.𖥔 ݁ ˖๋ ࣭ ⭑
.𖥔 ݁ ˖๋ ࣭ ⭑
Realia Londyn roku 2026 niemal nie widzi słońca. Deszcz spływa po szybach wieżowców, zalewa ulice i zbiera się w ciemnych zaułkach miasta. Neonowe światła odbijają się w mokrym asfalcie, a tłumy ludzi przesuwają się przez stacje metra, nie zwracając uwagi na twarze mijane każdego dnia. W tym samym tłumie żyją wampiry.

Wampiry od wieków funkcjonują w cieniu. Część z nich ledwo utrzymuje się przy życiu. Wygłodzone, agresywne i wyniszczone ukrywają się w opuszczonych budynkach, kanałach i podziemiach miasta. Inne należą do starych rodów posiadających ogromne wpływy. Kontrolują firmy, kluby nocne, prywatne kliniki i sieci informatorów. Ich nazwiska pojawiają się wśród elit Londynu.

Za wampirami polują łowcy. Niektórzy działają dla tajnych sekcji rządowych, które od lat ukrywają prawdę przed społeczeństwem. Inni pracują samotnie. Byli żołnierze, policjanci, ludzie szukający zemsty albo ci, którzy całe życie wychowywani byli do walki z nocnymi istotami.
highlight
administracja
Kontur; discord: @kon1ur
Aktualia Rok 2026 przyniósł londyńskiej społeczności wampirów okres napięć i politycznych zmian. Istoty nocy nadal funkcjonują w ukryciu, zachowując ostrożność wobec ludzi oraz organizacji zajmujących się tropieniem nadnaturalnych zagrożeń, jednak w ostatnich miesiącach coraz częściej mówi się o możliwym przymierzu zawartym pomiędzy trzema najpotężniejszymi rodzinami wpływającymi na życie londyńskiego podziemia. Według krążących plotek sojusz ma ustabilizować sytuację w mieście, ograniczyć konflikty pomiędzy rodami oraz umocnić ich kontrolę nad najważniejszymi dzielnicami i nocnymi interesami stolicy. Choć żadna ze stron oficjalnie nie potwierdziła tych informacji, przygotowania do wielkiego balu celebrującego zawarcie porozumienia zdają się jedynie podsycać spekulacje.
⊹ Karty Postaci ⊹

Każdy gracz musi stworzyć kartę postaci, która może bazować na gotowym kodzie do karty postaci.


Nie narzucamy treści karty, ale pamiętaj, że jest to wizytówka Twojej postaci.


Kart postaci nie numerujemy.


Wszelkie dodatki do kart postaci należy datować z datą 2020 lub wcześniejszą.


Obowiązkowe etykiety do każdej karty postaci to: imię i nazwisko postaci, wasz pseudonim z blogosfery, karta postaci.


Nie narzucamy tytułu w karcie postaci. Wpisujecie, co wam się podoba.


W treści karty znaleźć się muszą: imię i nazwisko postaci, wiek, wskazanie roli: wampir, łowca czy śmiertelnik.


Po 200 oduatorskich komentarzach pod kartą postaci należy opublikować post z nową kartą i poprosić administrację w odpowiednim dziale o podmianę linków.


Nie posiadamy limitu postaci.


Nie trzeba rezerwować wizerunków, jeśli korzysta się z pojedynczych zdjęć nieznanych osób, ale jeśli zależy ci na rezerwacji, zgłoś to w odpowiednim temacie.
⊹ Posty oraz aktywność ⊹
⊹ Pisanie wątków ⊹


Pod kartami postaci pozostawiamy jedynie komentarze odautorskie!


Aby rozpocząć rozgrywkę fabularną/wątek/fabułę z inną postacią, opublikuj post z opisem wątku. Do treści posta możesz (nie musisz) użyć gotowego kodu. Historię rozpisujecie w komentarzach pod tym właśnie postem. Obowiązujące etykiety: imiona i nazwiska postaci biorących udział oraz hasło wątek.


Aby orientować się w prowadzonych wątkach proponujemy, nie jest to jednak obowiązkowe, aby założyć post z chronologią. Aby założyć post z chronologią możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z chronologią z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj chronologię w karcie postaci.


Stwórz post opisujący istniejące relacje Twojej postaci. Aby założyć post z relacjami możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z relacjami z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj relacje w karcie postaci.


Wskazane jest publikowanie opowiadań o Twojej postaci, ale nie są one obowiązkowe. Chcemy o twojej postaci wiedzieć jak najwięcej! Skorzystaj z wzoru na początek opowiadania. Do każdego opowiadania dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, opowiadanie.


Nie musisz, ale możesz pokusić się o założenie posta z telefonem postaci. Aby założyć post z telefonem postaci możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z telefonem z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj telefon w karcie. Do każdego posta z telefonem dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, telefon.

⊹ Limity czasowe ⊹


Aby nie przysłaniać zbyt często treści innych autorek i autorów, narzucamy limity czasowe.


Pomiędzy kartą postaci a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.


Pomiędzy karta postaci a opowiadaniem — 24h plus minimum 2 komentarze pod opowiadaniem.


Pomiędzy karta postaci a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.


Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a kartą postaci — 1h bez limitu względem komentarzy.


Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a opowiadaniem — 1h bez limitu względem komentarzy.


Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a rozgrywką fabularną — brak limitu.


Pomiędzy opowiadaniem a opowiadaniem — 24h oraz co najmniej 2 komentarze pod opowiadaniem.


Pomiędzy opowiadaniem a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.


Pomiędzy opowiadaniem a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.

⊹ Obecności i urlopy ⊹


Na blogu występują comiesięczne listy obecności trwające tydzień. Karty postaci osób, które nie zgłosiły obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych.


Aby uniknąć przesunięcia karty do wersji roboczych, należy zgłosić urlop w odpowiednim dziale. Maksymalny czas urlopu to dwa miesiące. Po tym czasie karty postaci danej osoby zostaną przeniesione do wersji roboczych.


