⊹
Pisanie wątków
⊹
✧
Pod kartami postaci pozostawiamy jedynie komentarze odautorskie!
✧
Aby rozpocząć rozgrywkę fabularną/wątek/fabułę z inną postacią, opublikuj post z opisem wątku.
Do treści posta możesz (nie musisz) użyć gotowego kodu. Historię rozpisujecie w komentarzach pod tym właśnie postem. Obowiązujące etykiety: imiona i nazwiska postaci biorących udział oraz hasło wątek.
✧
Aby orientować się w prowadzonych wątkach proponujemy, nie jest to jednak obowiązkowe, aby założyć post z chronologią.
Aby założyć post z chronologią możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z chronologią z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj chronologię w karcie postaci.
✧
Stwórz post opisujący istniejące relacje Twojej postaci.
Aby założyć post z relacjami możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z relacjami z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj relacje w karcie postaci.
✧
Wskazane jest publikowanie opowiadań o Twojej postaci, ale nie są one obowiązkowe. Chcemy o twojej postaci wiedzieć jak najwięcej!
Skorzystaj z wzoru na początek opowiadania. Do każdego opowiadania dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, opowiadanie.
✧
Nie musisz, ale możesz pokusić się o założenie posta z telefonem postaci.
Aby założyć post z telefonem postaci możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z telefonem z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj telefon w karcie. Do każdego posta z telefonem dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, telefon.
⊹
Limity czasowe
⊹
✧
Aby nie przysłaniać zbyt często treści innych autorek i autorów, narzucamy limity czasowe.
✧
Pomiędzy kartą postaci a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.
✧
Pomiędzy karta postaci a opowiadaniem — 24h plus minimum 2 komentarze pod opowiadaniem.
✧
Pomiędzy karta postaci a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a kartą postaci — 1h bez limitu względem komentarzy.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a opowiadaniem — 1h bez limitu względem komentarzy.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a rozgrywką fabularną — brak limitu.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a opowiadaniem — 24h oraz co najmniej 2 komentarze pod opowiadaniem.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.
⊹
Obecności i urlopy
⊹
✧
Na blogu występują comiesięczne listy obecności trwające tydzień. Karty postaci osób, które nie zgłosiły obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych.
✧
Aby uniknąć przesunięcia karty do wersji roboczych, należy zgłosić urlop w odpowiednim dziale. Maksymalny czas urlopu to dwa miesiące. Po tym czasie karty postaci danej osoby zostaną przeniesione do wersji roboczych.
✧
Jeśli zniknęliście a marzy wam się powrót, chęć tę należy zgłosić w odpowiednim temacie. Cieszymy się, że do nas wracasz! No hard feelings. ☺
W Shoreditch przecinają się erotyczny mezalians artyzmu i pozostawione na wieczność postfabryczne budynki. Ich długie, strzeliste kominy jak niegdyś podłużne wieże zamków, drapią brudne dzisiejszego dnia chmury. One na niebie niczym tytoniowe opary błyszczą szarością na ciemnej połaci nieba. Gdzieniegdzie, w szczelinach pomiędzy porwaną białością ich faktury, błyszczą gwiazdy jak piegi rozsypane na ciemnych policzkach. Spogląda ku nim raz po razie, bardziej z przyzwyczajenia, niż pisarskiego rozanielenia, szukając; ten jednej najbadziej jaśniejącej, która i ozdabiała gruzińskie noce. Na próżno, bo chmury w wolnym korowodzie dają nikły wgląd w naturalną połać nocy.
OdpowiedzUsuń[akapit]Na jego ciele podobnie ciemne barwy, bardziej eleganckie niż zazwyczaj. Wyczyszczone ze zwierzęcej sierści porzuconych pupili, które jak na złość pokochały wnętrze rodzinnej kamienicy; wyczyszczone z kurzu osiadłego przez lata na bieli nieużywanej koszuli i płaszcza, który ciężarem naramienników znaczy aż za nadto wyprostowane barki. Spomiędzy klap odzieży wychyla się smukła, jasna szyja. (Jeden z niewielu detali ciała, który w sobie lubi. Nie tyle wizualnie, bo — cóż — dawno tej wizualności nie uświadczył. Ale skórę za uszami ma wciąż gładką i gdy ręka sunie na kark, uciskając ten, gdy sam ciągnie głowę do tyłu, to zawsze i mimochodem zahaczy o miękkość ciała za płatkami uszu).
