⊹
Pisanie wątków
⊹
✧
Pod kartami postaci pozostawiamy jedynie komentarze odautorskie!
✧
Aby rozpocząć rozgrywkę fabularną/wątek/fabułę z inną postacią, opublikuj post z opisem wątku.
Do treści posta możesz (nie musisz) użyć gotowego kodu. Historię rozpisujecie w komentarzach pod tym właśnie postem. Obowiązujące etykiety: imiona i nazwiska postaci biorących udział oraz hasło wątek.
✧
Aby orientować się w prowadzonych wątkach proponujemy, nie jest to jednak obowiązkowe, aby założyć post z chronologią.
Aby założyć post z chronologią możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z chronologią z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj chronologię w karcie postaci.
✧
Stwórz post opisujący istniejące relacje Twojej postaci.
Aby założyć post z relacjami możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z relacjami z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj relacje w karcie postaci.
✧
Wskazane jest publikowanie opowiadań o Twojej postaci, ale nie są one obowiązkowe. Chcemy o twojej postaci wiedzieć jak najwięcej!
Skorzystaj z wzoru na początek opowiadania. Do każdego opowiadania dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, opowiadanie.
✧
Nie musisz, ale możesz pokusić się o założenie posta z telefonem postaci.
Aby założyć post z telefonem postaci możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z telefonem z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj telefon w karcie. Do każdego posta z telefonem dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, telefon.
⊹
Limity czasowe
⊹
✧
Aby nie przysłaniać zbyt często treści innych autorek i autorów, narzucamy limity czasowe.
✧
Pomiędzy kartą postaci a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.
✧
Pomiędzy karta postaci a opowiadaniem — 24h plus minimum 2 komentarze pod opowiadaniem.
✧
Pomiędzy karta postaci a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a kartą postaci — 1h bez limitu względem komentarzy.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a opowiadaniem — 1h bez limitu względem komentarzy.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a rozgrywką fabularną — brak limitu.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a opowiadaniem — 24h oraz co najmniej 2 komentarze pod opowiadaniem.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.
⊹
Obecności i urlopy
⊹
✧
Na blogu występują comiesięczne listy obecności trwające tydzień. Karty postaci osób, które nie zgłosiły obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych.
✧
Aby uniknąć przesunięcia karty do wersji roboczych, należy zgłosić urlop w odpowiednim dziale. Maksymalny czas urlopu to dwa miesiące. Po tym czasie karty postaci danej osoby zostaną przeniesione do wersji roboczych.
✧
Jeśli zniknęliście a marzy wam się powrót, chęć tę należy zgłosić w odpowiednim temacie. Cieszymy się, że do nas wracasz! No hard feelings. ☺
[akapit] Deszcz siąpił lekko, zmieniając światła miasta w rozmyte plamy. Drobne krople osiadły już dawno na jego ubraniu, mocząc wystające spod kaptura kosmyki włosów, które przykleiły się do jego czoła. Słońce zaszło dopiero niedawno, ale ciemne chmury na londyńskim niebie potęgowały poczucie panującego dookoła mroku.
OdpowiedzUsuń[akapit] Vazha szedł powoli, wbijając dłonie w kieszenie kurtki i bawiąc się kluczami, które znajdowały się wewnątrz. Nie przeszkadzał mu deszcz. Wręcz lubił momenty, gdy śmiertelnicy znikali pospiesznie z zasięgu jego wzroku, nie wodząc go na pokuszenie. Ludzie woleli ukryć się w zaciszach ciepłych mieszkań, skorzystać z komunikacji miejskiej lub samochodu, przyspieszyć kroku.
[akapit] Chłodne powietrze wypełniało jego płuca, pozwalając poczuć metaliczny zapach miasta, który osiadał wokół, rozpuszczał się kałużach, niezmącony tym razem słodyczą krwii.
[akapit] Do jego uszu dotarło przeciągłe, niemal piskliwe miauknięcie. Odruchowo skierował swoje kroki w boczną, wąską uliczkę.
[akapit] Przykucnął przy stercie mokrych kartonów, odkrywając źródło desperackich odgłosów. Mały rudy kot miauknął ponownie, wpatrując się wprost w oczy Vazhy i lgnąc do jego chłodnej dłoni w poszukiwaniu ciepła.