Jeśli zniknęliście a marzy wam się powrót, chęć tę należy zgłosić w odpowiednim temacie. Cieszymy się, że do nas wracasz! No hard feelings. ☺

⊹ Wartości ⊹
Bunt Ikara powstał z potrzeby tworzenia przestrzeni, w której każdy może czuć się bezpiecznie, widziany i traktowany z szacunkiem.

Wspieramy ludzi — bez względu na płeć, tożsamość, orientację, wyznanie, pochodzenie, neurotypowość czy używane zaimki. Wierzymy, że różnorodność jest wartością samą w sobie i że to właśnie ona napędza literaturę, narrację i wspólnotę.

Nie akceptujemy treści ani postaw, które naruszają prawa człowieka, promują nienawiść lub wykluczenie.

Jednocześnie stawiamy jasne granice: nie publikujemy ani nie promujemy tematów związanych z gwałtem, przemocą seksualną ani brutalnym, pornograficznym okrucieństwem, przemocą wobec zwierząt, torturami, gloryfikacją nadużyć, mową nienawiści, dehumanizacją, wykorzystywaniem nieletnich ani treściami służącymi szokowaniu kosztem cudzej krzywdy.

Bunt Ikara to miejsce dla osób, które chcą tworzyć treści odpowiedzialnie, z wrażliwością na innych i odwagą w eksplorowaniu świata, ale nie kosztem czyjegoś bezpieczeństwa.
Za kodowanie oraz grafikę Buntu Ikara odpowiada Kontur. Wszelkie prawa autorskie do kodów są zastrzeżone.
krok po kroku strona główna karty postaci realia FAQ zapisz się discord administracja poszukiwania

poniedziałek, 15 czerwca 2026

NO SNITCHING, JUST BITCHING

19.06.2026NIE MA NIC GORSZEGO NAD SĄSIADA ZŁEGO pisane przez Tom Mayers oraz Gordon GoffSĄSIEDZI Z PIEKŁA RODEM PRAWDZIWA POEZJA PROSTO Z WINDY CHLANIE I NARZEKANIE Z monitoringiem wśród kretynów, czyli o tym, jak Tom Mayers i Gordie Goff wymieniali sąsiedzkie uprzejmości.

40 komentarzy

  1. Gordie Goff urodził się w 1902 roku i nie umiał wówczas mówić. We wrześniu, październiku i listopadzie wciąż uparcie milczał. Upłynęło wiele czasu, zanim odezwał się po raz pierwszy. Powiedział nie.
    Rodzina przyjęła to z ulgą – nie było całkiem niezłym pierwszym słowem, może nie aż tak dobrym jak mama czy tata, ale wciąż akceptowalnym. Nie niosło niebezpieczeństwa. Nie zapowiadało tragedii. Nie wymagało niczyjej interwencji.
    Dopiero potem okazało się, że Gordie Goff powiedział nie, żeby przez następne sto dwadzieścia cztery lata zajmować się głównie rozwijaniem tej myśli. Ale w 1903 roku nikt nie mógł tego przewidzieć. Cieszono się, że dziecko zaczęło mówić – i jeszcze bardziej cieszono się, że mówiło zwięźle. (Przynajmniej przez pierwsze lata).
    Bo małomówny dzieciak nie wypaple niczego, czego paplać nie powinien. Kiedy dorastasz w robotniczym East Endzie, szybko uczysz się, że ściany są cienkie, bieda ma uszy, a ludzie z odznaką cierpią na głuchotę wybiórczą. Nie usłyszą głodnego, chorego czy wyrzuconego na bruk, chyba że można go za coś zgarnąć, czymś zastraszyć albo wykorzystać jako przykład dla innych gołodupców. Żeby pamiętali, gdzie ich miejsce.
    Dlatego to bardzo ważne, aby to usłyszeć. Więc słuchaj, bo powtórzę to tylko trzydzieści razy. Gordie Goff nie był kapusiem. Kapujesz? Wyrzucił z siebie miliony skarg, utyskiwań, anonimowych notek, ostrzeżeń, zażaleń i uwag, ale nie był kapusiem.
    Kapowanie to donoszenie silniejszym, a Gordie zajmował się jedynie truciem dupy. Bo co miał zrobić? Na gliny pójść? I jeszcze czego, może od razu na audiencję do tego zwiędłego fleta, znanego na świecie jako król (Boże, chroń króla!, śpiewał ze szczerym wzruszeniem, Obdarz go zwycięstwem, szczęściem i chwałą, długim panowaniem. Boże, chroń króla)?
    Król Karol kopsnie kopa kanciarzowi z kamienicy, bo jakiś palant zastawił wyjście przeciwpożarowe? Parlament uchwali ustawę o niebyciu kurwą na wspólnej klatce? Lordowie pochylą siwe łby nad sprawą człowieka, który po raz czwarty zostawił cieknący worek ze śmieciami pod windą?
    Nie.
    To wszystko musiał robić sam Gordie. Jak zwykle.

    Najgorszy był ten brzydki rębajło, Tom Mayers. Tom! Co za głupie imię.
    Na korytarzu często stały jego śmierdzące buciory. Raz tak trzasnął drzwiami, że pani Ellis z drugiego piętra upuściła łyżeczkę do herbaty. To był wstrząs i trzy dni później trafiła do szpitala, bo ją hulajnoga potrąciła, gdy spokojnie szła ścieżką rowerową. Ponoć Mayers nawet jej nie odwiedził.
    A kiedyś nawet, o zgrozo, rurami poniosło się jego gwizdanie. Kutasiarz zafałszował. Tego było już za wiele.
    Gordie z dobroci serca informował o konieczności poprawy, ale gdy to nic nie dało, musiał pójść krok dalej. W windzie pojawiła się karteczka. Jedna, druga, czterdziesta ósma. Początkowo przekupił gówniarza Evansów, żeby przepisywał notatki na komputerze, ale opierdolił go i wrócił do smarowania ołówkiem po kartce, gdy odkrył, że smarkacz zmieniał teksty. Twierdził, że tylko poprawiał ortografię, gramatykę i interpunkcję. Gordie twierdził, że zaraz poprawi ułożenie nosa na jego twarzy.