[akapit]Płaszcz ma rozpięty, bo czerwcowa gorąc udziela się i późnymi wieczorami. Ciepło nagrzanych za dnia budynków przypomina o słońcu. Tęskni za nim jak za dalekim krewnym — nie za bardzo, ale z nostalgią. Wspomnienia jednak bledną a poczerniałe na krańcach zdęcia wschodów i zachodów są dla mężczyzny jedynie platońskim odbiciem prawdy. Ale on za prawdą nie tęskni. Zbyt skorumpowany jest kłamstwem — nie swoim, bardziej rodzinnym — by podążać za tym, co słuszne.
[akapit]Z tą też myślą sunie ulicami Shoreditch. Do nozdrzy docierają kwaśne zapachy tytoniu i łapie się na tym, że nawet by spróbował; wsunął pomiędzy wargi miękką bibułkę papierosa i wypełnił stare płuca czymś innym, niż ciche westchnięcie. Odsuwa tę chęć na rzecz innej, bardziej pilnej. Bo nocne Shoreditch, nawet w czwartkowe wieczory, jest barwne i pełne tętna. Wkoło przemykają sylwetki żywych. Tak skorych, by swoje wygięte szyje wsunąć w jego palce i zatracić się na tę jedną noc, być może ostatnią, ale wartą zapamiętania i krwiście zakończoną hasłem “raz się żyje”. Uśmiecha się.
[akapit]Spotykają się na skrzyżowaniu New Inn Yard i ulicy, której nazwy nie zdążył dostrzec. Mijając muralowe zdobienia grafitowej ściany dostrzega smukłą, acz przygarbioną sylwetkę mężczyzny, którego barki zapadają się w fasadę niskiej, acz ambitnie zdobionej kamienicy. Nad nim zapach — nic dziwnego — mielonej kawy, jakby tę uporczywie wciąż pijał. A być może to działająca kawiarnia, której duże, szklane okna wciąż przepuszczają woń wszystkich parzonych dzisiaj czarnych.
[akapit]Opada tuż koło niego, ramieniem jak kotwicą zapadając się przy całej ciężkości własnego ciała. Pozwala sobie na uśmiech. Krótki i niewiele mówiący. Pozwala sobie na podkreślone chwilowym rozbawieniem i wcześniejszą myślą:
[akapit]— Masz fajkę? — Zaraz jednak pytanie ginie w szumie rozmowy, która przebija się do ich przestrzeni; to nastolatkowie o kolorowych włosach i wciąż barwnych marzeniach, z plakatami pod ramieniem i koszulkami z logo mniejszej, prospołecznej organizacji, idą buntować się przez organizację speed datingu. On tego nie wie. Wiedzieć nie musi, ale spojrzeniem zsunie się po ich sylwetkach, na jednej zatrzymując się dłużej. Bez konkretnej myśli, ale z ciekawością człowieka.
[akapit]— To tutaj? Nie wygląda na miejsce, w które zapuszczają się osoby z kręgów bardziej… znaczących? — Gubi słowa, tak jak i one czasami go gubią, gdy chciałby powiedzieć coś więcej, ale pod językiem nic; jedynie zbierające się na podniebieniu zdenerwowanie.
Miał gulę w gardle, twardą i nieprzełkniętą, jakby spożyta dwa dni wcześniej krew nie przeszła przez nie gładko, jakby stworzyła skrzepniętą masę, niemożliwą do ruszenia. Czuł dyskomfort cielesny i umysłowy zarazem, bowiem formalny ubiór zawsze wydawał mu się formą społecznie akceptowalnego cierpienia. Miał ochotę rozdrapać swoją skórę, obedrzeć się z niej, porzucić jak zbędną powłokę i przestać istnieć. Po prostu ulotnić się, szczególnie z tego miejsca. Miał silne przeczucie, że jego obecność tutaj, była błędem.
