⊹
Pisanie wątków
⊹
✧
Pod kartami postaci pozostawiamy jedynie komentarze odautorskie!
✧
Aby rozpocząć rozgrywkę fabularną/wątek/fabułę z inną postacią, opublikuj post z opisem wątku.
Do treści posta możesz (nie musisz) użyć gotowego kodu. Historię rozpisujecie w komentarzach pod tym właśnie postem. Obowiązujące etykiety: imiona i nazwiska postaci biorących udział oraz hasło wątek.
✧
Aby orientować się w prowadzonych wątkach proponujemy, nie jest to jednak obowiązkowe, aby założyć post z chronologią.
Aby założyć post z chronologią możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z chronologią z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj chronologię w karcie postaci.
✧
Stwórz post opisujący istniejące relacje Twojej postaci.
Aby założyć post z relacjami możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z relacjami z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj relacje w karcie postaci.
✧
Wskazane jest publikowanie opowiadań o Twojej postaci, ale nie są one obowiązkowe. Chcemy o twojej postaci wiedzieć jak najwięcej!
Skorzystaj z wzoru na początek opowiadania. Do każdego opowiadania dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, opowiadanie.
✧
Nie musisz, ale możesz pokusić się o założenie posta z telefonem postaci.
Aby założyć post z telefonem postaci możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z telefonem z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj telefon w karcie. Do każdego posta z telefonem dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, telefon.
⊹
Limity czasowe
⊹
✧
Aby nie przysłaniać zbyt często treści innych autorek i autorów, narzucamy limity czasowe.
✧
Pomiędzy kartą postaci a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.
✧
Pomiędzy karta postaci a opowiadaniem — 24h plus minimum 2 komentarze pod opowiadaniem.
✧
Pomiędzy karta postaci a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a kartą postaci — 1h bez limitu względem komentarzy.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a opowiadaniem — 1h bez limitu względem komentarzy.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a rozgrywką fabularną — brak limitu.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a opowiadaniem — 24h oraz co najmniej 2 komentarze pod opowiadaniem.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.
⊹
Obecności i urlopy
⊹
✧
Na blogu występują comiesięczne listy obecności trwające tydzień. Karty postaci osób, które nie zgłosiły obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych.
✧
Aby uniknąć przesunięcia karty do wersji roboczych, należy zgłosić urlop w odpowiednim dziale. Maksymalny czas urlopu to dwa miesiące. Po tym czasie karty postaci danej osoby zostaną przeniesione do wersji roboczych.
✧
Jeśli zniknęliście a marzy wam się powrót, chęć tę należy zgłosić w odpowiednim temacie. Cieszymy się, że do nas wracasz! No hard feelings. ☺
Kruszy się jego skóra jak popiół z nadpalonej kartki. Przy najmniejszym dotyku, jedynie ślizgnięciu opuszek prawej dłoni, usta wykrzywiają się w bolesnym grymasie. Namiastka słońca, jak liche wspomnienie, ćmi w głowie bólem ostatniej nocy – wieczoru, podczas którego stał się czyimś poddańczym kundlem. Zamiast w ofierze zatopić cienkie kły, zamiast zaspokoić głód pnący się od podbrzusza przez samą gardziel, pomógł – zamiast zabić. Na swoje ręce przyjął życie potencjalnej ofiary, uniósł ją i przy słodkim zapachu krwi zalewającej jej klatkę piersiową poddał się najbardziej ludzkiej emocji – żalowi. Uratował, powiedzieliby jedni; inni – zlitował się. Sam zapomniałby o tym geście dzień później, gdyby nie księżyc, który tamtej nocy naznaczył jego ciało delikatnymi pocałunkami. Klnie na własną głupotę. Klnie, przenosząc ślinę na palce prawej dłoni, by lepkością opuszek dotknąć sczerniałego ciała.
OdpowiedzUsuń[akapit]— Daikide — psioczy w ojcowskim języku; przeklina samego siebie i własną głupotę, która popsuła plany.
[akapit]Powinien tutaj, pod tymi drzwiami z ciężkiego, litego drewna, pojawić się nie wcześniej niż za dwa tygodnie. Harmonogram na tyle utarty, na tyle mu przyjemnie znany, że dziś czuje się nieswojo. Myśli, że złamał zasadę ichniejszej, niespisanej umowy. Widzieć się za często? Nie wypada. Ale mimo to, jak kot, który ten jeden jedyny raz spadł na trzy, nie cztery łapy, kuleje w boleści zabliźniającej się już szramy na szyi.