    Mayers był tak bezczelny, że odpowiadał na wszystko. Gordiemu rzygać się chciało i byłby gotów namacalnie dać temu wyraz, ale niestety był wampirem, więc fizjologia uniemożliwiała nacharanie na papier. Poza tym winda była użytku publicznego, więc nie wypadało.
    Przez wiele tygodni Gordie marzył, żeby Mayers wreszcie się utkał. Żeby zabrakło mu słów i przestał bazgrać te swoje żałosne odpowiedzi pod kartką człowieka, który miał i rację, i lepszy charakter pisma.
    W któryś poniedziałek Mayers nie odpowiedział. Gordie zatriumfował. We wtorek wciąż brak było informacji zwrotnej. Z całą pewnością brak było. Nie żeby Gordiemu na tym zależało, ale tak jakoś wyszło, że tamtego dnia musiał przejechać się windą z trzydzieści sześć razy, więc przy okazji, tak po drodze, sprawdził, czy jego karteczka się nie odkleiła. Taśma dzielnie trzymała ją przy ścianie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrzył na pusty margines z rosnącym niesmakiem. Jak ten dziad śmiał tak to zostawić? Po tylu tygodniach? Bez puenty? Bez riposty? Chuj mu w śmierdzącego buta na klatce.
      W środę odpowiedź się pojawiła.
      Gordie prychnął z pogardą. Bezczelny skurwysyn.

      Dlatego na zebraniu wspólnoty mieszkalnej flaki zagrały mu kankana, gdy Mayers powiedział, że ktoś mu kradnie catering spod drzwi – a reszta zaczęła rozprawiać o założeniu monitoringu.
      Do czego to doszło, żeby Gordie Goff musiał nagle stanąć w tragicznym rozkroku jak jakiś jebany romantyk? Rozpięty między powinnością moralną a namiętnością do uprzykrzania życia Mayersowi, co, uczciwie mówiąc, również było powinnością moralną?
      Monitoring. Oko. Mały, plastikowy kapuś przykręcony do sufitu, który nie odróżniał winnego od głodnego i chujka od sąsiada. I który nie zarejestrowałby obecności Gordiego, co mogło kiedyś kogoś zainteresować…
      Nie można dopuścić, żeby to szujstwo tutaj się pojawiło!
      Z drugiej strony… to oznaczało konieczność złapania złodzieja cateringu. A tym samym: pomożenia Mayersowi.
      Westchnął. Znowu trzeba brać sprawy w swoje ręce.

      Zaczaił się na niego w nocy, z bronią w łapie. Znaczy z telefonem. Lepkoręki okazał się dzieciak z siódemki. Gdy tylko jego łapy chwyciły papierową torbę, Gordie błysnął mu fleszem po ślepiach, a potem schwycił za fraki.
      Nogi gównojada zadyndały nad ziemią.
      – Jeśli jeszcze raz zobaczę, jak kradniesz żarcie, obetnę ci wszystkie palce. I podam w zupie, skoro jesteś taki głodny – powiedział. – Niedorozwój jeden i, co gorsza, bez gustu. To naprawdę trzeba być jebniętym, żeby brać paszę bez smaku. Wolałbym żreć te czerstwe bułki, które piekarz za rogiem wypierdala po dziesiątej.
      Do Mayersa poszedł kolejnego dnia wieczorem. Załomotał wściekle w drzwi. Gdy ścierwojad łaskawie mu otworzył, pokazał zrobioną fotkę.
      Zdjęcie sugerowało, że najważniejszym bohaterem zdarzenia była ściana po lewej, tuż za nią fragment wycieraczki, potem kawałek windy. Dopiero w samym rogu widać było papierową torbę, którą przytrzymywała rozmazana brudna łapa dzieciaka. Jego twarz została ucięta na wysokości czoła i prześwietlona fleszem.
      – No i już. Gówniarz nie będzie ci przeszkadzał – burknął. – No, chyba że jaśnie pan nie będzie mógł zmrużyć oka przez burczenie jego brzucha… Ale to se chujem zatkaj uszy.