[akapit] Vazha był kimś, kogo bardziej napędzały odruchy niż przemyślenia, ujął więc przemoknięte, biedne stworzenie i wsadził je sobie pod kurtkę. Zwierzę umościło się tam, jakby doskonale wiedziało, że podobna okazja mogła się już nie nadarzyć.
[akapit] Wyprostował się, zapinając zamek kurtki, i wyciągnął telefon z kieszeni spodni. Jasny ekran zaświecił mocno, zmuszając go do przymrużenia oczu. Przejrzał szybko listę numerów, żeby zaraz pospiesznie wybrać opcję pisania wiadomości do kogoś, kto mógłby w jego mniemaniu skorzystać z puchatego towarzystwa.
[akapit] Mogę przyjść? Jestem w okolicy i strasznie zmokłem – napisał pospiesznie.
[akapit] Nie czekał na odpowiedź. Schował urządzenie na miejsce, upewnił się, że zwierzę było dobrze osłonięte przed deszczem, a następnie ruszył przed siebie. Kilkaset metrów dalej świecił szyld małego sklepu, który był otwarty do późnych godzin nocnych – jednego z tych, których wnętrze było zdecydowanie zbyt jasne, a półki stały zdecydowanie zbyt blisko siebie. Wszedł do środka, ukrywając kota przed mężczyzną, który stał znudzony za ladą i wzrok miał utkwiony w jednym punkcie. Vazha nawet nie musiał mu pomagać być martwym.
[akapit] Asortyment stoiska dla zwierząt był ubogi, ale na razie musiało mu to wystarczyć. Nie znał się zbytnio na kotach, chociaż zawsze pragnął jednego mieć.
[akapit] Zapłacił za zakupy i machając plastikową torebką w przód i w tył, ruszył w dalszą drogę.
[akapit] Był u Toma raz, kiedy postanowił towarzyszyć mu w drodze z cmentarza i został zaproszony na herbatę. Herbaty nie wypił, ale zdobył przez to jego adres. Stanął więc teraz przed właściwymi drzwiami, wciskając dzwonek i nie puszczając przycisku do momentu, aż drzwi otworzyły się przed nim zapraszająco.
[akapit] Dostrzegając znajomą twarz, uśmiechnął się szeroko, dziko, może nawet nazbyt entuzjastycznie. Mężczyzna tylko pozornie był starszy od niego, jego ciało się starzało, jego szerokie ramiona opadały pod naporem zmartwień. Vazha miał wrażenie, że za każdym razem przybywało mu zmarszczek, podczas gdy jego własna twarz już nigdy miała się nimi nie pokryć. Był zamrożony w swojej wiecznej młodzieńczości.
[akapit] Wcisnął trzymaną reklamówkę z zakupami w ręce zaskoczonego mężczyzny i, korzystając z jego chwilowej konsternacji, zaprosił samego siebie do środka, prześlizgując się obok.
[akapit] – Jesteś taki sam i smutny. Pomyślałem, że powinieneś mieć towarzystwo – oznajmił, najpierw skopując buty ze stóp, a dopiero później odwieszając kurtkę i jednocześnie ukazując to, co kryło się pod jej wybrzuszeniem.
Usuń[akapit] Kot miauknął, gdy został uniesiony na wysokość wzroku Toma.
[akapit] – To może być nasz kot – powiedział, chcąc go przekonać do swojego pomysłu. – Będę do niego przychodził. Mogę mu sprzątać kuwetę i zabierać go do weterynarza, bo nie wiem, jak zareaguje moja rodzina. Ty zajmiesz się nim lepiej. No i przyda ci się ktoś, kto będzie na ciebie czekał. Będzie grzeczny, czuję to. Siedział przez całą drogę bardzo cicho – wyrzucał z siebie kolejne zdania, nie dając mężczyźnie dojść do słowa. – Nie daj się namawiać, Tommy.
Wibracje telefonu zmuszają Toma do wyciągnięcia urządzenia z kieszeni, bo spodziewa się, że wiadomość dotyczyć będzie pracy. Gdy okazuje się jednak, że nadawcą jest Vazha, unosi delikatnie brwi, zdziwiony podobnym obrotem spraw. Nie spodziewał się, że młody mężczyzna skontaktuje się z nim właściwie nigdy, ich znajomość ograniczająca się do wpuszczania Mayersa na cmentarz po godzinach i tej jednej wspólnej herbaty, raczej nie wróżyła zażyłości. Jako dorosły, rozsądny człowiek, odsuwa więc od siebie komórkę, postanawiając zignorować sms’a.
