chwilę wpatrując się w konkretny punkt. Czuła narosłe napięcie panujące w głębi domu. Wreszcie sie obudził. Wróciła wzrokiem do kobiety. - Wszyscy maja sie zachowywać naturalnie, zamykam do odwołania zachodnie skrzydło. - zmrużyła oczy - nie musze przypominać o zachowaniu dyskrecji.
- A dzisiejszy bankiet u wicehrabiego?
- odbędzie sie według spotkań towarzyskich. Przygotujcie wszystko na godzinę 23 - wstała trzymając się placu biurka. Wzrok jej sie zamazywał, czując że znowu odpływa.
- moja pani - ruszyła się aby podtrzymać. - Martin, chodź mi pomóż - krzyknęła na lokaja, który pojawił się wchodząc do pokoju. Mabel odchyliła płaszcz i syknęła. Oparzeń było więcej. Zwłaszcza na stopach i dłoniach, które były odkryte gdy wchodziła do pokoju. Popatrzyli po sobie.
- pójdę po medyka. - powiedział, gdy przenosili ja na sofę. Kobieta sięgnęła do szafki po woreczek krwi. Odkręciła kurek i z niemałym trudem otworzyła usta, aby wlać ciecz. Zerknęła raz jeszcze na kotary, poprawiając nieszczelności.
- juz jestem... no nieźle. - odparł patrząc na odsłonięte miejsca.
- podałam jej krew.
- dobrze, ale może być za mało. - sięgnął po maść i bandaż i zaczął swoja prace, potem oboje zanieśli ja do sypialni. - Do wieczora sie zagoi
Skinęła głową.
- Musze rozporządzić dyspozycje. - powiedziała i oboje wrócili do swych zajęć.
Minęło kolejnych parę nocy, które były intensywne. Dzieliła dom miedzy pracą a balami, zaliczyła też parę krótkich wyjazdów służbowych. Do domu czwartej nocy wracała całkiem wcześnie z kolejnej imprezy, po której nastąpiła aukcja. Nic nie kupowała, ale przynajmniej jej obecność została zarejestrowana i odnotowana. Rozmawiała i uśmiechała się dla pozorów, ale czuła zmęczenie.
UsuńW samochodzie zzuła buty
- niedługo będziemy na miejscu - odezwał się szofer znad kierownicy.
- wysadź mnie przy altance - odparła sprawdzając w telefonie wiadomości.
- pni, ale to kawałek drogi.
- to nic. Przejdę się - dodała chociaż kreacja półoficjalną nie była przystosowana do powierzchni. Tej nocy padało a długa sukienka w kolorze ciemnego bursztynu zamiatała podłoże. To nic. Wrzuci się do pralni i będzie jak nowa.
Potrzebowała ruchu a jeszcze się nie spieszyła do powrotu.
Stanęli i wysiadła.
- Martin, samochód już dziś nie będzie potrzebny. Masz już wolne.
- dziękuje, pani - skinął głową i odjechał. Isobel nie oglądała sie za siebie, gdy ja minął.
Nareszcie sama - pomyślała niespiesznie w stronę zadaszonej budowli. Usiadła na ławeczce skierowanej na sztuczne jeziorko. Lubiła tu siedzieć i patrzeć w dal. Wtedy też mogła zdjąć swoje maski, które przylegały w ciągu nocy dla większej publiki.
Siedziała tam dobra godzinę, gdy postanowiła wrócić. Niespiesznie szła bosymi stopami podtrzymując dół sukienki, by nie zawadzała o zahaczającą roślinność. Nie spodziewała się żadnych niespodzianek, a tym bardziej stanięcia oko w oko z Orenem, który powinien jeszcze spać w swoim pokoju.
Wybudzony ponownie, zmusił się do niewariowania. Niestworzone obrazy nadal fruwały mu przed oczami, ale wiedział już że szarpanina z krążącymi w pobliżu paranormalnymi jestestwami nie mogła przenieść mu nic poza kolejną serią zastrzyków usypiających. Po prostu więc zamknął z powrotem oczy, pozwalając by robili to, co do nich należało. Myśląc. Planując. Usiłując odgadnąć gdzie właściwie go przetransportowano. Jeśli był to szpital, to z pewnością nie jeden z tych zwyczajnych dla biedaków, do których przyzwyczaił się jako nikomu niepotrzebny dzieciak ani żaden z tych publicznych dla klasy średniej, do których zdarzało mu się trafiać odkąd zaczął zarabiać na tropieniu i zabijaniu wampirów. Może w akcie zemsty postanowiono wywieźć go daleko za Londyn… Mówiło się, że w ten sposób niejednokrotnie ginęli niepokorni Łowcy, a on właśnie do nich należał. Tylko czemu ktoś, kto chciałby się go pozbyć, miałby go próbować leczyć ? Nie, to nie miało najmniejszego sensu. Musiał zdarzyć się więc cud i los w całej swej pokrętnej logice zdecydował się go znowu uratować. Po raz kolejny przeciągnąć moment zanim wreszcie zakopie go głęboko pod ziemią.