      Usuń
  2. Dzwonek do drzwi działa. Jest tego pewien.
    Mimo to, zamiast jak kulturalny człowiek użyć nowoczesnego wymysłu technologii, ktoś postanawia zagrać Tomowi nie tylko na nerwach, ale i gładkiej powierzchni drzwi. Choć zagrać słowem jest nazbyt pochlebnym, biorąc pod uwagę uporczywy łomot. Po kilku sekundach hałasu Mayers stwierdza, że sprawca może być tylko jeden – o tej porze, z podobnym brakiem wyczucia – wina aż sama prosi się o przypisanie jej do zdziadziałego sąsiada.
    Może gdyby nie ostatnie miesiące słownych przepychanek, znalazłby w sobie wystarczająco zrozumienia, by z góry człowieka nie skreślać, ale Gordon skreślił przecież sam siebie, gdy wyjechał z mordą o tym nieszczęsnym gwizdaniu. To bowiem była już przesada. Wiele może sobie zarzucić, ale z pewnością nie fałszowanie i na podobne pomówienia zwyczajnie zgodzić się nie mógł. I tak oto rozpoczął się maraton karteczkowy.
    Jak dziś pamięta, że specjalnie cofnął się do mieszkania po długopis, żeby dziadowi odpisać. Los tak chciał, że jego sąsiad z piekła rodem problem miał absolutnie ze wszystkim. A to buty. A to cebula. A to szuranie krzesłami. A dekoracje na święta nie są powieszone równo. A nie przykłada się wystarczająco do wspólnotowych spotkań. Każda kolejna tylko bardziej absurdalna, zdaniem Toma informująca o postępującej degradacji umysłu, ale kimże był, żeby odmówić mu dorzucenia własnych trzech groszy do tego kubła rozpaczy. A raczej windy, bo to ona stała się epicentrum tej słownej bitki, gdzie może kutafon nie został wykaligrafowany, ale wisiał w powietrzu jak zapach przepoconych skarpet.
    Oczywistym było już wtedy, że Gordon Goff zasługuje na kopniaka w cztery litery i może opakowanie puzzli, żeby zajął się czymś bardziej konstruktywnym niż narzucanie swojego, wątpliwego, zdania wszystkim dookoła. A raczej Tomowi, bo karteczki grozy wymierzone były tylko w niego i brakowało jedynie by dziad zaczął rysować jego podobiznę w rogu tych swoich wypocin. Kolejną oczywistością byłoby zaprzestanie uczestnictwa w tej dziecinadzie, ale to wymagałoby od Mayersa zaciśnięcia zębów, a że dopiero co robił siódemki, nie był to opłacalny biznes. Zmuszony był więc uczestniczyć w tej farsie, bo choćby skały srały, Gordon nie zasługiwał na żadne zwycięstwo.
    Ostatnimi czasy grafik miał coraz bardziej napięty, a więc i możliwości by zagłębiać się w kolejne paranoje sąsiada, osłabły. Może i mógłby odpisać byle co, ale przecież ich wiadomości pozostawać musiały na konkretnym poziomie i z pewnością zmęczenie robotą nie mogło przyćmić błyskotliwej puenty dla mało upierdliwej notatki Goffa. Odpuścił więc sobie, ale puste miejsce gryzło go w oczy każdorazowo, gdy jechał windą i tylko fakt, że ktoś gdzieś zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach, powstrzymał go przed powrotem do budynku i dorzucenia swojej odpowiedzi.
    Tragicznym zbiegiem okoliczności okazało się znikające jedzenie. Mayers wiele mógł wybaczyć, ale nie kradzież jedynego powodu, dla którego z chęcią otwierał te przeklęte drzwi do mieszkania. Na wycieraczce czekać miała papierowa torba i tyle. Koniec tematu. Już tym bardziej, gdy po szesnastu godzinach w biurze i jeździe windą, gdzie karteczka od psychopaty wciąż wisiała bez odpowiedzi, jedyne na co miał ochotę to walnąć się na kanapę i zeżreć zimny kawałek kurczaka. A że brakowało i kurczaka, i ziemniaków - i że ktoś pokusił się nawet o surówkę, sprawy nie mógł pozostawić bez interwencji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Swoje sąsiedzkie obowiązki rozpoczął więc na nowo - od zapewnienia Goffa, że następnym razem postara się by spuszczanie wody w toalecie przebiegało tylko w zaakceptowanych przez niego godzinach i prośba by dołączył szczegółowy grafik, w jakim czasie w porządku jest się wypróżniać, a dzień później, już przy skrzynkach pocztowych, zawiesił ogłoszenie na temat spotkania wspólnoty.
      Zgubną okazała się wiara, że w tej jednej kwestii z Gordonem się dogada, bo ten, jak na naczelnego zrzędę przystało, pomysłowi monitoringu nie przyklasnął. I to już samo w sobie wydawać mogłoby się dziwne, bo kto jak to, ale ten dziad akurat zdawał się chcieć wiedzieć wszystko, więc gdzie tu logika?
      Dziwniejszy oczywiście okazuje się łomot w drzwi.
      Tom bardzo chce się mylić, zastać za nimi choćby i komornika, ale na wycieraczce, jak ten słup, stoi Goff z łapą wyciągniętą przed siebie. Nawet gdyby założył okulary, wątpliwa jakość zdjęcia, nie pozwoliłaby mu dojrzeć, co właściwie na pokazywanym zdjęciu się dzieje, oprócz dość jasnego komunikatu, że Gordon fotografem nie zostanie. Przez moment gapi się więc w ekran, marszcząc brwi, bo wielu rzeczy mógłby się spodziewać, ale nie tego, że ten pomiot szatana zawita w jego progu z informacją o złapaniu złodzieja posiłków. I że miałby mu teraz podziękować?
      Krzyżuje więc ręce na torsie, przesuwając spojrzeniem z telefonu do twarzy sąsiada. Ta wygląda durnie jak zwykle, marna szansa, że to lepszy brat bliźniak lub wygenerowany w piwnicy sobowtór.
      — Jakby to twoim zdaniem miało wyglądać, co Goff? — pyta, bo druga część wypowiedzi przynajmniej daje mu pole do działania. Nie to co początek, który wymagać mógłby grzeczności. — Jak wygląda według ciebie proces zatykania sobie uszu chujem? I jak tego chuja wcisnąć w dwoje uszu, hm? — dodaje dla uściślenia, co by sobie typ nie myślał, że się nie uczepi tego dziwnego przytyku. Bo przecież się uczepi.
      Spogląda raz jeszcze w kierunku ekranu telefonu i aż go zaczynają boleć te nowe siódemki, bo już wie, że zaraz zamiast sprzedać gościowi kopa w tyłek, założy, że ten może raz jeden miał dobre zamiary.
      — Mrugnij trzy razy jeśli jesteś w niebezpieczeństwie — wyrzuca, z uwagą śledząc mimikę cudzej twarzy, bo to przecież niemożliwe, by dziad pomógł mu sam z siebie. Może więc gdzieś w tle czai się snajper. Może brakuje mu amunicji. Może Tom mógłby pożyczyć mu własną.