OdpowiedzUsuńTo był długi i męczący dzień. Nie posunął się w toczonej sprawie do przodu wcale – można byłoby wręcz powiedzieć, że zanim pojawił się rano w biurze, sytuacja miała się dużo lepiej. Wracając więc do pustego mieszkania, wizja ciszy i spokoju napawała go niebywałą radością. Ta, w której gościć miałby kogokolwiek, już dużo mniej.
Słyszy dzwonek do drzwi i nadzieja umiera, bo ewidentnie ignorowanie wiadomości nie zdało egzaminu. Przytrzymuje papierosa w zębach, by zgarnąć ze stołu talerz po odgrzewanej na szybko kolacji i wciska go do zlewu, chwilę później otwierając już drzwi wejściowe. Mógłby oczywiście udawać, że nie ma go w mieszkaniu, ale to byłoby już poniżej jego godności.
Spogląda na młodzieńczą, rozświetloną uśmiechem twarz, machinalnie chwytając wciśniętą mu reklamówkę i odsuwa się na bok, wpuszczając mężczyznę do środka. Ciężko mu bowiem ukryć zaskoczenie: nie tylko z powodu tych odwiedzin, ale i zaprezentowanego monologu, kończąc na rudej pokrace trzymanej w bladych dłoniach grabarza.
— Jestem taki samotny i smutny, że twoją pierwszą myślą było przyniesienie tego futrzaka tutaj? — pyta skonsternowany, pocierając skronie. Spogląda do siatki, dostrzega kocią karmę i nie może powstrzymać przewrócenia oczami, bo absurd sytuacji dogania go dużo prędzej niż rozbawienie. To rzeczywiście nie jest daleko, bo zaraz parska śmiechem, kręcąc z niedowierzaniem głową. — Nie sądzisz, że może jesteś trochę bardziej samotny ode mnie, skoro ze wszystkich swoich znajomych wybierasz gościa, którego nie znasz?
Unosi pytająco brew, po czym skina głową w stronę kuchni, za której drzwiami zaraz znika.
— Głupi dzieciak — mruczy pod nosem, wciąż rozbawiony i sięga po dwie miski. Do jednej nalewa świeżej wody, do drugiej nakłada kupioną przez Vazhę karmę. Obie lądują na ziemi, wzrok zaś na młodym mężczyźnie. Próba kalkulacji czy cała ta sytuacja dzieje się naprawdę, czy może jest tylko wytworem jego wyobraźni, kończy się fiaskiem. Szanse są równe.
— Co zrobisz jak go nie wezmę? — pyta w końcu, opierając się tyłem o zlew. Zaciąga się nikotynowym dymem i przekłada filtr pomiędzy palcami, podczas gdy te drugiej dłoni przeczesują przydługą już brodę.
[akapit] Vazha przyglądał się Tomowi tylko przez chwilę, jakby ten zadał mu wyjątkowo trudne do udzielenia odpowiedzi pytanie, choć doskonale wiedział, co powiedzieć. Bardziej podobał mu się fakt, że mimo wszystko dostrzegł na surowej męskiej twarzy ślady wesołości.
OdpowiedzUsuń[akapit] – Ty zdajesz się bardziej potrzebować kogoś, kto po prostu jest w domu. W moim domu zawsze jest ktoś z mojego rodzeństwa, czasami jestem sam tylko na cmentarzu, a i tam tak średnio – odpowiedział zgodnie z prawdą. Kochał swoją rodzinę. Darzył ich bezgranicznym przywiązaniem i był gotów zrobić dla nich wszystko, choć okazywał to często w nietypowy sposób.
[akapit] Przytulił kota do klatki piersowej, podążając za Tomem do kuchni. Zwierzę jednak zaczęło wiercić się, najwyraźniej wyczuwając zapach nakładanego do miski jedzenia. Usiadł więc na chłodnych kafelkach, odkładając stworzenie na ziemię. Przyglądał mu się z ciekawością drugiego drapieżnika.
[akapit] Kot od razu podszedł do naczynia, jakby mieszkał tu od miesięcy, jakby to właśnie było jego miejsce.
