⊹
Pisanie wątków
⊹
✧
Pod kartami postaci pozostawiamy jedynie komentarze odautorskie!
✧
Aby rozpocząć rozgrywkę fabularną/wątek/fabułę z inną postacią, opublikuj post z opisem wątku.
Do treści posta możesz (nie musisz) użyć gotowego kodu. Historię rozpisujecie w komentarzach pod tym właśnie postem. Obowiązujące etykiety: imiona i nazwiska postaci biorących udział oraz hasło wątek.
✧
Aby orientować się w prowadzonych wątkach proponujemy, nie jest to jednak obowiązkowe, aby założyć post z chronologią.
Aby założyć post z chronologią możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z chronologią z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj chronologię w karcie postaci.
✧
Stwórz post opisujący istniejące relacje Twojej postaci.
Aby założyć post z relacjami możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z relacjami z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj relacje w karcie postaci.
✧
Wskazane jest publikowanie opowiadań o Twojej postaci, ale nie są one obowiązkowe. Chcemy o twojej postaci wiedzieć jak najwięcej!
Skorzystaj z wzoru na początek opowiadania. Do każdego opowiadania dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, opowiadanie.
✧
Nie musisz, ale możesz pokusić się o założenie posta z telefonem postaci.
Aby założyć post z telefonem postaci możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z telefonem z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj telefon w karcie. Do każdego posta z telefonem dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, telefon.
⊹
Limity czasowe
⊹
✧
Aby nie przysłaniać zbyt często treści innych autorek i autorów, narzucamy limity czasowe.
✧
Pomiędzy kartą postaci a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.
✧
Pomiędzy karta postaci a opowiadaniem — 24h plus minimum 2 komentarze pod opowiadaniem.
✧
Pomiędzy karta postaci a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a kartą postaci — 1h bez limitu względem komentarzy.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a opowiadaniem — 1h bez limitu względem komentarzy.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a rozgrywką fabularną — brak limitu.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a opowiadaniem — 24h oraz co najmniej 2 komentarze pod opowiadaniem.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.
⊹
Obecności i urlopy
⊹
✧
Na blogu występują comiesięczne listy obecności trwające tydzień. Karty postaci osób, które nie zgłosiły obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych.
✧
Aby uniknąć przesunięcia karty do wersji roboczych, należy zgłosić urlop w odpowiednim dziale. Maksymalny czas urlopu to dwa miesiące. Po tym czasie karty postaci danej osoby zostaną przeniesione do wersji roboczych.
✧
Jeśli zniknęliście a marzy wam się powrót, chęć tę należy zgłosić w odpowiednim temacie. Cieszymy się, że do nas wracasz! No hard feelings. ☺
Noc jest upalną. Jak na wszystkie inne noce majowe, zazwyczaj przysłonięte chłodną bryzą wiosennych wieczorów, dzisiejsza rzeczywiście zaskakuje ciepłotą. Może to już lato kładzie się pod stopami przechodniów, bo chodniki bardziej nagrzane, w powietrzu duchota, a na ciałach skraplają się promienie popołudniowego słońca. Ludzie zaczynają pachnieć zmęczeniem, którego woń ni jest potem, ni perfumami. Coś pomiędzy; coś, co go mierzi w nosie jak dobrze pachnące wino. Gęste, na szkle kieliszka zostawiające grube, poalkoholowe smugi.
OdpowiedzUsuńMoże dlatego ucieka na pobliskie ziemie. Te zbite z trupów i rozkładającego się w gruncie drewna. Tutaj ludzie — ci żywi — pachną inaczej. Na ich barkach ciężary żałoby a w dłoniach kwiaty o zbyt mocnych zapachach. Pomiędzy alejkami porozrzucane są zapomniane papierosy, które młodzież — ach ta młodzież, do której chciałby należeć, należy? — zostawia w trakcie nocnych harców.