      Usuń
  3. Dobrodbyt normalnie. Bo naprawdę – tym wszystkim młodym w odbytach się poprzewracało od tego dobrobytu. Tak to jest, jak się dorasta w miłych, bezpiecznych czasach, które nawet jednego kantu nie mają. To najwyraźniej cofa rozwój człowieczeństwa o kilka dekad. Co najmniej!
    W dzieciństwie i młodości Gordiego mówiono, że w wyobraźni wszystko się mieści. Wbrew obiegowej opinii kreatywność wcale nie była cechą tych wszystkich pięknolicych dandysów, z wydelikaconymi dłońmi, które nigdy nie zaznały uczciwej pracy, bo zajęte były marnowaniem czasu na bazgrolenie na płótnach czy tam spisywanie bezsensownych wyrazów na kartach. Kreatywność żyła gdzie indziej, rodzona z potrzeby chwili, w błocie i smrodzie. W rzeczach wielkich i w rzeczach małych.
    Na podwórku nikogo nie było stać na prawdziwą, skórzaną piłkę. Mądra Gracie – dziewczyna Adama choć wtedy to jeszcze nie – jedną taką skombinowała. Przyuczała się do zawodu i terminowała u kaletnika, na południe od rzeki. Przez parę miesięcy zwijała do kieszeni nierówne skórki, za małe na torbę, w sam raz na prezent dla ukochanego.
    Od chłopców z Camberwell wybłagała gumowy pęcherz ze starej futbolówki, rozprutej na boku i uznanej już za bezużyteczną. Targowała się, targowała, aż wytargowała flak za dwa pensy. Jeszcze się nasłuchała, że bez porządnej skóry nic z tego nie będzie. Nie powiedziała im, że porządną skórę nosiła w kieszeniach fartucha. Zszyła wszystko po nocach, a kiedy wręczała ją Adamowi, pochwaliła się sprytem. Słusznie. W końcu dziewczyna, która robi coś z niczego, to skarb.
    Tak zaczął się ich związek, znaczy, nareszcie oficjalnie. Bardzo Gracie rozpaczała, gdy wezwano Adama na wojnę. Na szczęście wkrótce pocieszyły ją cudze ramiona. Ponownie, słusznie – jak się okazało. Bo w tych Adamowych już schować się nie mogła, nawet gdy wrócił. Stracił chłop rękę na froncie.
    Wtedy piłka stała się własnością wspólną, wcześniej – grali nią tylko wtedy, gdy Adam łaskawie pożyczał. Więc radzić sobie trzeba było inaczej, tak na co dzień. Zbierały chłopaki gazety ze śmietników, te z wczoraj i przedwczoraj, trzeba było zgniatać i ugniatać, aż powstawało coś na kształt futbolówki. Czego to człowiek nie zrobi, żeby pokopać gałę. Czego to nie wymyśli!
    Tak to było. W wyobraźni wszystko się mieściło. W wyobraźni Toma z kolei, najwyraźniej, nawet kutas się nie mieścił. Gordie miał dużo pomysłów, jak wsadzić chuja w uszy. Podzielił się najprostszym.
    – Jak, jak, jak – przedrzeźnił Toma. – A srak. Możesz se wyrwać, przepołowić i wsadzić w oba ucha, twoja sprawa.
    Nadal wymachiwał mu przed nosem telefonem z niewyraźnym zdjęciem. Które w dodatku stało się nieczytelne jeszcze bardziej, bo na ekran wskoczyło powiadomienie. NIE IGNORUJ TEGO OBJAWU, LEKARZE MÓWIĄ O NIM GŁOŚNO. Gordie nie zauważył. Ani pusha, ani objawu.
    Od tygodnia dostawał podobne powiadomienia, bo coś mu się naklikało niechcący. Wtedy gdy wpisał w przeglądarkę SZYBKA ZAWAŁ ZROBIĆ, po tym jak kiedyś karteczka w windzie ogłosiła, że Tom zaraz dostanie przez niego zawału. Chciał sprawdzić, jak to przyspieszyć.
    – Jestem w niebezpieczeństwie za każdym razem, gdy otwierasz gębę – odburknął, opuszczając dłoń z telefonem. Dla odmiany wycelował oskarżycielsko paluchem drugiej ręki. – Boję się, że mi, kurwa, skiśnie łeb od twojej głupoty. I zapachu z mordy. A to… – Znowu zamachał iPhone’em. – To dlatego że to porządny blok dla porządnych ludzi, a nie jebanych złodziei. Nie myśl se. Chociaż ci to nie grozi.