[akapit] – Nie jestem dzieciakiem – powiedział, przyglądając się jak mały pyszczek znikał w misce pełnej karmy. – A ty nie jesteś nieczuły, wiem to – mówiąc to, podniósł się z podłogi i wbił w mężczyznę swoje wnikliwe spojrzenie, śledził każde drgnięcie mięśnia na jego twarzy, słuchał rytmicznego bicia jego silnego serca.
[akapit] Widział w oczach Toma zmęczenie, tak typowe dla ludzi. Sam już nie pamiętał wielu odczuć, które towarzyszyły śmiertelnemu życiu, nie pamiętał tych małych niedogodności, jakby od zawsze był taki. Po pierwszych stu latach czas zaczął płynąć dla niego zwyczajnie inaczej. Miesiące zlewały się w lata, lata w dziesięciolecia, a twarze ludzi pojawiały się i znikały szybciej niż dawniej mijały pory roku. A on mógł tylko trwać, dostosowując się do panujących czasów.
[akapit] Skrzyżował ręce na piersi, marszcząc brwi. Nie przepadał za tym gryzącym, nikotynowym zapachem, a skóra palaczy była obrzydliwa, szorstka jak papier, jakby piasek grzęznący pod językiem. Papierosowy dym przypominał mu spaleniznę. Wgryzał się w ludzką skórę i krew, pozostawiając po sobie gorzki ślad, którego nie znosił.
[akapit] – Nie powinieneś palić. Umrzesz szybciej – powiedział z troską w głosie. – I kto wtedy przejmie opiekę nad – zatrzymał się na chwilę, zawieszając głos. – Potrzebujemy dla niego imienia, nie możemy go nazywać po prostu kotem – oświadczył, całkowicie poważnie. W jego głosie nie było nawet cienia wątpliwości. Kot najwyraźniej już tu mieszkał. Tommy po prostu jeszcze o tym nie wiedział.
Tom mógłby przysiąc, że komentarz o dzieciaku powiedział pod nosem i ten słyszalny być powinien jedynie dla niego. Najrozsądniejszym, a zarazem najsmutniejszym rozwiązaniem tej zagadki okazuje się niewyartykułowana w żaden sposób zgoda na to, że zwyczajnie się starzeje i może to, co w jego mniemaniu było szeptem, dla świata dookoła było tonem konwersacyjnym. Tworzy mentalną notatkę by zapisać się do laryngologa – tak w razie czego, gdyby prawdą okazało się iż faktycznie traci słuch – a moment później już skupia się ponownie na młodym mężczyźnie w jego kuchni i jego futrzastej znajdzie. To wygłodniałemu sierściuchowi poświęca tym razem więcej uwagi, starając się zrozumieć, co właściwie z kotem miałby zrobić, ale nic konkretnego nie przychodzi mu do głowy.
OdpowiedzUsuńPrzewraca oczami na komentarz o paleniu, teraz zaciągając się już ostentacyjnie, bo szczerze wierzy, że skoro do rzucenia nie przekonały go obrzydliwe obrazki na opakowaniach, nie zrobi tego również wizja nazbyt szybkiej śmierci.
— Tylko nie to… — wyrzuca konspiracyjnym szeptem, zauważając jednocześnie ironię tej sytuacji: przypuszczałby bowiem, że to on częstował go będzie życiowymi mądrościami, które młodzieniec zignoruje niżeli, że to on nadzieje się na to ostrze jak pierwszy lepszy wyrostek. — Możesz go nazwać jak chcesz. To twój kot.
Nieodparte wrażenie, że to twój kot nie zakończy tematu, nie opuszcza go nawet na moment. Człowiek, który konwenanse ma w wystarczającym poważaniu by pojawić się w progu praktycznie obcej osoby, raczej nie rezygnuje przy pierwszym nie. Co gorsza, pierwsze nie jeszcze nie padło i Tom winić może za to jedynie siebie i swoją słabość do bezbronnych istot.
— Skoro jednak ja jestem na łożu śmierci, może lepiej znaleźć mu dom, gdzie zamartwiać będziesz mógł się o jego szczepienia, a nie czy kopnę w kalendarz, bo spalę szluga? — sugeruje miękko, nadal czując, że tak łatwo się nie wywinie, a Vazha znajdzie sposób, by wywinąć kota (!) ogonem.