Pod jego butem mokra ziemia. Padało. Jak zawsze przed ich wcześniejszymi spotkaniami. Albo jak zawsze w Londynie — ciężko stwierdzić. London Road Cemetery obsypane jest płatkami kwiatów wiśni, które teraz topią sią się w grząskich kałużach. Róż rośliny rozpada się na mętne błoto, niszczy pod ciężarem butów.
Zapaliłby Wielu rzeczy zapomniał, ale nie drapiącego gardło smaku nikotyny. Tęskni, ale nie z nałogu. Brakuje mu powtarzalności ruchu dłoni i filtra utkniętego między palcami. (A może wtedy nie było jeszcze filtrów? Może wtedy pomiędzy paliczki wsuwało się jedynie białe bibułki? Nie pamięta).
Zapaliłby. Z szacunku do wszystkich pochowanych tutaj palaczy, którzy już na wieki pozostawieni w głodzie. A głód bywa męczącym; szczególnie wtedy, gdy kołacze w czaszce nieproszony, monotonny — jak teraz. Minęło parę dni od ostatniego jego posiłku, więc jest zirytowanym. Powinien bardziej o siebie zadbać, jeśli chce… Właśnie, co takiego? Nic nie chce.
Siada na zbutwiałej od deszczów ławce, pochyla zmęczone plecy. Jest wcześniej, niż powinien. O kwadrans, może dwadzieścia minut za wcześnie. Wczoraj poprosił o lokalizację, bo zgubiłby się w rzędach martwych — teraz poszło zbyt szybko. Na tyle, że znudzony po raz któryś czyta o pochowanym tutaj mężczyźnie. Myśl jednak nie zahacza o historię trupa. Jedynie wzrok opada na zdjęcie starca o oczach jak dwa, ciemne koraliki.
— Ktoś bliski, hm? — mówi do siebie. Przedramiona opiera na udach, dłonie splata pomiędzy nimi. Siedzi w rozkroku i czeka. Nie lubi czekać i przez lata jeszcze się cierpliwości nie nauczył. Głód nasila się a on już wyuczony nadgryza niecierpliwy język. Kieł zapada się w mięśniu, spod skóry płynie gorzka krew. Przełyka ją jak szota kilka dni temu. Może powinien udać się tam raz jeszcze?
W końcu widzi i docelowego rozmówcę. Chłopak kroczy ku niemu celowo, bez zawahania, świadomie skręcając w odpowiednie aleje. Za nim migocze jeszcze jedna postać, ale zaraz ginie ona w cieni wielkiego dębu.
Kiwa ku niemu, własną głowę przechylając do prawego ramienia. W oczekiwaniu. (Nie lubi czekać). Gdzieś w tle śpiewa dzikie ptactwo, którego skrzek przerywa krzyk nastolatków przebiegających gdzieś dalej, zapewne przed wejściem na cmentarz. Głosy nie zdążą ucichnąć, zanim powie:
— Spóźniłeś się. — Nieprawda. Wciąż jest przed czasem.
Odpisał na wiadomość z samego rana, gdy wybudził się ze snu bez snów, jak zwykły człowiek, którym nie był już od jakiegoś czasu. Jego cykl dobowy nadal jednak był zupełnie skoordynowany z tym, do którego przywykł na przestrzeni trzydziestu lat wspólnego dzielenia jednej przestrzeni. Odpisał na wiadomość tak automatycznie i bezmyślnie, że podczas parzenia kawy (nie dla siebie, ale dla zjawy swojego ukochanego) musiał spojrzeć na wyświetlacz telefonu jeszcze raz. Blask ekranu rozjaśnił ciemne pomieszczenie, do którego przez grube zasłony nie miało prawa wedrzeć się naturalne światło dzienne.
OdpowiedzUsuń– Kurwa – zaklął pod nosem. Podał właściwe miejsce, ale nazbyt właściwe, bo to zakorzenione od ostatniego roku w jego umyśle tak głęboko, że gdyby ktoś otworzył jego czaszkę to zobaczyłby właśnie ten rząd cyfr: 366, 12, 12.