OdpowiedzUsuńZnajome ramię obok jego własnego nie ułatwiło zachowania spokoju myśli, choć zapach Korynta zwykle był kojący, bo niezmienny, to tym razem ta dziwna mieszanka kadzideł, która unosiła się nad jego głową niczym aureola z dymu, nie pomagała.
Na zadane pytanie przesunął smukłymi palcami po swoich kieszeniach. Wygnieciony notes, ołówek, zmięta notatka. Definitywny brak papierosów.
– Rzuciłem nieco ponad pół wieku temu – odpowiedział na zadane pytanie. Gdyby nie nieskuteczność papierosów, zapewne paliłby dalej, może właśnie brak chorób płucnych mógłby być godnym wynagrodzeniem za bolączki nieśmiertelności.
Odepchnął się od ściany, nerwowo pociągnął za rękawy koszuli. Chciał wrócić do domu, do Afery i swoich książek. Te stanowiły w jego mniemaniu zdecydowanie lepsze towarzystwo, a biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia w jego życiu, zdawał się kusić los, pojawiając się jakkolwiek publicznie. Jednak zwykł dotrzymywać danego słowa, bo choć podczas poprzedniego spotkania wyraźnie zaznaczył, że nie był w stanie nic obiecać, to ich dziwaczny układ wciąż obowiązywał. Była to jedna z niewielu namiastek kruchych relacji, które udało mu się wykształcić z drugim wampirem, raczej stroniąc od swoich pobratymców. Ich obecność była odbiciem, którego nie chciał oglądać. Nie lubił wikłać się w ten świat, w ich świat, jak zwykł myśleć, odgradzając się od niego z konsekwentnym zmęczeniem.
– To tutaj – powiedział jeszcze, choć w jego głosie brakowało pewności, wyciągając z kieszeni kopertę z zaproszeniem, bo poza notesem, ołówkiem i kartką, miał przy sobie właśnie kopertę z grubego kremowego papieru.
Nie musiał opowiadać w jaki sposób zaproszenie zdobył, ponieważ wiedział, że Korynta raczej interesował sam efekt, a nie droga do niego. Dostał to, czego chciał, lub chcieli oni, bo zapewne i pragnienia mężczyzny mogły być odbiciem cudzej woli, choć wydawały się jego własnymi.
Budynek po drugiej stronie ulicy nie wyróżniał się niczym szczególnym. Ciemna cegła, wysokie okna.
Przeszedł przez ulicę. Wiedział, że jego towarzysz podążył za nim. Słyszał go, choć poruszał się jak cień.
Mężczyzna stojący przed wejściem wyciągnął do niego rękę, oczekując zaproszenia. Gdy już się mu przyjrzał, odsunął się bez słowa.
Kosma wślizgnął się bezszelestnie do środka, jakby pragnąc zostać niezauważonym tak długo, jak to możliwe. Był tu w roli obserwatora, patrząc na wszystkich dokładnie tak, jakby właśnie już w tej chwili opisywał ich w swoich myślach.
Ciepłe światło pomieszczenia rozlewało się po twarzach ludzi, załamywało się na unoszonych do ust szklankach. Dla niego jednak było drażniące, ponieważ zbyt mocne, by ukryć się w cieniu i obserwować, nasłuchiwać.
Chwila jednak wystarczyła mu, żeby zorientować się, że nie byli jedynymi wampirami w pomieszczeniu.
Pomieszczenie wita ich wysokimi sufitami, ale zanim one — zanim ich ciała nagle zmaleją w stosunku do wielkości samego pomieszczenia — on zaprze dłoń na ramieniu towarzysza. Nie agresywnie, nie zbyt śpiesznie — ot, zwyczajnie; jakby zatrzymywał go na moment i na chwilę.