[akapit]Puka.
[akapit]Zawsze puka ostrożnie, chwytając żeliwną kołatkę w kształcie lwiego (jeśli nie lwiego, to co najmniej kociego) łba. Metal chłodzi rozgrzane dłonie. Cały pali się od zewnątrz, jakby z godziny na godzinę ciepło wdrapywało się głębiej i głębiej, penetrując kanaliki skóry wprost ku bieli szkieletu.
[akapit]Bierze głębszy wdech, ale płuca bolą. Zamiast podnosić żebra, to wbijają się w nie z nieopisywalną zawziętością. Zakleszcza więc palce na klatce piersiowej, by zmiąć w dłoni przyjemną miękkość bawełny. Musi się opanować i zgasić niewygodę w trzy, dwa, jeden — teraz już chwyta większą od ręki klamkę.
[akapit]Wchodzi do środka.
[akapit]Przekracza próg krokiem już pewniejszym, bardziej „tutejszym”. Obleczony w czernie zlewające się z nocą, w długie rękawy i golf przylegający do skóry, za sobą pozostawia jedynie unoszący się niedbale w przeciągu materiał cienkiej, ciemnej marynarki. Jego oczy spotykają się z innymi; bynajmniej nie tymi oczekiwanymi. Przed nim w kolejce — absurd, żeby sam brał udział w tak codziennych, ludzkich zjawiskach, jakimi są, heh, kolejki — stoi mężczyzna o strzępku siwych włosów na czubku głowy. Te zgrabnie (zapewne cienkim grzebieniem) zaczesano na potylicę. Widzi, że mężczyzna ma sinawe dłonie. Krew w jego żyłach krąży nieśmiało, powolnie, z miesiąca na miesiąc uspokajając serce i przygotowując je na końcowe zatrzymanie. Śmierć łechce starca za uszami, ale on wytrwale, w nadziei na ostatnie tchnienie, sięga po szeleszczący blister małych, czerwonych tabletek.
[akapit]Uśmiecha się ku niemu niedbale, ale czule. Jak wnuk wizytujący dalszych dziadków. Posłusznie ustawia się za skarłowaciałym ciałem ostatniego klienta, by dopiero wtedy, znad garbu mężczyzny, spojrzeć na człowieka za ladą. Głowa opada ku prawemu barkowi, prawie niezauważalnie, ale jednak, a dłonie krzyżują się na piersi.
[akapit]Czeka w jebanej kolejce.
[akapit]I nie sposób mu się nie zaśmiać na tę błahą myśl, gdzie tak prosta czynność zrównuje go z całą ludzką populacją. Zaraz jednak, gdy jeden blister znika w skórzanej saszetce starca, zauważa, że druga para dłoni szuka kolejnego leku. Dłonie te są łagodniejsze, skromne w ruchach, pulsujące na wnętrzach nadgarstków przyjemnym rytmem.
[akapit](Koniuszek języka mimowolnie wspina się na lewy kieł. Gładzi biel zęba przy nagłej nadaktywności ślinianek. Do kurwy. Jest jak głodny pies na uwięzi, jak kundel z kagańcem na pysku. Odwraca głowę i pozwala, by krew w jego własnym ciele zaczęła krążyć szybciej, natarczywiej). Nie zauważa, kiedy ostatni z klientów opuszcza przybytek.
Usuń[akapit]— Wybacz — zaczyna, kiedy ledwie słyszalny dźwięk uwieszonego nad drzwiami dzwonka ginie wraz ze stukotem jednego z odkładanych przez aptekarza szklanych naczynek. — Do wcześniejszej wizyty zmusił mnie los? — dodaje, choć forma sugeruje bardziej pytanie niż stwierdzenie. — Potrzebuję czegoś skuteczniejszego niż ostatnio.
[akapit]Podchodzi do lady, jedną dłonią już hacząc o za długi materiał koszulki. (Wcześniej z jednego rękawa marynarki wysupłał rękę; materiał odzieży nędznie zwisa na jego sylwetce). Poparzenia na przedramieniu są świeże, wciąż czerwonawe. Tym razem powstrzymuje bolesny dreszcz; nie pozwala rozprzestrzenić się mu dalej niż na wysokość ramienia.