    OdpowiedzUsuń
  4. Gordon Goff to jebana katarynka, którą ktoś przypadkiem nakręcił przed laty i zostawił, co by śpiewała swoje mądrości na lewo i prawo. Tom Mayers zaś, chyba jako kara za grzechy, akurat znajduje się i na lewo, i na prawo. Stojąc w drzwiach, wpatrzony w rozmazane zdjęcie i aż nazbyt niepokojącą reklamę, zastanawiać może się jedynie, dlaczego właściwie dał się wplątać w tę durną grę karteczkową i - co ważniejsze - dlaczego jego sąsiad jest tragicznym przykładem dziada z sitcomu.
    — Ktoś powinien zbadać twoje niezdrowe zainteresowanie kutasami, Goff — stwierdza, a wzrok znów przesuwa się po tekście na ekranie. — I inne objawy przy okazji.
    Ten facet, który raz jeden postanowił zrobić coś - chryste - miłego, psuć musi to każdorazowo, gdy tylko się odzywa. Wystarczyło przecież zapukać, powiedzieć, że złodziej złapany i owszem, Tom pomyślałby, że Gordon ma wysoką gorączkę albo jest w stanie delirium, ale przynajmniej, pożegnałby się z nim w sposób cywilizowany. A odpisując na kolejną karteczkę w windzie, może pokusiłby się o narysowanie krzywego uśmieszku, co by pasował do krzywej mordy sąsiada. Ale nie, typ jak zwykle rozpycha się durnymi tekstami, nie pozostawiając rozmówcy większego wyboru: niestety, ach, niestety, zniżyć trzeba się do jego poziomu.
    — I pozwolili ci tu mieszkać? — pyta, prawdziwie zdziwiony, bo porządny budynek dla porządnych ludzi kłóci się niebywale z obrazem Gordona. Ktoś mógłby wręcz rzecz, że to oksymoron. I Tom by się z tym zgodził, bez dwóch zdań.
    — Chcesz medal za swoje zasługi czy wystarczy, że dostaniesz miejsce w pierwszym rzędzie na spektakl wsadzania chuja w uszy? Obaj wiemy, jak cię to kręci — wyrzuca z siebie, wciąż niebywale rozbawiony powagą sąsiada w tej konkretnej sytuacji.
    Ktoś inny bowiem już dawno by sobie odpuścił, ale nie Goff, o nie, ten z uporem maniaka brnie coraz głębiej w absurd. Może mu za to płacą. Może to eksperyment społeczny i ktoś sprawdza, jak długo zajmie ludziom zorientowanie się, że typ jest podstawiony.
    Czy to odpowiedni moment by zamknąć mu drzwi przed nosem? Czy karą za podobne wykroczenie będzie zemsta porządnego człowieka? Znając sąsiada, ten ofiarowałby mu wór pełen chujów i nazwał to życzliwością (miałby przecież na później, na wkładanie do uszu).
    Tom odwraca się na moment, bo dźwięki z telewizora oznajmiają, że na ekranie dzieje się coś, czego wolałby nie przegapić - a już na pewno nie ze względu na Gordona i jego niezapowiedziane, wieczorne wizyty. Gdy wzrokiem powraca do sąsiada, zdjęcie wciąż miga mu przed nosem jak lampka ostrzegawcza, przypominająca, że właśnie ma do czynienia z cudem.
    — Oglądam powtórkę meczu, jak na pięć minut zamkniesz paszczę i przestaniesz się rzucać jak niewykastrowany kundel, mogę cię poczęstować piwem. Piwo jest dobre na cholesterol, szczególnie w pewnym wieku — stwierdza z kwaśnym uśmiechem. — Lekarze mówią o tym głośno.

    OdpowiedzUsuń
  5. – Nie obchodzą mnie kutasy, kutasy to ja mam w dupie – warknął Gordie Goff, dając wokalny dowód na to, że najpierw gadał, potem się zastanawiał. Jeśli w ogóle. W tym przypadku jednak nie. – Ktoś powinien raczej zbadać twoje niezdrowe pragnienie bycia jednym z nich. Proponuję urologa.
    Krzywdzące osądy Toma mogłyby ugodzić kogoś wrażliwszego, na szczęście Gordon był zaprawiony w boju, więc się nie przejął. Smutne siusiaki niezbyt go zajmowały, wesołe zresztą też nie, a życzyłby sobie, by interesowały go jeszcze mniej. Nie jego wina, że tyle ich łaziło po świecie i zostawiało buty na klatkach schodowych – a do obowiązków każdego uczciwego obywatela należało zwracanie uwagi na otoczenie.
    Proszę bardzo, niech Tom rzuca obelżywe łgarstwa. Gordie z właściwą sobie pogodą ducha i usłużnością wobec narodu nawet takie kłamstwa przekształci w coś pożytecznego – i zachęci do profilaktyki. Chodźcie do urologa, panowie, chodźcie i badajcie się, zanim będzie za późno. Na niego już było za późno. W końcu został wampirem, więc żaden rak nie groźny.
    Może to powinno znaleźć się na kolejnej karteczce w windzie, tym razem skierowanej nie do Toma a do porządnych mieszkańców.
    – Pozwolili! – prychnął. – Słuchaj, ja się nikogo nie muszę o nic prosić, wdupołazie.
    Pozwolili! Poczuł, jak to słowo wchodzi mu do nosa, rozpycha się między smarkami, aż człowiek przestaje oddychać. Co to za straszliwy pomysł, jakby gdzieś nad nim siedziała rada kretynów w wykrochmalonych koszulach i rozdawała dach nad głową w nagrodę za dobre zachowanie. Pozwolić to można psu wejść do kuchni, jeśli nie zabłoci podłogi.
    Gordie Goff o pozwolenie nie prosił. Pracował, płacił, wysłuchiwał idiotów z uprzejmą miną i przez całe życie oglądał ludzi, którzy mieli czelność nazywać zabieranie cudzej kasy aktem łaski. Aż zacisnął rękę mocniej na telefonie, co trochę go otrzeźwiło. Zgasił ekran i włożył urządzenie do kieszeni.
    A potem zamarł w bezruchu – nie dlatego że Tom nazwał go kundlem. Proszę cię, dużo gorsze rzeczy wysłuchiwał od kumpli, którym potem szedł przytrzymać drabinę, a którzy dawali rady, gdzie najlepiej kupić węgiel. Zamarł, bo usłyszał kluczowe dźwięki i słowa.
    Oto prawda o Gordiem Goffie – nie myślał głową. Złośliwi mogliby powiedzieć, że myślał chujem, ale to nie była prawda. Myślał brzuchem. Ten pierwszy wiedział, kiedy coś nie gra. Ściskał się przy fałszywych uprzejmościach i burczał przy głupocie. Wywracał na lewo, gdy w pobliżu czuć było Francuzem. Odróżniał dobre piwo od marnego sika i tłustą kiełbasę od chemicznych popłuczyn. Brzuchowi można było ufać.
    Więc kiedy Tom powiedział piwo, brzuch wiedział, co robić – nawet jeśli już dawno temu alkohol przestał mu pasować, od tego nieszczęsnego 1966 roku. Piwa się jednak nie odmawia. Poznał kiedyś typa, Eddiego z uszami jak uchwyty od garnka, który nie przyjął kufla, postawionego mu pod nosem podczas drugiej połowy meczu. Nikt nigdy już mu nie zaufał.
    – A dobre masz to piwo czy szczyny jakie? – burknął. – I co za mecz oglądasz?