OdpowiedzUsuń[akapit] Było mu niezmiernie przykro, gdy ludzie nie szanowali swojego życia, choć przecież mieli tak mało czasu. Kiedy mieli czas na odkrycie wszystkich opcji w swoich telefonach? Westchnął więc ciężko, słysząc tę jawną ignorancję ze strony Toma.
[akapit] – Ale ty będziesz do niego częściej gadał. Powinieneś wybrać imię – zawyrokował Vazha, zaraz jednak zrobił minę, jakby nagle sobie przypomniał o czymś bardzo istotnym, jednocześnie zapominając, co mówił chwilę wcześniej. – Nazwijmy go Jerry! Będziecie Tom i Jerry, przecież to genialne.
[akapit] Przyjrzał się chwilę rudzielcowi, który teraz mył się na samym środku pomieszczenia, mrucząc przy tym lekko. Vazha uznał te mruknięcia za potwierdzenie, że był to w istocie genialny pomysł na imię dla zwierzęcia.
[akapit] – Pasuje – stwierdził, wyraźnie zadowolony. – Nie rozumiem, czemu tak się bronisz, nie będzie cię o wiele prosił, a ja będę pomagał w razie każdej niedogodności. – Tak długo, jak te niedogodności mogły zostać rozwiązane w późnych godzinach wieczornych lub w nocy, ale postanowił tego nie dodawać. Istniały przecież kliniki weterynaryjne, które były otwarte po zmroku.
[akapit] Spojrzał znów wrogo na tlącą się między palcami Toma końcówkę papierosa i momentalnie zmniejszył dzielący ich dystans, przeskakując kota. Zagarnął zwinnie peta, choć został już niemal sam filtr, ledwo muskając przy tym ciepłą dłoń swoimi chłodnymi, skostniałymi palcami. Ugasił końcówkę pod wodą z kranu.
[akapit] – Nie lubię, kiedy coś umiera szybciej niż powinno – powiedział, mrużąc lekko oczy i przyglądając się męskiej twarzy. Zaraz jednak wrócił do swojego normalnego, łagodnego wyrazu, cofając się o krok.
[akapit] Kucnął przy Jerrym i pogłaskał go. Uniósł głowę i uśmiechnął się do Toma szczerze, jakby sytuacja z papierosem zupełnie nie miała miejsca.
Jakimś cudem z rozprawiania nad miejscem przebywania kota doszli do punktu, w którym to zostało przesądzone i Tom ma wrażenie, że rozmawia ze ścianą. Co gorsza, ścianą, która pozbawia go papierosa we własnym domu i wciska niechciane zwierzęta jak landrynki na szkolnym boisku.
OdpowiedzUsuńPrzewraca oczami słysząc, jakie imię nadane zostaje sierściuchowi i przerzuca na niego spojrzenie, to jednak szybko powraca do Vazhy, bo to w końcu on, zabrał mu używkę, w zamian podrzucając kota. Nie wydaje się to być uczciwa wymiana, tym bardziej, że tylko jedno z dwóch Tomowi faktycznie odpowiada.
— Jestem miły do czasu, zabierz mi jeszcze raz szluga i będziesz musiał szukać zębów na klatce schodowej — zapewnia, już tylko w ramach czystej złośliwości, wyciągając z paczki kolejnego papierosa. Może i przystałby na niepalenie w jego obecności, ba!, pokusiłby się o zrozumienie strachu przed umieraniem i innych, podobnych sentymentów, ale mężczyzna sam sobie dołek wykopał [!] swoimi działaniami. — A Jerry’emu pozostanie zamieszkać za śmietnikiem.
Ostrzegawczo unosi dłoń z nowo odpalonym papierosem i niemalże teatralnie zaciąga się dymem, by chwilę później opaść na jedno z kuchennych krzeseł. Drewno trzeszczy delikatnie pod ciężarem ciała, przypominając że meble z dyskontu nie radzą sobie z próbą czasu, ale Mayers ignoruje to na rzecz przesunięcia wzrokiem za rudym kocurem, łaszącym się o stopy jego gościa.