Apteka pachnie mętnie i znajomo. Tykanie zegara reguluje bicie jego serca. Jednostajnie odmierza czas, odlicza kolejne sekundy od przeciągającej się męki. Pięć godzin. Godzina. Trzydzieści minut. Nie wie, czy lubi swoją pracę, ale na pewno jej nie nienawidzi. Dzisiaj jednak zmaga się z nią — gęsta mgła myśli przesłania jego umysł i nie jest w stanie wyłuskać z nich żadnych konkretów. Brak konkretów go irytuje. Irytacja doprowadza do chronicznego zaburzenia świadomości, a co za tym idzie, utrudnia mu skupienie. Bolesne pulsowanie rozchodzi się po jego skroniach, przechodząc na tył czaszki i przeobrażając się w znośny ucisk gdzieś w górnej części karku. Na szczęście, nie ma dzisiaj zbyt wymagających klientów. Wydaje w następującej kolejności: podwójne opakowanie Aspiryny, Actelsar, gazę i preparat odkażający, nasenne tabletki ziołowe z melatoniną, Ramipryl, maść na odparzenia, słodzony syrop na kaszel i parę innych specyfików. Każdy odnotowuje w głowie, a później i specjalnej tabeli, by ułatwić sobie późniejszą inwentaryzację. Dodatkowo zmusza się tym do koncentracji na chwili obecnej. Jego ręce, jasne, zbrukane od trzymania broni i bezustannego treningu, pracują miękko, konsekwentnie. Przyjmują pieniądze, podają terminal, pakują lekarstwa do papierowej torby, chowają paragony w kasie fiskalnej. Przepada za gromadzeniem dokumentacji i chociaż robi to z obowiązku, znajoma czynność sprzyja też pielęgnacji spokoju ducha. Po stokroć nie cierpi natomiast rutyny przez to, jak bardzo potrzebuje jej od paru ładnych tygodni, by przetrwać. Nie zrywa tej zależności, ponieważ jeszcze nie udało mu się dostatecznie skutecznych metod na radzenie sobie z zaburzeniem codzienności.
OdpowiedzUsuńJuż po raz trzeci z opanowaniem i wyćwiczonym uśmiechem — uprzejmym, choć na wskroś chłodnym — tłumaczy starcowi, jak stosować sprzedawany na receptę lek na problem z osteoporozą. Jego maska nie pęka, chociaż tłumiony głosik w jego piersi krzyczy aż do rozdarcia płuc. Zwyczajowo znacznie łatwiej mu nad sobą panować. Nabrał w tym naturalności w Zakonie, którego nazwy nie może i nie chce teraz wspominać.
Potem do apteki wkracza on. Zaburzenie rutyny. Skomplikowany klient. Cholera jasna. Przeklina pod nosem zuchwałość losu. Jego twarz, poza ledwo poruszającymi się bezgłośnie ustami, nawet nie drga.
Szybko przenosi wzrok na poczciwe oczy sędziwego klienta, zapisuje mu na kartce instrukcję zgrabnym pismem i podaje mu ją razem z listkiem tabletek, a potem dokłada do niego również ciemną buteleczkę z pigułkami przeciwzapalnymi.
— Do wiedzenia. — żegna go obojętnie. Starzec wychodzi. Wreszcie spogląda na młodzieńczą twarz, zastygłą na zawsze w czasie. Palce Alastora zaciskają się lekko na wygładzonym brzegu blatu, kiedy z obojętnością szuka odpowiedzi na niezadane pytanie. Co tu robisz tak wcześnie? Nie musi wypowiadać go na głos: być może, w bardziej przystępnym stanie, w ogóle by go nie zadał. Teraz mierzi go to, a zimne dreszcze wkradają się za kołnierz prostej czarnej koszuli i pędzą po krzywiźnie kręgosłupa.
— Nie przepraszaj. Jesteś klientem, a ja sprzedawcą. To moja praca, Twoje przybycie nie robi mi różnicy. — mamrocze tak bezemocjonalnym głosem, że brzmi to niemal przekonująco. Może zwykły człowiek by się nabrał. Kilka lat temu wypracował jednak teorię na temat zdolności wampirów do wyczuwania kłamstwa w oparciu o ich wyczulone zmysły: przyspieszony puls, niemożliwe do wyhaczenia gołym okiem spięcia mięśni, zmiana w rytmie serca. To jednak tylko hipoteza, niepodparta żadnymi rzeczowymi dowodami. Alastor jest utalentowanym kłamcą, jednakże może mieć do czynienia z równie zdolnym obserwatorem. Migrena i zmęczenie działają na jego niekorzyść. Ignoruje te niedogodności i spogląda na wystawioną w jego kierunku rękę.