Westchnął głęboko i przymknął powieki. Ekspres do kawy wydał z siebie cichy dźwięk, co tylko zirytowało go bardziej. Zwykle spotykali się obok, kwaterę dalej. Gdyby był w stanie zacząć się teraz hiperwentylować, to właśnie zacząłby to robić, a zamiast tego pociągnął nerwowo za skórkę przy paznokciu, powodując krwawienie. Gęsta krew sączyła się powoli na jego kciuku, tworząc gęsty i ciemny bąbel, któremu przyglądałby się dalej gdyby nie szczeknięcie Afery. Musiał wypuścić ją na zewnątrz, uspokoić zszargane przez własną bezmyślność nerwy, a następnie dotrwać do umówionego spotkania.
Pogoda była dla niego zbyt przytłaczająca, lepka. Sprawiała, że spacery z psem były zbyt uciążliwe. Jednak za bardzo uwielbiał tego psa, żeby odmówić jej kilkugodzinnych wieczornych przechadzek. Ona sama zdawała się unikać uliczek, w których tętniło krwią, której pulsowanie mógł niemal usłyszeć. W takich momentach skubał skórkę paznokcia jeszcze bardziej, nerwowo, zupełnie jakby należał do śmiertelnej części tego miasta i szedł dalej, unikając wdychania powietrza, które pachniało jak przyszłe wyrzuty sumienia. Mała rana goiła się, ale zapach nie opuszczał jego nozdrzy.
Gdy tylko wkroczyli na teren cmentarza, Afera zaczęła ciągnąć w doskonale znanym sobie kierunku. Zwykle zostawiał ją w domu właśnie z tego powodu, doskonale wiedział, że zabierając ją ze sobą, zdradzi miejsce pochówku jedynej osoby, którą był i będzie w stanie kiedykolwiek kochać. Zdawało się to tym bardziej bolesne, że miał przed sobą jeszcze wiele lat bezsensownej tułaczki.
Zaczerpnął tchu, odpinając psa ze smyczy. Podszedł wraz ze swoją wierną towarzyszką do doskonale znanej sobie ławki, do doskonale znanego sobie nagrobka, na którym kolejno widniały zapisane rzędy liter:
Aleksander Willbur
1951-2025
Ukochany
Ostatnie słowo było wyryte w języku polskim.
Spojrzał na Aferę, która położyła się obok nagrobka, patrząc na nieznajomego mężczyznę nieco nieufnie, pokazując zęby ostrzegawczo, ale nie wydając z siebie najmniejszego dźwięku. Nawet pośmiertnie usiłowała pilnować swojej ulubionej osoby. Dopiero po krótkiej obserwacji swojej towarzyski, przeniósł spojrzenie na mężczyznę i przeanalizował sens jego słów. Był taki zmęczony. Postanowił więc nie odpowiadać na jawną zaczepkę, a zamiast tego przejść do rzeczy, mając nadzieję uniknąć niewygodnych pytań.
– Mam szkic artykułu, który powinien skutecznie odciągnąć uwagę od dziennikarza, który ostatnio zwraca na was uwagę – powiedział, siadając obok i wbijając spojrzenie w tak doskonale znane imię i nazwisko. Przez kilka ostatnich lat to drugie nawet wspóldzielili. On musiał zdobyć nowe dokumenty, więc stali się członkami rodziny. To pomagało też umożliwić nawet wieczorne wizyty w szpitalu. Miało być jedynie pragmatyczne, a jednak stało się dla Kosmy czymś ważniejszym, niż jakikolwiek inny symbol przynależności. – Bez krzywdzenia go – dodał po chwili, dokładnie cedząc każde słowo. Ostatnie, czego obecnie potrzebował dodać do listy swoich nieszczęść to niepotrzebny rozlew krwi.