    OdpowiedzUsuń
  6. Czym dłużej Gordona słuchał, tym bardziej przekonany był, że jego głowa pozbawiona musi być filtra, który zatrzymałby tę lawinę. Zdecydowanie ciekawiej zresztą wysłuchuje się tych śmiesznych tłumaczeń, gdy sąsiad stoi przed nim, niż czytając karteczki w windzie, z racji miejsca, z pewnością odpowiednio ocenzurowane. Teraz jednak, Gordon Goff stoi przed nim, z kutasami w dupie i Tomowi ciężko pohamować parsknięcie śmiechem.
    Ten akcent to jedyny komentarz na jaki sobie pozwala w kwestii tych kutasów, w obawie, że typ zapędzi się i postanowi pokazać mu jak w tej dupie trzymać więcej niż jednego (a skoro ma patent na uszy, to pewnie i dupę by się znalazł).
    I właściwie na tym mogliby temat zakończyć, ale Gordon znajduje sposób by do dupy wrócić i Mayers może jedynie przewrócić oczami. Obiecuje sobie spisać kiedyś te wszystkie mądrości i wyzwiska, użyć ich w specjalnej, urodzinowej audycji w radiu, gdzie jakiś smark z BBC będzie mógł wykazać się, serwując najlepsze kąski jego demonicznego sąsiada.
    — Jak na gościa, którego nie interesują kutasy, dużo czasu spędzasz z głową w gaciach — stwierdza, wciąż rozbawiony ciągłymi powrotami do zawartości bokserek, zupełnie jakby Gordon nie był w stanie ugryźć się w język.
    A chwilę później gotów jest zamknąć mu drzwi przed nosem, bo kwestionowanie wyboru piwa to już przesada. Nawet gdyby miał go poczęstować Stellą, przyzwoitość nakazuje żeby Goff spiął poślady, wszedł do mieszkania, wybrał ten mniej wygodny fotel i sączył swoje szczyny bez marudzenia. I do tego wszystko chce wiedzieć! Jakie piwo. Jaki mecz. Porządny sąsiad zamiast zadawać pytania, podziękowałby grzecznie i - najlepiej w ciszy - zgodziłby się nawet na powtórkę z poprzedniego Mundialu.
    — Fullery mam, bo lubię, ale jak ci nie pasuje to dostaniesz Carlinga i może ci szczyną w gardle stanie — mówi, odsuwając się na bok. Skina głową w głąb mieszkania, co by się Gordon pospieszył trochę: ile niby mogą stać jak te dwie plotkary na klatce schodowej. Jeszcze ktoś zgłosi ze zagłuszają ciszę nocną, a tego by brakowało, żeby go o cokolwiek oskarżono we współudziale z tym dziadem. — Powtórka Czech mi z wczoraj leci. A jak widziałeś to morda w kubeł i bez spojlerów.
    Powtarza ruch głową, bo ile to można tak stać w miejscu, jak słup soli, kiedy ktoś grzecznie zaprasza do mieszkania. Są przecież jakieś granice i Tom jest pewien, że Goff jest niebezpiecznie blisko ich przekroczenia.

    OdpowiedzUsuń
  7. Istniało wiele powodów, dla których Gordie Goff szanował piwo, a najważniejszy z nich był bardzo prosty – dało się je pić. Dobre było dobre, złe było złe, ale nawet najparszywsze smakowało lepiej niż woda. Przynajmniej tak to zapamiętał, a od lat przecież nie miał okazji pić ani tego, ani tamtego. Pewnych rzeczy jednak się nie zapomina, takich jak jazdy na rowerze po pięciu kuflach ale.
    Albo może właśnie zapomina, następnego dnia, gdy w głowie tylko łupie, a wczorajszy wieczór tajemniczo rozmywa się w oparach mgły.
    Łypnął podejrzliwie na Toma, ale wszedł do środka, zatrzymując się jeszcze tylko na wycieraczce, żeby wytrzepać buty. Nie miało to większego sensu, bo i tak nie wychodził dziś na zewnątrz, ale przecież – nie wlezie do cudzego mieszkania, ryzykując, że wykładzinę ubrudzi!
    – A czemuś nie oglądał meczu jak normalny człowiek? – burknął. – Wtedy gdy leciał na żywo.
    Przez chwilę myślał, że Tom ogląda powtórkę rozgrywki między Czechami a RPA, żeby na spokojnie przeanalizować przebieg meczu i przyjrzeć się każdej akcji. Gotów byłby go nawet za to poszanować, ale nie. Oczywiście, że nie. Tyle lat łażenia po tym świecie, po Londynie znaczy, a i tak się Gordie nie nauczył – i wciąż jak naiwniak wierzył w człowieka i jego umysł. Znowu boleśnie się zawiódł.
    Choć samo oglądanie meczu już było powyżej oczekiwań. Nie spodziewał się tego po takim sąsiedzie!
    Przyklęknął z jękliwym ajjezusmarja na ustach – bardziej dla rytuału i z przyzwyczajenia niż potrzeby ciała, bo przecież nic go nie bolało – i zaczął rozsznurowywać swoje ciężkie buciory. Porządne ciężkie buciory, z prawdziwej skórki, a nie te syntetyczne wymysły ludzi, którzy nigdy nie spacerowali po prawdziwej drodze, tylko po czerwonych dywanach co najwyżej. Albo wozili dupy w lektykach czy tam Uberach.
    Ściągnął je ze stóp, poprawił języki, włożył sznurowadła do środka i ustawił pod ścianą w równiuteńkim rządku. Wstał i spojrzał wyczekująco na Toma.
    – No – powiedział. – Gdzie masz kapcie?
    Stał jak stary dureń tuż za progiem mieszkania i deptał przedpokój w samych skarpetkach. Jako zmyślny Anglik był oczywiście przygotowany – stopy otulone długimi garniturowymi skarpetami, szarymi, bez jednej dziury, przypadkiem tylko niemal trafiającymi w trendy, bo oto nagle młodzież takie polubiła. Moda, jak zepsuty zegar, czasem trafiała w coś sensownego. Gordie pochwalał. Zdecydowanie bardziej niż tamte abominacje sięgające pod kostkę. Kto na to wpadł? Niebywałe.
    Nie spodziewał się, że Tom rzuci mu slippersy, bo w końcu nie było to szczególnie ważne… w przeciętnym angielskim domu. U Goffów jednak było istotne, wbrew opinii ludzi wychowanych przez wilki i centralne ogrzewanie, bardzo istotne. Gordie nauczył się tego jako małolat, gdy wleciał do kuchni prosto z dworu i naniósł błota, żwiru i Bóg wie jeszcze czego, wprost na wyszorowaną podłogę. Wleciał przecież tylko na chwilę.
    Wystarczyło. Matka spojrzała na istotę, która rzekomo była jej dzieckiem, ale w tamtym momencie bardziej wyglądała na potomka kurzu i wiatru, i zdzieliła go pantoflem przez potylicę. Był to jeden z bardziej religijnych momentów w życiu Gordiego, bo zobaczył podówczas pięć gwiazd i całą Trójcę Świętą, a na pamiątkę dostał bliznę za uchem. Taki tam suwenirek.
    Potem wyszorował kuchnię i nauczył się zdejmować buty, a po awanturze o niemożliwe do doprania skarpetki – nosić kapcie. Nie mógł ich od nikogo wymagać, co prawda, ale kto wie, może Tom przynajmniej z tej strony pozytywnie się pokaże?