— Pytasz czy się tłumaczysz? — rzuca i bezapelacyjnie łapie go za nadgarstek, przysuwając go bliżej światła sączącego się z lampki na ladzie i zmuszając do lekkiego pochylenia się nad blatem. Nie jest nadmiernie delikatny, działa metodycznie. Oparzenia są bez wątpienia świeże, dość poważne i z pewnością bolesne, a także dowodzą porażki jego eksperymentu. Ostatnio sprzedał mu maść własnego wyrobu z mocnym antybiotykiem, pantenolem i ochronnym filtrem. Strzał na ślepo, bo była to bardzo mocna wariacja leku dla człowieka. Powinna częściowo zadziałać, ale tylko w teorii. Spodziewane, ale rozczarowujące. Natychmiast wpada na inny pomysł. Puszcza go tak szybko jak tylko może. Zerka na zegar na ścianie w momencie, w którym wybija wyczekiwana godzina. Nieśpiesznie wychodzi zza lady, kroczy do drzwi i obraca wiszącą na nich tabliczki. Narysowany na desce farbą napis “Zamknięte” zderza się z szybą wychodzącą na ulicę. Przekręca zamek, bo może wypuścić Korynta tylnym wyjściem, a nie zamierza dopuścić, by obcy kręcili się po aptece pod jego nieobecność.
Usuń— Chodź za mną. — rozkazuje, wchodząc z powrotem za sekretarzyk. — I niczego nie dotykaj. — ostrzega go oschle. Nie sprawdza, czy wampir podąża za nim. Po drodze wysuwa z kieszeni zawiniętą w chusteczkę małą, białą tabletkę i wsuwa sobie ją pod język. Proszek kruszy się, a gorzkość rozlewa się po jego języku. Na ulgę musi poczekać około ośmiu minut. Na zapleczu bzyczy zawieszona pod sufitem lampka. Spogląda na wysoką półkę z ciemnego drewna. Stoi na niej cała masa fiolek, słoiczków, pudełek i innych różnorodnych naczyń. Zaczyna przesuwać wzrokiem po opisanych ręcznie etykietach, kiedy nagle zamiera, a jego oczy powoli kierują się w stronę wampira.
— Wyglądasz fatalnie. — mówi bez ogródek. Nie ma w jego głosie złośliwej nuty, ponieważ stwierdza obiektywny fakt. — Gorzej niż zwykle. — dodaje i krzyżuje ręce na piersi. Ciekawość wygrywa ze zmęczeniem i decyduje się nie sięgnąć od razu po poszukiwany specyfik, choć niewątpliwie pozwoliłoby mu to szybciej wygnać niespodziewanego gościa.
Sam nie wie, kiedy miarowy rytm zegara zespaja się z jego pulsem. Rytm serca, który dla wampirów i tak jest wolny, przyśpiesza. Pod obuwiem aptekarza skrzypi stara, drewniana podłoga. Odzywa się szkło odstawiane na wyższe półki — przy zbutwiałych meblach dźwięk jest mdły, wchłaniający się w materiał. Wszystko wkoło gra, w dosłownym sensie, kiedy palce wsuwane jeszcze głębiej w kieszenie płaszcza, napotykają przyjemnie szeleszczący materiał. Apteka, choć i nazwać by można miejsce sklepem zielarskim, rozkłada się na pięciolinii podobnymi nutami. Wszystkie one rozgrywają przyjemnie uspokajającą melodię. Czuje, jak ból ustaje — pozornie, ale ustaje. Dopiero po chwili, pod owalem nakładających się na siebie dźwięków, sięga jednego, najważniejszego. Jeden, dwa, trzy. Odlicza wolne uderzenia drugiego z serc, przy jednoczesnym wędrowaniu koniuszkiem języka po podniebieniu. Cztery, pięć. Mięsień znajduje ostrą krawędź górnej linii zębów, haczy kieł.
OdpowiedzUsuń[akapit]Sześć.
[akapit]— (…) Twoje przybycie nie robi mi różnicy.
[akapit]— Czyżby?