OdpowiedzUsuń[akapit]— Aż tak ci śpieszno? — pyta ciszej, tym razem bez uśmiechu, ale też i bez większej emocji. Chciałby dodać, że przyszli tutaj razem, ale zanim myśl w pełni uformuje się pod czaszką, spogląda na profil mężczyzny, gdzie oczy już skierowane ku niemu; to ta sekunda na uśmiech. Nie korzysta z niej. — Nie sądzę.
[akapit]Są tutaj jak pył niewidzialni, wpierw omiatani spojrzeniami innych, innych ważniejszych, bardziej istotnych, co mu zdecydowanie pasuje. Nie on jak insekt chce piąć się po pajęczynie zależności. (Chociaż sama oprawa — wspomniane już wysokie sufity i szklane, duże okna; zastawy stołowe z małymi przystawkami nazywane finger food, “na jeden kęs” — onieśmielają. On jednak wstrzymuje się przed kąsaniem, bynajmniej kąśliwością).
[akapit]— Znalazłeś to, czego szukałeś? — zagaduje rozmówcę, choć wzrokiem wodzi za mijanymi. Na ciałach zebranych cichy luksus, bo choć bez marek, to skórę oblekają kaszmiry. Dopiero po chwili, gdy cisza między ichniejszą dwójką zdaje się przeciągać, dodaje: — U Miriam.
[akapit]Miriam, jego oczko w głowie, dusza na ramieniu. Na samo wspomnienie siostry jego ramiona opadają, ciało rozluźnia się, choć ciekawość brnie po karku. Jak mrówki zakrada się po pniu osobowości, drażni język a natrętne myśli łączy w pytania. One kolejno, jedno za drugim ustawiają się w szeregu, ale zaraz przełyka je wraz z haustem ciepłej śliny. Koniuszek języka wędruje na prawy kieł, gdzie ten delikatnie wbija się w mięsień. Boli, ale minimalnie. Powieki opadają na połowę oczu, gdy duża acz nieestetyczna dłoń o długich, krzywych palcach, zaczesuje czarne włosy za ucho.
[akapit]Podążając za innymi, głos również utrzymuje na poziomie niemrawego szeptu. Ton nie jest głośniejszy niż szelest uderzającej o szyby mżawki, lecz w gęstym, dusznym powietrzu sali niesie się z dziwną czystością.
[akapit]Wnętrze zaaranżowano z surowym, acz bezwzględnym przepychem. Nad ich głowami ciężkie, żeliwne dźwigary dawnej fabryki przeplatają się z misternie kutymi, kryształowymi żyrandolami, które rzucają na ściany z odsłoniętej, karminowej cegły drżące cienie. Architektura miejsca budowana jest na kontraście — brud zewnętrza z zimnym postindustrialnym betonem.
[akapit]Zapach potu miesza się tutaj z wonią palonego w kątach tytoniu, aromatem ambry i piżma, którymi skropiono pulsujące ciepłem nadgarstki śmiertelników. Pod warstwą sztucznych, perfumowanych woni kryje się metaliczny, słodkawy i obezwładniający zapach krwi, krążącej pod cienką skórą zgromadzonych, podnieconej alkoholem i buńczucznością zgromadzonych.
[akapit]Dajmy sobie jeszcze moment, myśli.
[akapit]Odwraca wreszcie wzrok od pozornej elity londyńskiego podziemia, przesuwając go z powrotem na stojącego zbyt daleko Kosmę. Nacisk jego dłoni na ramieniu towarzysza staje się minimalnie lżejszy, ale nie znika całkowicie. Robi krok w stronę mężczyzny.
[akapit]— Skoro już dałeś się tutaj zaciągnąć, pilnuj mnie uważnie, Kosma. Nie chciałbym wylądować pijany pod stołem. — Śmiech. Skoro już grają na scenie, to i niech będą ludźmi. Na krótką chwilę, na cześć dawnego życia. (Dłoń opuszcza ramię rozmówcy, ton wraca do bardziej rzeczowego). Dodaje: — Jest tu ktoś, kogo mam szansę nie znać, a jest osobą istotną?