Posuwistym spojrzeniem ciągnie za kundlem jakby nie zwierzę, a obserwował człowieka. Być może to te oczy jaśniejące za cmentarną płytą jak predatora utkane z kanarkowej żółci i czegoś jeszcze; czegoś, co w podwalinach jestestwa jest groźbą, ale i uszanowaniem woli właściciela. Właściciela czy opiekuna? Ciężko powiedzieć, bo kundel niby obok i pod nogą, ale węszący zbyt daleko, łapą kopiący pod siebie, uporczywie, ale oddalający się przy jednym syknięciu. Posłuszny. I tak jak zawiesza na pupilu spojrzenie zbyt szybko, tak zaraz je z niego ściąga. (Chociaż korci wyszczerzyć własne zęby i pokazać, że się też kły posiada, może nawet ostrzejsze, które nie tylko w defensywie, ale i potrafią na odwrót, bo z pełną świadomością drapieżnika — zaatakować).
OdpowiedzUsuńWciąż siedzi na tej samej ławce, chłonie chłód trupów spod ziemi i zimno mu bardziej niż zazwyczaj, bo wkoło ni krztyny żywego człowieka, którego krew — tak ciepła, tak wyczuwalna z paru metrów — ociepliłaby przemarznięte do szpiku kości. Wzdycha. Trochę teatralnie, trochę aby powietrze wycisnąć z płuc, jego namiastkę, bo coś się jeszcze kołysze w pod żebrami; żałosne wspomnienie prawdziwego oddechu, co to potrafił wypełnić ciało radosną bańką mijającego życia. A teraz? A teraz nic a to parszywe zimno.
Wstaje podpierając się na lewej ręce, zawsze na lewej, bo prawą zazwyczaj chwyta cudze gardła, i teraz też, dla bezpieczeństwa, prawą zostawia wolną. Nie sądzi, że mu coś grozi, nie przy tym chłopaku, którego oczy zapadnięte w pośmiertnym marazmie — też to przeżywał. Tym razem nie podąża za jego spojrzeniem, a raczej łapie zaczerwienione linie wodne tuż przy bieli gałek ocznych; łapie to i opadnięte ramiona, których łopatki nie są już w stanie dźwigać. Postawa istoty, bo nie człowieka, który stracił zbyt wiele, by sam siebie jeszcze nieść po wybojach przyszłych lat.
— Na nas? — powtarza po nim cicho, zbyt cicho, ale chyba dotarło, bo wkoło nich ni ptak nie zaśpiewa, ni mysz nie zaszeleści. — Matka czy ojciec? Wątpię, że którekolwiek z mojego rodzeństwa. — Zaraz jednak dociera. Przypomina sobie z granic pamięci wyłuskując nazwisko. — Ach tak, Rozenhov? — Jedynie imię szeleści jak zmięty papierek; pod czaszką wbirują dwa, Ezkiel i Gerrard.
Tamten siada, więc i on, jak w pantomimie po chwili, co wychodzi nawet zabawnie, bo w pionie stał niecałą minutę. Uśmiecha się w cichym rozbawieniu, ale nie tłumaczy, bo co miałby? Że ich dwójka to jak nastolatkowie na pierwszej randce, którzy nie wiedzą, gdzie rękę wcisnąć i jak blisko usiąść.
— Dlaczego pachniesz kawą? — pyta zdziwiony, realnie, nie patrząc na niego a ponad kamień nagrobka; gdzieś dalej snuje się zapach młodszej krwi. Za młodej jak na tę godzinę, ale i słodkiej, przyjemnie łechcącej podniebienie, zaraz gardło. Pyta, bo zapach ziaren zaraz przysłania tę woń, u niego wyzwalając mały, zaraz skryty pod obojętnością grymas.
Powinien wrócić do tematu.
— Rozumiem, że zależy ci na braku krzywdy, ale nie zawsze jestem jej prowodyrem. Wystarczy jeden zbyt odważny krok… — Ezkiela czy Gerrarda? — Rozenhovowa ruch i matka straci cierpliwość.