[akapit]Pytanie wypowiedziane zbyt szybko, by brzmiało na naturalne; jakby spodziewał się zbyt nagłego zaprzeczenia. Miał rację. Musi przyśpieszyć zaklęte pod głową odliczanie, a ciągłość pulsu wybijać na palcach prawej dłoni schowanych poza wzrokiem rozmówcy. Nikły, ale utrzymywany uśmiech, zaczyna być bardziej widocznym; zmarszczki wokół ust stają się bardziej zarysowane, wargi zwężają się. Nie spuszcza z mężczyzny wzroku obserwując, choć może i badając, pojedyncze drgania mięśni. Jednak całość emocji, na którą składają się szarpnięcie dłonią, zaciśnięcie palców na nadgarstku, pływające na wierzchu zirytowanie, uciekają przed zdefiniowanem. Złość? Być może zmęczenie.
[akapit]Jedynie uśmiech zniknie z twarzy, kiedy obca dłoń zakleszczy się na poparzonym fragmencie skóry. Pierwszym odruchem jest wycofanie ręki. Nawet i ramię drgnie, ale przy wydechu zostaje na miejscu. Nawet pozwala ciału zbliżyć się do mężczyzny. (Pozwala, bo ciało od zawsze było dla niego czymś obcym i posiadanym; naczyniem, które należy kontrolować, sprawdzać, najczęściej powstrzymywać. I teraz buzuje pod skórą nagła chęć szarpnięcia — wpierw dłoni, później Jego).
[akapit]Rękaw na nowo zostaje zaciągnięty. Zgubił się w odliczaniu. Zaczyna od nowa. Tym razem “jeden” zostaje wypuszczone z głębszym oddechem. Sunie na powietrzu ni to w zalążku szeptu, ni w pełni uformowanego słowa. Metaliczny odgłos zamykanego zamka jak zaklęcie przywraca na twarz Korynta blady uśmiech. Tym razem na chwilę. Na trzy krótkie uderzenia serca. Wciąż liczy.
[akapit]— I niczego nie dotykaj.
[akapit]Parska krótko przy chwilowym rozbawieniu. Nie przytakuje, nie zaprzecza. Śmiechowi towarzyszy rozłupywany chrzęst. Marszczy brwi szukając źródła dźwięku, które jest na tyle krótkie, jednorazowe, że zaraz niknie pod bzyczeniem na wpół działającej lampki. Dopiero teraz, w tej małej, laboratoryjnej w założeniu przestrzeni, rozgląda się dokładniej. Jak aksamit wzrok zsuwa się z mężczyzny, płynie po obłych kształtach ciemnego drewna i po fiolkach, które łapią ciepłe, sztuczne światło lampy.
[akapit]— Wyglądam fatalnie? — powtarza po nim zdziwiony. Niechciane rozbawienie dryfuje na zmieszaniu jak olej na powierzchni wody. Milknie na dłużej, bo na cztery uderzenia serca. — Rozumiem, że chcesz mnie spytać dlaczego. Pytaj, nie gryzę.
[akapit]Nie ciebie.
[akapit]Pośrodku pomieszczenia stoi dość niski, za niski jak dla dorosłego, za wysoki dla dziecka, owalny stół. Na nim względny porządek; jeden z tych, które można przypisać osobom skrupulatnym. Jesteś skrupulatny? Widzi pootwierane, puste fioki. Widzi niższe od tychże słoiczki, które porozkręcane, czekają na wypełnienie zamówieniami. Widzi notes, zamknięty. I pióro, z którego atrament musiał dawno temu rozlać się na drewnie i wsiąknąć w jego szczeliny (plama, niewielka).
Usuń[akapit]Gdzieś pomiędzy bibelotami a na papierze dostrzega wykreślone krzywą kursywą nazwisko. De Gaulle. Marszczy brwi, ale nie dotyka. Jedynie palcem jak wskazówką zatacza wynikający z owalu stołu okrąg. Zaraz na jego krawędzi. Tuż pod nazwiskiem rozpisano: lulek czarny, korzeń kozłka, jałowiec, miód gryczany, piołun. Czyta je raz jeszcze, podług rytmu podsłuchiwanego serca. Lulek czarny, korzeń kozłka i dalej. Brwi zwężają się.