[akapit] W istocie było mu śpieszno co najwyżej do wyjścia, ponieważ czuł, jakby kołnierz zaciskał mu się tylko ciaśniej dookoła szyi, potęgując uczucie niechęci do wszystkich, którzy znajdowali się w zasięgu jego wzroku.
OdpowiedzUsuńMiejsca podobne do tego wydawały się mieć w sobie więcej fikcji, niż jego osobiste powieści, ale potwory mieszające się z ludźmi, czyhające na nich, były już rodem z tychże właśnie.
[akapit] Stanął przodem do Kortynta. Powiódł spojrzeniem po ręce, która go przytrzymywała, a później dalej wzdłuż niej, przez palce, przegub nadgarstka, ramię, aż do przystojnej pochmurnej twarzy swojego towarzysza.
[akapit] Pomiędzy nimi wybrzmiało pytanie, zawisło w zgęstniałym nagle powietrzu. Korynt zdawał się wypowiadać imię siostry prawie z czcią równą tej, z którą ona mówiła na temat swojej wiary.
Westchnął, zdając sobie sprawę, że mieszanie się w sprawy tej rodziny, mogło być jednym z tych pomysłów, których z czasem srogo się żałuje. On jednak składał się z niewłaściwych koncepcji, sam będąc jedną z nich, więc brnął dalej.
[akapit] – Poniekąd – odpowiedział zdawkowo, jednak jego martwe serce niemal przyspieszyło na myśl o tym, który był obiektem jego ostatnich poszukiwań. Przesuwał opuszkami palców z niemal nabożnym uwielbieniem po kartkach papieru na prawie każde Jego wspomnienie, jednocześnie karcąc się w myślach za każdym razem za podobne czyny. – Jestem jednak niemal pewny, że niedługo to samo mnie znajdzie – dodał beznamiętnie, przechylając głowę nieco i patrząc ponad ramieniem Korynta gdzieś w dal. Niby na zgromadzonych na środku sali ludzi, ale bardziej pomiędzy nimi.
[akapit] Zwrócił znów uwagę na wampira, gdy ten wykonał krok w jego kierunku, naruszając już resztki przestrzeni osobistej, którą względem niego posiadał. Spojrzał mu z bliska w oczy, w których mógł dostrzec przebłyski znudzenia prawdopodobnie zbliżone do tych, pod którymi on sam się ukrywał.
Cofnął się o krok, zwiększając dystans panujący między nimi o dokładnie tyle samo, o ile Korynt go skrócił.
[akapit] – Jestem prawie przekonany, że jesteś dość duży, żeby sam siebie upilnować – odpowiedział obojętnie i wzruszył od niechcenia ramionami.
[akapit] Spojrzał znów tam, gdzie patrzył chwilę temu, nim Korynt przerwał mu. Wypatrując znajomej twarzy wśród stojących przy barze, który usytuowany był wzdłuż przeciwległej ściany.
[akapit] Wyminął Korynta i podążył w tamtym kierunku, momentalnie czując, jak stężenie wydychanego alkoholu dookoła niego wzrosło. Ludzie opierali się o kontuar, już nieco rozluźnieni. Krew napływała im do twarzy, rozrzedzona przez popijane trunki, ciężko było zignorować rozchylone kołnierzyki.
Bardzo żałował, że każda próba wypicia czegokolwiek łączyłaby się z torsjami. Zazdrościł śmiertelnikom daru utraty świadomości, zatracenia się, zazdrościł im ich człowieczeństwa, które tak namiętnie starał się w sobie odgrzebywać.
[akapit] – Kosma – kobieta, do której podszedł, przywitała się z nim, uśmiechając się. Miała ładny uśmiech. Zaraz jednak zwróciła uwagę na jego towarzysza, wyciągając swoją dłoń w jego kierunku. – Lyla Hughes – przedstawiła się, przybierając od razu bardziej profesjonalny ton. – Redaktor naczelna The Kensington Voice – wypowiedziała. – I niedawna rozwódka.