Lewy kieł niepostrzeżenie wbija się w dolną wargę. Nawyk, którego już nie kontroluje, ale zawsze delikatnie boli. Na tyle, że przestaje. Lewą — tylko lewą, zawsze lewą — dłonią sięga nacięcia na ustach, wyciera tę skromną kroplę krwi, by zaraz ją zlizać koniuszkiem języka.
— Potrzebne jest nam zaproszenie na galę Leicesterów. Odnogą ich działalności jest szmatławiec kierowany głównie na Shoreditch i Wimbledon. Niby nic, ale sieją w nim własne, propagandowe hasła mające podbić ich miejsce przy najbliższych wyborach do Izby Gmin. Poza tym mówi się, że są jednym z trzech rodów, które weszły w Porozumienie. Wiem, że błądzę, ale pomyślałem, że możesz coś wiedzieć. Wiesz? — pyta. A z pytaniem już podwija rękaw płaszcza, coby zaraz nacisnąć przegub prawej dłoni. Mocno, zaraz jeszcze mocniej.
Jemu zawsze daje prawą.
– Afera, opanuj się – powiedział po polsku. Pies natychmiast spuścił wzrok z obcego mężczyzny, wciąż jednak siedząc czujnie, niczym posąg strzegący nagrobka.
OdpowiedzUsuńWyprostował nogi, wpatrując się w swoje obuwie. Był przygarbiony i zmęczony, zdecydowanie zbyt zmęczony, żeby udawać cokolwiek, żeby próbować cokolwiek ukryć czy bawić się w zawiłości. Krew przebywających niedaleko ludzi, przyprawiała go o ból głowy, a raczej coś, co mógłby nazwać bólem głowy. Czy w ogóle był w stanie odczuwać jeszcze ból głowy? Czy było to już ostatnie stadium zapadania się w swoim własnym smutku? Ale było mu tak dobrze i wygodnie – w dole, który kopał sam pod sobą i nie zamierzał przestawać.
Kiedy padło pytanie, zamrugał kilka razy odruchowo, znów patrząc na swojego rozmówcę, obracając nieco swoją twarz w jego stronę.
– Wy, oni, nie wiem z całą dokładnością które z twoich rodziców macza w tym palce. Pojawiło się wasze nazwisko. Na tapecie są finanse fundacji wspierającej pewien szpital – wypowiedział z naciskiem, choć jego głos nadal był dość cichy, zmęczony. – Ta fundacja to tylko fasada, a ona może runąć, kiedy ktoś uparty się do tego dobierze – dopowiedział, znów patrząc na napis widniejący na nagrobku. Powtarzał widniejące na kamiennej płycie imię znów i od początku.
Kolejne pytanie było z gatunku niespotykanych, ale nie nieprzewidywalnych. Wymiana była zwykle łatwa i prosta. Informacje, przysługi w zamian za wyciszenie choć namiastki głodu. Nawet on nie potrafił doprowadzić się tak świadomie do śmierci głodowej. Nie potrafił się zabić (czy można było powiedzieć, że nadal żył?), nie samodzielnie, więc czekał na coś, co dokona tego za niego. Zainteresowanie ze strony Korynta czymś tak błahym, sprawiło więc że skulił się w sobie. Chciał zniknąć tak bardzo, jak bardzo nie chciał odpowiadać na to pytanie, ale nie miał też sił na kolejne kłamstwa, kłamał już tak długo. To wszystko trwało zbyt długo.
– Bo ludzie czasami piją kawę – odpowiedział wymijająco, niemal mamrocząc pod nosem.
Do jego nosa, poza tą ludzką wonią rozgrzanej zgasłym już słońcem skóry, dotarła inna, równie znajoma i choć mniej kusząca, to zdecydowanie łatwiej dostępna.
Przyglądał się ruchom Korynta, było coś komfortowego w powtarzalności tego czynu. Widział to już kiedyś – dokładnie to samo przygryzienie wargi. Znał jego ciemną, gęstą krew, stawali się dla siebie starymi znajomymi. Momentami, choć Korynt tego nie wiedział, ale mógł się domyślać, był czymś co nadal utrzymywało go na tym świecie, jego jedynym pożywieniem.