[akapit]— Kim jest De Gaulle? — Palec haczy o garść ziół w niewielkiej ilości rozsypanych koło jednej z pustych fiolek. Rozciera je pomiędzy opuszkami. Wącha. Do nozdrzy dociera ziemista, “ciepła” woń. No tak, alkaloidy tropanowe. Dawniej kojarzone z maściami czarownic. Jesteś szarlatanem, Alastor. Przez krtań pnie się rozbawienie, ale schowane zostaje pod językiem.
Sztywna „moralność” łowcy drży w nim jak rozbrzmiały dzwon, ale jego ostrzegawcze huczenie już dawno przyciszył zdrowy rozsądek. Trudno wyzbyć się wpajanych od dziecka zasad: jemu jest tylko trochę łatwiej, bo zwykł je podważać, wprawiając swoich krewnych w całą gamę negatywnych emocji: od gniewu (ojciec), poprzez lodowatą dezaprobatę (matka) aż do rozżalenia (siostra). Nie istniał dla niego bowiem niepodważalny stan rzeczy. Wszystko dało się zanegować, nawet samą naturę istnienia wrogich relacji ludzkości z wampirami. Wątpliwość prowadzi do rozwoju i zmiany albo wręcz przeciwnie, utwierdzenia się w poglądach. Oba te zjawiska uważał za niezmiernie korzystne w osobistym rozwoju. Oczywiście w ekstremalnych przypadkach mogło też prowadzić do przekroczenia granic etycznych. Nie żeby Alastor szczególnie przejmował się przyzwoitością. Jego współpraca z wampirami — mniej niż bardziej krwiożerczymi, ma w sobie na tyle instynktu samozachowawczego, by nie wdawać się w porachunki z potworami — przynosi mu konkretne korzyści. Właśnie na nich opiera się jego relacja z Koryntem i właśnie na nich skupia się, odpędzając wciąż powracające przyzwyczajenia.
OdpowiedzUsuńZamiast dobrać odpowiednio oschłe słowa, odpowiada mu w przeciągłym chłodnym spojrzeniu. Nie neguje ani nie potwierdza, wyjątkowo uciekając do najbezpieczniejszej opcji, bo nie ma teraz siły na ich zwyczajowe gierki. A przynajmniej dopóki wampir nie rozpali w nim siły do zwyczajowego przekomarzania się. Zazwyczaj czyni to w sposób aż nazbyt irytujący. Uważa to jednak za ich wspólną, niepisaną rutynę, a to podtrzymuje jego spokój (i popycha go coraz bardziej w ramiona szaleństwa).
Nie przejmuje się jego dyskomfortem: jest jak medyk, który wpisuje w życiorysie kolejne ludzkie tragedie i robi to na tyle często, by przyzwyczaić się do śmierci, rozpaczy, koszmaru, tudzież innych makabrycznych widoków. Reaguje więc na nie bez czułości. W porównaniu do rozpłatanych ciał i krwi kapiącej przez lata zabijania wampirów (albo prób zabijania, co podpowiada mu kąśliwe sumienie), poparzenia Korynta są widokiem niemalże miłym. Niemalże. Najmilej prezentowałyby się, gdyby przybył tu w odpowiednim momencie.
— Jakby ktoś skopał Ci tyłek. Jakby Twoje oparzenia bolały bardziej niż zdradzasz. Jakbyś dawno nie wbił się w czyjąś szyję albo jakby ktoś podawał Ci zatrutą krew. — precyzuje bezemocjonalnie, ponieważ obaj zdawali sobie sprawę, że podrzucony komentarz nie dotyczył ogólnej prezencji (Alastor nie zwraca na to uwagi), a obecnego stanu.
Sztywnieje, przyłapany na swojej ciekawości. Walczą w nim dwie potrzeby: ucieczki i wiedzy. Kalkuluje więc, której powinien ulegnąć i jak dużą ma szansę na usłyszenie prawdy. Nieufność, chociaż wymierzona skrupulatnie i pomniejszona w zestawieniu z pogardą większości łowców, wciąż w nim pulsuje, głęboko zakorzeniona. Wampirom nie można ufać. Potwory należy zabijać. To śmieszne, że kiedy dorósł definicja potworności dopasowała się nie do ogólnej definicji z kodeksów, a jego własnych doświadczeń, tak inna od tego, czym przez lata go faszerowano.
— Zabawne. — komentuje mimochodem intencjonalny przebłysk humoru. Robi to, naumyślnie, z kamienną twarzą, by dać wyraz ironii. — Jeśli mam Ci pomóc, muszę uzyskać każdą możliwie istotną informację. — idzie w bardzo oczywistą ścieżkę i obaj muszą zdawać sobie z tego prawdę, ale duma nie pozwala mu na bezpośrednie wyjawienie prawdy.