[akapit] Kosma postanowił nie uczestniczyć w ich zapoznaniu, zamiast tego pochylił się nad barem, przywołując barmana i zamawiając kolejnego drinka dla Lyli. Znał ją już jakiś czas, wiedział że była osobą dość skorą do rozmów, czasami aż nazbyt bardzo, wypytując go o szczegóły życia, gdy podrzucał swoje okazjonalne artykuły do jej biura, gdzie często przesiadywała po zmroku.
[akapit] Lyla była kobietą około czterdziestki, która jednak nie przejawiała większych objaw starzenia się, a nawet jeśli – te dodawały jej drapieżnego uroku. Miała przenikliwe błękitne oczy, które wydawały się jeszcze wyraźniejsze na tle jej oliwkowej skóry, wręcz przeszywające rozmówcę na wskroś.
Zanim dłoń, chłodna i szorstka na końcach długich, krzywych palców, dotknie otwartej dłoni kobiety, dokonuje na niej bezczelnej, wzrokowej wiwisekcji. Lyla Hughes pachnie drogim, cierpkim irysem, stęchłą suchością klimatyzowanych redakcji i ledwo uchwytnym, kwaśnym podtekstem potu, który lęgnie się pod jedwabiem podczas londyńskich upałów. Jej oliwkowa skóra, w pełnym słońcu zapewne nienaganna, tutaj, pod ciężarem kryształowych żyrandoli, zdradza swój wiek – siatkę mikroskopijnych, wyschniętych bruzd wokół oczu. (Pamiątka po nocach spędzonych na zaklinaniu zdań i łamaniu cudzych życiorysów). Suknia z ciężkiego jedwabiu w kolorze zgniłej, butelkowej zieleni szeleści przy każdym poruszeniu, oblewając jej biodra z tłustą, wężową gładkością. Jedni ruchy jej ciała czytać mogą jako pewność siebie, inni — wyższość.
OdpowiedzUsuń[akapit]— Korynt Baptiste – rzuca, a głos ma głęboki, podszyty piwnicznym chłodem wchodzącym w tętno oblepiających ich, zewnętrznych konwersacji.
[akapit]Ujmuje jej dłoń. Skóra kobiety pulsuje, krew pod nią bije rwanym, gorączkowym rytmem – bezwstydnie żywa wobec jego własnego, martwego dotyku. Nie puszcza jej palców po zdawkowym uścisku. Zamiast tego wykonuje płynny krok w bok, szerokością barków odcinając redaktorkę od reszty sali, od baru, a przede wszystkim – od Kosmy. Lyla, której nazwisko kojarzy z ulic Kensington, daje się przestawić jak mebel.
[akapit]– The Kensington Voice – podejmuje, nachylając się ku niej na tyle blisko, by poczuć parującą z jej obojczyków ambrę. – Pismo z tradycjami, pani Hughes. I z niezwykle, wręcz chorobliwie ciętym językiem. Zwłaszcza ostatnio.
[akapit]Lyla unosi brwi, w jej błękitnych, zimnych jak szkło oczach zapala się zawodowy, czujny blichtr.
[akapit]– Och? Czyżby któryś z naszych tekstów poruszył pańskie sumienie, panie Baptiste?
[akapit]– Moje sumienie to stary, twardy strup, pani Hughes – Korynt uśmiecha się szeroko, choć oczy ma martwe, nieruchome. – Ale zaintrygowała mnie pewna literacka hucpa. Ktoś na waszych łamach, posługując się pretensjonalnym, niemal podwórkowym pseudonimem, bawi się w mało wybredne pamflety. Pluje na nazwisko mojej rodziny, rozpisując się o rzekomych finansowych malwersacjach, które mało mają wspólnego z prawdą. Czyja ręka trzyma to pióro?