Leicester. Znał to nazwisko. To ono wyrwało go ze swoistego transu.
– To impreza zamknięta – odpowiedział automatycznie bez cienia emocji, szybko skanując w głowie wszystkie informacje, plotki, które udało mu się zebrać podczas ostatniej wizyty w redakcji “po godzinach” od garstki osób, które wciąż pracowały pochylone nad komputerami. On bywał tam gościnnie, a jednak dawało mu to namiastkę normalności, która całkiem nieźle odciągała od głodowych omamów, w których widywał cienie swojego ukochanego. – Zdaje się zresztą, że blefują w sprawie Porozumienia, żeby rozsierdzić swoich rywali i sprawić, że powinie im się noga, staną się nieostrożni – dodał, patrząc na rękę chłopaka.
Przymknął powieki.
– Nie mogę – powiedział w końcu, chrapliwie. Odwrócił wzrok znów, przyglądając się to Aferze, to nagrobkowi. Jedna automatyczna odpowiedź, głupia pomyłka w numerze kwatery. Ten mały szczegół sprawił, że nie mógł napić się dziś jego krwi. Mógł, ale nie tutaj. Tutaj zbrukałby pamięć jedynej osoby, która wierzyła w to, że nadal posiadał w sobie namiastkę człowieczeństwa. A pamięć to jedyne co mu pozostało.
Afera, zmęczona brakiem uwagi, podeszła do nich, kładąc swój łeb ze szpiczastymi na ławce. Łypała na obcego oczami.
– Możesz iść ze mną do biura, mogę spróbować czegoś poszukać – zaproponował dość nagle. Chciał stąd uciec. Zaczął czuć jakby bezcześcił święte miejsce samą swoją obecnością, a obecność drugiej, jemu podobnej istoty, tylko pogłębiała to uczucie. Jednocześnie do właśnie ta istota stanowiła jego obecną kotwicę z rzeczywistością.
[Przepraszam za literówkę i zgubienie słowa w poprzednim poście, teraz zauważyłam, było wtedy dość późno.
UsuńMiało być:
* łeb ze szpiczastymi uszami na ławce
* to właśnie ta istota]
Nie sposób pokusić się o te pół uśmiechu, kiedy pada imię psa. Kundel wije się pod ich stopami ostrożnie, acz stanowczo, zanim upadnie. A jak już pada to piach pod jego cielskiem ugina się nieco, ledwie zauważalnie, a on sam raz jeszcze krzyżuje spojrzenie ze zwierzęciem. Tym razem w geście braterskim, myśli, ale Afera jest nieustępliwa — wciąż wpatruje się w niego wrogo, z oddali. (Podobnie jak właściciel). Niby są tutaj wszyscy razem, ale jakby ich nie było. To znaczy — on, Korynt, jest. Jest bardziej niż oni. Świadomiej patrzy ku nagrobkom i pewniej rozgląda po przestrzeni. Pozostała dwójka jest, ale dalej. Mętnymi spojrzeniami drapieżników nikną w zimnej czerni nocy, jakby za płachtą ciemności kryło się coś, ktoś więcej. Nie jemu wnikać, a i przyznaje, sam przed sobą, że nie za bardzo chce. Już go tak życia nie interesują. Wielu doświadczył, wiele też zakończył, więc i obecność londyńskich trupów jest mu obojętną.
OdpowiedzUsuńStąd nie wie, czy jego rozmówca jest smutnym po prosu — tak życiowo, egzystencjonalnie, jak to w krwi mieli polscy poeci powojnia — czy okazjonalnie. Okazjonalny smutek jest gorszy, bo potrafi ściągnąć na dno szybko i skutecznie, czasami nie dając okazji do ucieczki. Wystarczy jedynie czas, by tę ucieczkę z marazmu umożliwić, ale niektórym nie nie dane jest (nie chce się) czekać.