Usuń— Więc? — pośpiesza go, nie wprost, ale jego ton pod koniec sylaby idzie w górę, przybierając przytający wydźwięk.
Na ułamek chwili jego uwaga spoczywa ponownie na stojącej przed nim półce. Zgarnia upatrzone wcześniej lekarstwo (prawdopodobnie), ściskając w zimnych palcach szklaną fiolkę. Rozprasza go to na zaledwie kilka sekund, ale to wystarczy, by Korynt miał czelność złamać jedyną narzuconą mu regułę. Wyraz nonszalancji przeciąga drażliwą strunę, wystarczająco dziś poszarpaną przez zmęczenie i popycha go do interwencji. Pojawia się przy nim natychmiast i chwyta go stanowczo za nadgarstek, w dokładnie tym samym miejscu co w sklepowej części apteki. Tym razem robi to z większą siłą. Dociera do niego wtedy parę rzeczy, bez ładu i składu wkradając się do jego świadomości. Pierwsza, nie posprzątał po porannych badaniach, a kurz z półek tańczy w słabym świetle lampy (hańba). Druga, puls wampira, zwyczajowo i tak powolny, bije pod jego opuszkami zbyt niemrawo nawet jak na krwiopijczy organizm. Trzecia, resztki lekarstwa spływają do gardła. Niedługo uśmierzą ból głowy. I wreszcie, czwarta, bezwiednie przyjmuje strategię rodziców, pochylając się nad klientem przeciwnikiem, jakby chciał zmusić go do wykonania kroku w tył albo stłamsić go nagłą bliskością.
— Miałeś niczego nie dotykać. — przypomina mu, cedząc słowa z trudem ześlizgujące się z języka. — Masz trudności z wykonaniem poleceń, Korynt? — nacisk pada na imię wampira, kiedy obdarza go lodowatym spojrzeniem. Mija moment zanim wciska w unieruchomioną dłoń wybrany medykament i dopiero wtedy go puszcza. — Smaruj dwa razy na dobę. Nie więcej. Jeśli w ciągu kilku nocy nie przyniesie Ci to ulgi, a oparzenia wciąż będą się pojawiać, wróć do mnie. — mamrocze i robi naglący krok w tył, splatając ramiona na piersi. — I to nie Twoja sprawa, kto jeszcze jest moim klientem. — oznajmia sucho. W głowie nieco wiruje mu od ukłucia gniewu, ledwie wyczuwalnego, ale na tyle nagłego, by jeszcze bardziej zaburzyć rytm jego codziennej pracy. — Jest coś jeszcze, co powinienem wiedzieć?
Obce palce jak zatrzask chwytają przegub ręki. Patrzy się na twarz mężczyzny z nieufnością, szczyptą zaskoczenia, nie reaguje gwałtownie. Zamiast tego pozwala rozbawieniu spłynąć wzdłuż mięśni szyi, kiedy stoi tak, posłuszny, zaciekawiony jakby czekał na kolejny krok. Jeszcze jeden chwyt, mocniejsze słowo czy złość, która szarpnęłaby tym razem jego krtań. Nic z tego.
OdpowiedzUsuń[akapit]Wycofanie się Alastora jest jak szarpnięcie suchej liny – gwałtowne, pełne podskórnego oporu. Korynt patrzy, jak łowca odsuwa się, pozostawiając w powietrzu jedynie zapach rozgrzanej bawełny i drobny, drażniący pył, który unosi się z poruszonych na półkach słoików. Nie spieszy z odpowiedzią. Widzi, jak każdy ruch w tym ciasnym pomieszczeniu nabiera gęstości zastałego powietrza, w którym bzyczenie popsutej lampy nadaje rytm ich kolejnym gestom.
[akapit]Obraca flakon w palcach. Szkło pod jego dotykiem jest chłodne, idealnie gładkie, uformowane w gruby, foremny walec, który w półmroku zaplecza wydaje się niemal czarny. Dopiero gdy zbliża go do twarzy, pod światło jarzeniówki, dostrzega brunatny odcień płynu. Ciecz w środku nie przelewa się. Za to zdaje się pełznąć jak rozleniwiony na słońcu gad. Tłusta maź oblepia wewnętrzne ścianki z precyzją gęstego syropu, zostawiając za sobą smugę, która powoli i z uporem spływa na dno. Pomiędzy szkłem a zatyczką z naturalnego korka uchodzi mikroskopijna strużka zapachu: ostry, niemal zwierzęcy tłuszcz, przełamany lodowatą nutą mentolu i zielem, które pachnie jak przypalona skóra.