Usuń***
Nie miał pojęcia po jakimś czasie przeniesiono go do innego pomieszczenia, surowo zakazując wychodzenia i zwiedzania korytarzy. O tyle dobrego, że przynajmniej oddano mu komórkę, bo w końcu mógł wysłać SMS-a do siostry, by zapewnić ją że nadal żyje, ale nie wróci przez dłuższy czas do domu. Nie miał ochoty na rozmowę. Obawiał się bowiem, że domyśli się jego obecnego stanu po subtelnych zmianach w tonie głosu i jeszcze w jego poszukiwaniu zacznie na własną rękę przetrząsać miasto. Już lepiej, żeby siedziała sama w pobliżu Newham. Może nie należało ono do najbezpieczniejszych dzielnic, lecz póki była u siebie, zawsze istniała większa szansa, że w razie czego pomoże jej ktoś z najbliższego sąsiedztwa. Dopiero po uciszeniu wyrzutów sumienia, pozwolił sobie na dokładniejsze przyjrzenie się swojemu tymczasowemu więzieniu. Chyba już miał okazję w nim kiedyś przebywać, bo zdobiące ściany obrazy i zegar, którego wskazówki przesuwały się leniwie nad drzwiami z czymś mu się kojarzyły. Wspomnienie to musiało być jednak bardzo odległe, bo mimo długotrwałych potyczek z własnym umysłem, nie potrafił określić z czym dokładnie.
***
Zdążył już dawno stracić rachubę ile to dokładnie dób spędził zamknięty w tej luksusowej klatce nim wreszcie zezwolono mu na krótki spacer po okolicy. Parę dni ? Tydzień ? Może dłużej ? Mniejsza, najważniejsze że powoli zaczął odzyskiwać upragnioną wolność, bo jeszcze chwila a chyba zacząłby z nudów chodzić po ścianach. Nie interesowało go nawet, że za oknami zaczął już zapadać zmrok. Niczym dzikie zwierzę instynktownie skierował się do najbliższego wyjścia, gdy tylko medyk zniknął mu z oczu. Najchętniej rzuciłby się do niego biegiem, obawiając się że ten niedługo jednak wróci, zmieniając zdanie, lecz nie pozwalała mu na to chora noga. Nadal mocno utykał, ale przynajmniej parł naprzód, krążąc po coraz bardziej tonących w mroku ogrodach. Kilka razy po prostu zalegając w starannie przystrzyżonej trawie. Łapczywie wdychając zapachy natury, które już dawno tak go nie zachwycały. Pozwalając się im pochłonąć tak długo, dopóki nie usłyszał zbliżających się powoli kroków. Wówczas podniósł się niechętnie, wlepiając spojrzenie w drugi kraniec ścieżki.
- Piękna noc, nieprawdaż ? – Posłał kobiecie lekki uśmiech.
Powinna była być przygotowana do faktu, że jak nie spał, to nie pał i żadna siła by go do snu nie zmusiła. Jednakże czego innego sie po nim nie spodziewała. Westchnęła w duchu. Oczywiście czytała raporty o rekonwalescencji, wiedziała też że coraz bardziej był zirytowany zamknięciem i nie możnością ruchu. Było to naturalnie zrozumiałe, jednak nie sadziła, ze zdoła przemknąć z własnego pokoju.
OdpowiedzUsuńOho trzeba będzie poważnie porozmawiać z ochroną. Tak przy okazji.
Udało jej sie zamaskować złośliwy uśmiech, który zaczął sie pojawiać na ustach z myślą o panice jaka może wywołać.
Westchnęła ciężko.
- Piękna, ale też pracowicie nużącą - odezwała się w końcu nie przestając iść.
Poruszyły się firanki w oknach parteru. Zauważyła to. Dała gest dłonią, by sie wycofali.
Skierowała się do ławki, by zyskać na czasie. Nie wiedziała jak rozpocząć rozmowę "po latach" nawet jeśli z tego okresu miał mgliste wspomnienia. Wcale nie była na nia przygotowana.
- słyszałam, ze ktoś tu gości. Długo tu już jesteś? - zapytała udając zaciekawienie - Co się stało z twoją nogą. Musi boleć. - zauważyła jego minę. Jakby sama tego nie wiedziała. - Nie musisz odpowiadać jak nie chcesz.
Zasłoniła dłonią usta, by ukryć ziewniecie i swoje urocze białe jak śnieg ząbki, tak nienaturalne jak jej jasna skóra. Szczęście, że chmury zakrywały niebo i sie tak nie oznaczała w ciemności. Robiła sie głodna a jego obecność wcale nie pomagała. Zamrugała, by się opanować.
Za nimi drzwi się otworzyły, zamknęły i usłyszała tupot stóp. Mabel.
Zerknęła na nią krótko i ostro.
- Panienko... jesteś. Mieliśmy cię już szukać. Późno już. Czekamy z późną kolacją - odparła kobieta narzekając - pewnie zdążyła już wystygnąć.
- zaraz przyjdę, dziękuje, żeście poczekali.
Popatrzyła oddalającą sie i jęknęła.
- eh, pilnują mnie jak by mnie mieli zaraz porwać - bąknęła z udawana irytacja.
W zasadzie było to też forma przypomnienia, iż nie powinna tu teraz być sama z nim. Tylko to i tak kiedyś miało nastąpić.