Wzdycha.
Nie odpowiada na wzmiankę o fundacji — zbyt przyziemne, jak na obecną godzinę; zbyt nudne, by poświęcił tejże myśli o słowo za dużo. Jedynie przytakuje, skromnie, z podbródkiem delikatnie kulącym się do dekoltu. Chociaż nie ma w ich rozmowy ciszy, jedynie dialog, który nie do końca dialogiem jest, to i tak przerwy pomiędzy wypowiedziami zaczynają go mierzić. Chciałby już odejść. Coś go kłuje w tym miejscu i, o dziwo i tym razem, nie są to chłodne igły późnego wieczora. Tym razem mierzi go dalej, w regułach poprawności, którym powinien ulec i spytać się, co do kurwy jest z tym tutaj nie tak.
Mimo to nie brnie.
— Ludzie czasami piją kawę — powtarza po nim, akcent kładąc na pierwsze ze słów; tak smaczne, że pozwala sobie na kolejny, skromny uśmiech i delikatnie, ukradkowe wbicie kła w dolną wargę. — I jak, wypiłeś ją? — kontynuuje ni to z tonem jak benzyną podlanym sarkazmem, ni konwersatoryjnie. Jeśli wypił, to później wyrzygał. Jeśli wypił, to zapewne smakowała jak najgorsza lura (niczym picie z krtani osoby, co w swoje ciało wtłacza nic poza alkoholem).
— Będziesz cierpiętnikiem przez kolejne naście lat? Jednym z tych, co to na granicy szaleństwa wchodzą w coraz to gorsze układy, żeby nie zabijać? — Cmoka trzykrotnie, wciąż z uśmiechem. — Skończy się na tym, że z głodu weźmiesz na cel przypadkowego dzieciaka, wtedy zaboli.
To mówiąc, a mówi wolno jakby wcześniej każde ze słów przemielił pod językiem parokrotnie, wciąż podwija rękaw, odwraca przedramię parokrotnie, jakby to uwieszone było na rożnie.
— Skąd ta pewność, że blefują? Czyli rozumiem, że na Ciebie nie możemy liczyć? — Liczba mnoga, zawsze. “My” zamiast “ja”, bo i przecież jemu wszystko jedno. Jego ja roztopione w rodzinnym bełkocie, któremu trochę wierzy, trochę nie. Trochę by chciał, trochę nie bardzo.
— Nie mam czasu, by gdziekolwiek iść. — Kłamie. Ma czas, ale brak chęci. — Nie ma wkoło nas żywej duszy, dosłownie. — Uśmiecha się patrząc wymownie i na niego, i na siebie. — Po prostu pij. — I prawą dłonią jak delikatnym zatrzaskiem zatrzymuje się na jego szyi, gdzie żyły pulsują przy policzku; w nawyku już znajduje jego puls — palcem wskazującym i środkowym naciskając na wypukłość przy krawędzi szyi. Jakby sam miał zaraz ją naruszyć, ale ni drgnie. Wręcz przeciwnie. Zatrzymuje się w bezpiecznym bezruchu.
Odpowiadał mu brak zainteresowania ze strony Korynta, idąc tu, był niemalże przygotowany na niewygodne pytania, które mogłoby spowodować chociażby nazwisko współdzielone z człowiekiem, którego ciało ulegało rozkładowi u jego stóp i do którego z zapalczywością szaleńca chciał dołączyć. Wydrapałby dziurę w wieku trumny, odegnał pożerające ciało robaki, stopił się z wolno bielejącymi kośćmi i zapadł się w nicość, stając się jednością z czarną, mokrą ziemią londyńskiego cmentarza. Jego całe ciało wskazywało, że wolałby znaleźć się głęboko zakopany, niż istnieć w tu i teraz, zdecydowanie bardziej jakaś niewidzialna siła przyciągała go do zmarłego człowieka niż do drugiego wampira.