[akapit]— Smarować dwa razy na dobę — powtarza a jego głos jest cichy, zniżony do rejestru, który wibruje w kościach, zamiast nieść się po izbie. Dodaje ciszej, rozbawiony: — Słowa rzucasz jak rozkazy w koszarach. W każdym razie…
[akapit]Uśmiecha się delikatnie, wspomnieniami brocząc w rozkopanych niegdyś grobach.
[akapit]— Zazwyczaj staram się unikać jaśniejszych nocy, ale nie zawsze mi to wychodzi. Wczorajszy wieczór zmusił mnie do śmielszego wystawienia skóry i — niestety — nie do końca był to mój wybór. Oto konsekwencje. Najwidoczniej nie lubię się także i z księżycem.
[akapit]Ręka, wciąż wolna, opada bezwładnie wzdłuż boku, szukając oparcia w ciężkim suknie marynarki. Materiał jest szorstki, znoszony na mankietach, przesiąknięty wilgocią londyńskiego wieczoru. Przy każdym minimalnym poruszeniu palców, gdy chropowaty len ociera się o sczerniały, łuszczący się naskórek, przez ramię przechodzi suchy, palący skurcz; gwałtowne, twarde spięcie martwego mięśnia, który odrzuca proces gojenia. Czuje, gdy skóra pęka jak suchy pergamin pod naciskiem zbyt grubego pióra.
[akapit]Wampir przenosi wzrok z flakonu na twarz aptekarza. Śledzi wzrokiem linię jego szczęki, zaciśniętej tak mocno, że pod jasną skórą, tuż przy uchu, pulsuje mała, twarda żyłka. Krew Alastora pachnie inaczej niż wcześniej, za kontuarem – teraz jest gęstsza (od gniewu?), ma kwaśniejszą woń. Puls wtem słabnie.
[akapit]– To prawda. Moją sprawą nie są twoi klienci, chyba że powielają jedno ze znanych mi nazwisk. – Korynt powraca wzrokiem do zapisanego na stole nazwiska, nie odwracając jednak głowy od mężczyzny. – Nie podejrzewałbym współpracy rodziny De Gaulle z innymi łowcami, chyba że mówimy o przypadkowej zbieżności w nazwie rodu. To jak, twój klient jest jednym z nich czy nie?
[akapit]Robi kolejny krok. Powolny, niemal niezauważalny dla kogoś, kto nie nawykł do śledzenia drapieżników. Skórzana podeszwa jego buta napotyka na podłodze rozsypaną garść suszu — lulek trzeszczy pod obcasem, krusząc się na drobny, szary pył, który natychmiast unosi się w powietrze, drażniąc nozdrza ziarnistą, ziemistą goryczą. Odległość między nimi kurczy się do długości wyciągniętego ramienia. Korynt czuje chłód bijący od koszuli łowcy, czuje zapach mydła, którym ten mył dłonie po poprzednim kliencie, i tę nieznośną, ludzką temperaturę – trzydzieści sześć stopni z kawałkiem, które w ciasnej przestrzeni parują chciwością [s]jego nieprzeżytego[/s] życia.
Usuń[akapit]— Jest coś jeszcze, co powinienem wiedzieć?
[akapit]Wsuwa flakon do wewnętrznej kieszeni. (Poparzona skóra naciąga się na jego przegubie, z małego pęknięcia tuż przy kostce sączy się rzadka, ciemna posoka, niemal natychmiast wsiąkająca w mankiet koszuli). Nachyla się nad jego szyją. Czuje jak kły ocierają się o dolną wargę, jak ciało rwie do rozgniewanego pulsu mężczyzny.
[akapit]— Miała gorzki posmak — pyta czując jak w krwioobieg wpompowane zostają nuty ciężkiej goryczy. — Wiesz, mówią, że podczas upijania krwi ustępują nawet najgorsze bóle. Przynajmniej na chwilę. — Odsuwa się na moment, dłonie rozkładając leniwie na wysokości klatki piersiowej. — Nie dotykam.
[wątek zakończony]
OdpowiedzUsuń