— Wygląda jakby wolał twoje towarzystwo — stwierdza, wychylając się do tyłu by otworzyć lodówkę i wyjąć z niej dwie puszki piwa. Normalnie sięgnąłby po coś z wyższej półki, ale promocja była na tyle dobra, że ciężko było z niej nie skorzystać. Przesuwa jedną w stronę młodego mężczyzny, drugą otwiera przytrzymując filtr między zębami. — Zdajesz sobie sprawę jak absurdalne jest to, że przylazłeś tutaj z tym kocurem, mimo że rozmawialiśmy ze sobą jakieś dwadzieścia minut i nie wiem o tobie nic poza tym, gdzie pracujesz? Ha, ty też nic o mnie nie wiesz. Równie dobrze Jerry może skończyć jako przystawka do jutrzejszego obiadu.
Nie żeby kiedykolwiek chciał zjeść kota. Prędzej pewnie zjadłby własną rękę. Zaufanie, którym obdarza go Vazha jest jednak na tyle irracjonalne i niezrozumiałe, że Tom posuwa się do przykładów drastycznie plastycznych, których obraz będzie mógł towarzyszyć im obu jeszcze przez długi czas.
[akapit] Vazha wątpił, żeby mężczyzna był w stanie wybić mu zęby. Był zasadniczo pewny, że nawet jeśli by to zrobił, te raczej by odrosły i wcale nie musiałby ich nigdzie szukać. Powiedziałby to, uważając za dość zabawny żart, ale przy śmiertelniku musiał się pohamować. Jednocześnie uświadomił sobie, jak wiele znajomości z ludźmi wymagały hamowania się. Nie mógł uśmiechać się szeroko, bo zaostrzone kły mogły zwrócić niechcianą uwagę – poza niegrzecznymi dziećmi, do tych uśmiechał się szkaradnie bez większych oporów. Nie mógł żartować na niektóre tematy. Nie mógł za dużo wpatrywać się w pulsujące tętnice. Nic nie mógł. Może znajomości z ludźmi wcale nie były tego warte.
OdpowiedzUsuń[akapit] – Nie mów tak, dopiero go znalazłem obok śmietnika. Mogę w zamian poświęcić zęby, wybijaj je ile chcesz – powstrzymanie się przed dodaniem, że odrosną, uznał za prywatny sukces. Zwykle nie był najlepszy w hamowaniu się w czymkolwiek.
[akapit] Spojrzał podejrzliwie na puszkę napoju, później spojrzał na rękę, która ją przysunęła i na napęczniałą na nadgarstku żyłę. Zaraz potem wrócił do twarzy mężczyzny, a następnie przeniósł swoje spojrzenie na Jerry’ego.
[akapit] – Nie piję – skłamał miękko. Pił, ale co innego, a kłamstwa dodał jako skutek uboczny znajomości ze śmiertelnikami. Lista się wydłużała. Naprawdę nie wiedział, jak inni to robili.
[akapit] Głaskał kota i zastanawiał się przy tym, czy zwierzęta były w stanie wyczuć, że nie był do końca ludzki, nawet jeśli tak, to tej przybłędzie najwidoczniej to nie przeszkadzało. Wystarczyło, że cała reszta mieszkania była ciepła, ręka, która go głaskała, nie musiała być.
[akapit] – Woli mnie, bo ciebie jeszcze nie zna. Jestem przekonany, że też się polubicie.
Vazha zastanowił się chwilę nad tym, co powinien powiedzieć, nad tym, co mógł powiedzieć.
[akapit] – A co jeszcze potrzebowałbym o tobie wiedzieć? Nie wyglądasz na kogoś, kto żywiłby się żywymi istotami – powiedział, przyglądając się badawczo mężczyźnie. – Nie wiem. Wyglądasz, jakbyś miał stanowczo za mało ostre zęby, żeby wgryźć się w kota. To wzbudza zaufanie.
Brwi, które początkowo jedynie odrobinę unoszą się w górę, z każdym kolejnym słowem rozmówcy, znajdują się coraz wyżej. Już fakt, że ten dopuścił się analizy ostrości jego zębów wzbudza w Tomie niemałe zdziwienie - całą resztę zrozumieć mu zwyczajnie jeszcze trudniej. Obawia się jednak, że wejście w dyskusję na ten temat doprowadziłby do faktycznej rozmowy na temat wymogów, jakie ludzki organizm musiałby spełnić by kota zjeść: woli więc odpuścić, póki jeszcze może.