OdpowiedzUsuńA jednak to cień uśmiechu błąkający się na ustach tego wampira pozwolił mu się nieco rozluźnić, choć trwało to zaledwie ułamek sekundy.
– Może i jestem w twoich oczach skazany na szaleństwo, jednak mam na tyle samoświadomości, żeby jeszcze nie zacząć uznawać się na powrót za jednego z ludzi – odpowiedział bez przekąsu. Zdawał sobie sprawę z tego jak się prezentował, bo choć nie mógł ocenić tego w lustrze, to wiedział jak wygląda osoba szalejąca ze smutku po stracie ukochanego, z którym dzieliła życie. Pod wieloma względami powielał doskonale sobie znane jeszcze z czasów własnego człowieczeństwa schematy. Odmawiał istnienia bez bólu, odmawiał też stopniowo istnienia w ogóle w świecie bez Niego.
– Korynt – wypowiedział miękko i łagodnie jego imię, był to jednak ton bardzo zmęczonego człowieka. Ucinał w ten sposób temat, kolejny z kategorii bolesnych, a tych miał pokaźną kolekcję. Była pewna część jego wspomnień, do których wracać nie chciał, które spychał w odmęty podświadomości, a które dotyczyły jeszcze samych jego początków, początków poczucia wiecznego łaknienia, które miało stać się jego przekleństwem już do końca jego dni. Nie pamiętał już jak smakuje ludzka krew i wolał, żeby tak pozostało. Pamiętał jednak jaka jest ta, która należała do siedzącego obok chłopaka, do której zdążył już na swój sposób przywyknąć, która może nie zaspokajała palenia w przełyku, ale była krwią ofiarowaną, a nie odebraną.
– Niczego wam nie obiecuję. – Również postrzegał ich cały rodzinny twór jak jeden organizm. Nie starał się postrzegać Korynta jako odrębnej jednostki, skoro on sam się pozbawiał swojej indywidualności.
Przyjął odmowę ze swoistą dla siebie już obojętnością, nawet na nią nie drgnął. Drgnął natomiast, czując nacisk na swojej skórze. Nie wynikało to jednak z obawy. Nie bał się go, nie bał się też unicestwienia, już nie, a przy życiu trzymały go instynkty, których nie umiał zagłuszyć nawet tak niewysłowionym żalem, bólem tak silnym, że palił niczym żywe srebro, bólem, w porównaniu z którym ucisk długich, kościstych palców był niczym. To właśnie te instynkty kazały wbić zęby w pulsującą pod skórą rozmówcy sieć niebieskawych żył. Czuł zimną, gęstą krew spływającą mu przez gardło, łagodząc tylko odrobinę katusze, na które skazywał swoje ciało.
Podnosząc spojrzenie, pragnął napotkać inne oczy, jednak to on, Korynt, tam był i to z nim nawiązanie kontaktu wzrokowego go otrzeźwiło. Wypuścił chłodną dłoń chłopaka ze swojego słabego uścisku, szukając wzrokiem innego punktu zaczepienia niż świdrujące przenikliwe spojrzenie. I znalazł go, a chwilę później pożałował. Imię przeczytane na nagrobku szumiało mu zapętlone w głowie. Pragnął zwrócić spożytą posokę, a jednak zacisnął mocno wargi, pozbywając się jej resztek ze swoich ust.
– Napiszę, gdy będę w stanie wam jakoś pomóc – powiedział zachrypnięty, jakby wampirza krew sprawiła, że jego gardło zacisnęło się, a słowa nie chciały go już więcej opuścić. Pomimo częściowego zaspokojenia pragnienia wydawał się jeszcze mniejszy, jeszcze silniej cierpiący.
Podniósł się z ławki, wydając z siebie ciche gwizdnięcie, aby następnie przypiąć warującego przy nodze psa do smyczy. Przynajmniej ona oddaliła się na czas jego słabości, przynajmniej ona nie oglądała go nieludzkim, może nawet nie widziała w niego potwora. Ona jedyna.
Wątek zakończony.
OdpowiedzUsuń