[akapit]Lyla zaczyna kluczyć – robi to sprawnie, zawodowo, zasłaniając się etyką, tajemnicą dziennikarską. (Każdego mężczyznę trzymam za gardło). Korynt słucha jej połowicznie. Przenosi wzrok ponad jej odsłoniętym ramieniem, dalej, ku barowi. Patrzy na Kosmę. Obserwuje jego przygarbioną, zapadniętą w sobie sylwetkę z łagodnym, niemal tkliwym uśmiechem; tym samym, który Lyla bierze za przejaw aprobaty dla własnych słów.
[akapit]– Rozumiem, że przy współpracy z The Kensington Voice należy być gotowym, by zapłacić za czystość i twarde fakty? – pyta miło, za miło, ale wciąż przyjemnie. Nie sili się na agresję, nie pozuje na bycie ważniejszym, niż jest.
[akapit]Rozmowa trwa jeszcze moment. Ich dwójka wolnym krokiem podchodzi do wyspy barowej, wymienia się żartobliwymi uprzejmościami. Nie dochodzi do kompromisu, ale te wymagają czasu. Wróci do niej. Niedługo.
[akapit]Chwilę później odprowadza kobietę wzrokiem, krótko, po czym odchodzi na moment w stronę bocznej, tonącej w purpurowym cieniu loży. Dostrzega tam twarz, którą pamięta z innych, mniej dusznych okoliczności – młody człowiek, śmiertelnik o cerze sinej od tytoniu i braku snu, z dłońmi wiecznie umazanymi grafitowym brudem. Poeta katastrofista, który z chorobliwą rozkoszą rymuje o końcach świata. Mówią o takich melancholicy, rzadziej — romantycy. Kiwa ku mężczyźnie głową, ale nie podchodzi. Zmienia swój tor mijanych to witając dłonią ocierającą się o ich ramienia, to słowami rzucanymi blisko uszu.
[akapit]Kosma wciąż tkwi przy wysokim, żeliwnym stoliku koktajlowym. Jego sylwetka majaczy niczym latarnia na krańcu ludzi jak fal płynących ku barowi. Zanim podejdzie, raz jeszcze obróci się wysokim oknom, spojrzy ku metalowym szczytom Londynu.
[akapit]Będąc w odległości metra od mężczyzny, rzuca:
Usuń[akapit]– Nie bawisz się najlepiej
[akapit]Dłoń o sękatych palcach obraca szklankę. Bursztynowa, oleista tafla whisky porusza się leniwie, uderzając o kryształowe ścianki, zostawiając na nich tłuste, powoli ściekające łzy. [akapit]Bawi się tymże ruchem, patrzy na małe, płynne fale z chwilowym zainteresowaniem.
[akapit]– Zastanawiam się – mówi cicho, by każde kolejne słowo było już szeptem. – Czy nasza znajomość daje ci cokolwiek więcej, niż moja krew?
[akapit]Unosi szklankę do ust. Przykłada zimne szkło do warg i pozwala, by kropla płynu rozlała się po języku. Kwaśny, palący, chemiczny posmak torfu i przeżartego beczką bimbru niemal natychmiast rozlewa się na podniebieniu, wywołując gwałtowny, bolesny skurcz wstrętu.
[akapit]Krzywi się minimalnie. Spogląda na blat stolika. W małej, ceramicznej doniczce wegetuje egzotyczny, mięsisty kwiat o liściach barwy zaschniętej krwi. Zgrabnym, wąskim ruchem dłoni przechyla szklankę i wylewa gęsty alkohol prosto w wysuszoną, czarne podłoże rośliny. Ziemia chciwie spija wilgoć, która natychmiast zaczyna śmierdzieć przetrawionym torfem. Na dnie szklanki zostaje jedynie jeden skromny, brudny łyk.
[akapit]Naczynie odstawia z głuchym stukotem, opiera się ciężko o krawędź stolika.
[akapit]– Jak u ciebie wygląda? – pyta nagle jakby rozcinał nożem napuchnięty od ciszy pęcherz. – Żałoba?