OdpowiedzUsuńWzrusza ramionami na wzmiankę o niepiciu: nikogo nigdy do tego nie namawiał i zaczynać nie zamierzał również teraz. Sam jednak otwiera puszkę i upija spory haust, przytrzymując papierosa w wolnej dłoni. Wzrok zaś wędruje pomiędzy jednym gościem i drugim. Tom wciąż nie wie towarzystwo którego z nich uważa za dziwniejsze.
— Czy mam alergię na sierść, czy stać mnie na posiadanie zwierzaka, czy w ogóle wiem, jak o niego dbać, czy wiem, co zrobić jak zacznie się dławić… — mruczy pod nosem w odpowiedzi na, jak podejrzewa, retoryczne pytanie. Pewności mieć nie może, bo to Vazha i Tom nie musi znać go wybitnie, by przypadkiem niczego nie brać za pewnik.
— Mogę się nim zająć przez tydzień, a ty w tym czasie masz mu znaleźć porządny dom — stwierdza w końcu, podejrzliwie przyglądając się rudemu sierściuchowi. Nieprawdą byłoby stwierdzenie, że zwierzak nie umiliłby mu powrotów do domu. Mayers częściej jednak mieszkanie opuszcza niż w nim bywa, a ostatnimi czasy problem ma z zajęciem się nawet sobą, więc dokładanie do tego równania żywego stworzenia, które potrzebuje opieki, nie wróży dobrze. — Mówię serio, bo inaczej przyniosę ci go do roboty i tyle z tego będzie. Zgoda?
Gdyby ktoś zapytał go, dlaczego właściwie się zgodził, nie potrafiłby odpowiedzieć. Może dlatego, że tydzień nie brzmi tak źle. Człowiek jest w stanie na raz zrobić zakupić, są rodziny, gdzie tygodniowe zniknięcia na nikim nie robią wrażenia i nawet porządne kolonie trwają dłużej. To rozsądny czas. Jednocześnie, Tom ma nadzieję, że niewystarczający, by do zwierzaka się przywiązać.
[akapit] – Jakbyś miał alergię, to pewnie powiedziałbyś mi o tym już na progu, widząc go – odpowiedział, uśmiechając się, jakby właśnie powiedział coś wybitnie mądrego i odkrywczego. W istocie był po prostu dumny, iż pamiętał, że coś takiego jak alergie w ogóle istniało. Gdy jeszcze żył, to nikt się tym zbytnio nie przejmował, a gdy umarł… cóż, przestało to stanowić zasadniczy problem.
OdpowiedzUsuń[akapit] Podniósł się z podłogi i usiadł naprzeciwko Toma, przyglądając się z zainteresowaniem jak mężczyzna przełykał napój, który byłby zapewne wyjątkowo obrzydliwy, gdyby Vazha usiłował go spróbować. Piwo jednak ogólnie nie pachniało najprzyjemniej.
[akapit] – Przecież powiedziałem, że będę się nim zajmował razem z tobą. – Był niemalże przekonany, że obiecał pomoc i wykorzystał tę przysięgę jako jeden z argumentów, przemawiających za tym, żeby Jerry został z Tomem. Jednak wiedział też, że czasami tylko myślał rzeczy i zapominał o wypowiedzeniu ich na głos lub odwrotnie – mówił coś, co powinno było pozostać jedynie zamkniętą głęboko w jego świadomości myślą.
[akapit] Spojrzał na kota, który zaczął się myć ostentacyjnie na środku kuchni. Vazha wzbijał swój wzrok w zwierzę, przypatrując mu się badawczo. Nie wiedział, czy to małe, puchate stworzenie powinno było znaleźć się w ich rodzinnej kamienicy, ale zawsze pozostawała jeszcze nadzieja, że Tom polubi kota na tyle, aby nie chcieć się go po upływie tygodnia pozbyć.
[akapit] – Zgoda – powiedział w końcu z westchnieniem, unosząc dłonie o szponiastych palcach w geście kapitulacji. – Tydzień.
[akapit] Na moment zamilkł ponownie, po czym zmarszczył lekko brwi.
[akapit] – Ale to nie jest tak, że po siedmiu dniach nagle znajdzie się idealny dom. Jeśli się nie uda... to chyba nie wyrzucisz go na ulicę tylko dlatego, że minęło osiem dni?
[akapit] Pytanie padło spokojnie, bez typowej dla niego przekory. Brzmiało wręcz zaskakująco poważnie.
[akapit] Jerry, jakby wyczuwając, że rozmowa dotyczy właśnie jego losu, przeciągnął się leniwie. Przeszedł kilka kroków i bez najmniejszego skrępowania otarł się o nogawkę spodni Toma. Potem usiadł tuż obok jego stopy i uniósł łeb, mrużąc bursztynowe ślepia.
[akapit] – Totalnie cię wybrał – zawyrokował Vazha z zadowoleniem.
[akapit]Tom z natury zwierzęta lubi. Podejrzane, gdy ktoś mówi, że nie. Jak ktoś w robocie pokazuje zdjęcie swojego psa to nie ma, że zmiłuj, trzeba spojrzeć, powiedzieć, że to jest naprawdę ładny pies! i dopiero wtedy można przejść do rozmów o pracy (ewentualnie, jeśli dany sierściuch jest ponatrzpeciętnie urokliwy, dopuszczalne jest zadanie pytań doprecyzowujących: a co to za śliczności? albo a kto to jest taki piękny?). Mayers to nawet nie z grzeczności potrafił się wplątać w półgodzinną rozmowę przy automacie do kawy o jakościowo złej karmie. A przecież na karmie się nie znał.
OdpowiedzUsuń[akapit]W każdym razie, Tom zwierzęta lubi. Nawet chciał mieć psa! Doran i jego alergie zawsze wchodziły w paradę i jak niechciany gość, ten argument rozlewał się po konwersacjach na ten temat, ale akurat Mayers to chętnie zobaczyłby te cztery brudne łapy na swojej kanapie.
[akapit]Teraz jednak sytuacja wygląda odrobinę inaczej: mieszka sam, dużą część doby spędza w robocie, a kiedy w robocie nie jest, śpi. Czas wolny ograniczony do wizyt na cmentarzu czy w sklepie ciężko nazwać produktywnym w kontekście opieki nad kotem. Obiektywnie więc, nie jest najlepszą opcją. Nawet jeśli Jerry wydaje się porządnym kotem. Takim z zasadami.
[akapit]— Przyniosę ci go do roboty po tygodniu — powtarza jak zdarta płyta, ostre spojrzenie wbijając w rudą sierść intruza, który ewidentnie próbował wkupić się w łaski. Takie numery na Toma nie działały. To twardy facet. Dopóki Jerry nie przewróci się na plecy i nie pokaże brzuszka, jest bezpieczny. — To nie są negocjacje, Vazha. Siedem dni to siedem dni, jasne? A jak mu nie znajdziesz domu do tego czasu to może chociaż pojawi się inny frajer, co go przejmie na tydzień drugi — sugeruje całkiem serio.
[akapit]Wiadomo, nie wszystkim można ufać ze zwierzętami. Pani Arrenboth spod dwunastki na przykład można, bo wydaje się kobietą, która w razie potrzeby z własnej nerki przygotowałaby karmę dla swoich kotów. Ale już taki Goff? Temu Tom nie powierzyłby w opiece paprochów z klawiatury, a co dopiero żywego stworzenia! Z Jerry’ego pewnie by zrobił kapcie i jeszcze marudził, że małe.
[akapit]Ze znajomymi Vazhy pewnie jest podobnie - że niektórzy się nadają, a inni że nie. Chociaż skoro jego pierwszym przystankiem okazywał się gość, z którym znajomość opiera się na przekręcaniu klucza w bramie cmentarnej, może jednak to podobieństwo jest przesadzone.
[akapit]— A jeśli myślisz, że zmienię zdanie to pomyśl raz jeszcze — burka pod nosem. Vazha może tego nie wiedzieć, ale Tom zdanie zmieniał rzadko. Ostatnio przed rokiem, jak zmieniał dostawcę telewizji, ale to też dlatego, że poprzedni wycofał z podstawowej oferty jeden z kanałów sportowych. Ciężko więc Mayersowi wyobrazić sobie, że kocie wdzięki Jerry’ego miałyby tak zamieszać mu w głowie, żeby się ugiął.
[akapit]— Totalnie ktoś powinien sprawdzić czy nie ma problemów poznawczych — stwierdza, a zaraz potem skupia się już na swoim piwie.