    OdpowiedzUsuń
  8. Właściwie to spodziewa się, że sąsiad wróci do swojego mieszkania, piwem pogardzi, meczem tym bardziej i powrócić będą mogli do utartego schematu mijania się na korytarzu i tych przeklętych karteczek w windzie. To przynajmniej byłoby zrozumiałe! Zamiast tego, Tom, jak ostatni baran zaprasza go do siebie, Gordon, jak największa pierdoła, faktycznie propozycję przyjmuje. Piekło musiało właśnie zamarznąć, bo kto to widział takie cuda.
    Stoi więc w przedpokoju, zamyka drzwi za swoim gościem (choć słowo to zdaje się wynosić Goffa na poziom znacznie wyższy niż do tej pory sobie zasłużył) i zanim ten ma okazję ściągnąć buty, już zadaje kolejne, durne pytanie. No bo co to za zdziwienie? Czyżby Gordon zapomniał czym są obowiązki? Może emeryturka zasmakowała na tyle, że smak ciężkiej pracy już dawno trącił mu czymś nieznanym? Dla Mayersa odpowiedź była więc prosta, zamknięta początkowo jedynie w prychnięciu. Słowa przychodzą później, kiedy to sąsiad potwierdza swoje stare kości nędznymi jękami.
    — Nie wszyscy mogą sobie pozwolić na luksus darcia mordy na telewizor, niektórzy pracują — tłumaczy i pewien jest, że przynajmniej dwa razy słyszał głos Goffa niosący się przez wentylację, gdy próbował spać. I za każdym, gadanie dotyczyło mundialu. Omija szczegóły, nie opowiada mu o tym, że przy tym konkretnym meczu spędził prawie dwadzieścia cztery godziny w biurze, bo prędzej uwierzyłby, że Gordon podobnym pomysłom przyklaśnie, niż go pożałuje. Zresztą, nie potrzebował by go byle sąsiad żałował.
    No i stoją jak te ciołki, Tom zastanawia się, na ile musi zaproponować mężczyźnie pisemne zaproszenie w głąb mieszkania, a na ile wystarczy, że pokaże mu drogę migowo, a Gordon wygląda jakby ktoś go w ten obrazek wkleił całkowitym przypadkiem.
    — Nie możesz wejść w skarpetach? — pyta, zanim w ogóle ma okazję te słowa przemyśleć. Bo Gordon rzeczywiście wygląda na typa w kapciach. Co to pewnie ma swoje znoszone bambosze gotowe do założenia, takie co grzeją stopy nawet w środku lata. Nie ma innej opcji. A jako że Tom to dobry gospodarz, wzdycha ciężko, ale kuca przy szafce na buty i zaczyna przeszukiwać ją pośpiesznie, bo piwo i mecz czekają, a on zamiast odpoczywać, szuka kapci.
    I jest pewien, że znajdzie tę jedną parę. Tę, którą przed laty kupili z Doranem dla Troy’a, gdy jego białe skarpety wiecznie były czarne i dziurawe. I to nic, że założył je raz i stwierdził, że przypał, i że żaden z jego kolegów by czegoś takiego nie założył. To nic, że na myśl o tej chwili na moment robi mu się słabo i ma ochotę wyprosić Goffa tak jak stoi, w skarpetach. Bierze się w garść, gdy dłoń zaciska się na filcowym materiale i wyciąga parę, prawie dziesięcioletnich, kapci, które z pewnością zakupione zostały dla dziecka, choć w rozmiarze małych kajaków. Każdy z nich miał naprasowaną grafikę wyścigówek, choć ktoś na lewym dorysował autu twarz.
    — Coś jeszcze? Herbaty z miodem? Maści na hemoroidy? — pyta jeszcze, bo przecież trzymanie tylu kutasów w dupie musi mieć swoje konsekwencje.

    OdpowiedzUsuń
  9. Och, kochasiu, nie podoba ci się dziad w mieszkaniu? Było nie mówić o piłce nożnej, ale że wspomniałeś o meczu – to męcz się teraz z Gordonem Goffem.
    Starał się oglądać wszystko podczas tych Mistrzostw Świata i do tej pory mu się udawało. Szkoda, że mecze nie leciały za dnia, wtedy mógłby się nimi cieszyć swobodniej, u siebie, nie w pracy. Na szczęście był stróżem nocnym, więc największa część jego roboty polegała na siedzeniu w kantorku i patrzeniu na nagrania z ochrony, a skoro już musiał wlepiać ślepia w ekrany, to równie dobrze mógł to być ekran, na którym dwudziestu dwu chłopa (i jeden sędzia) biega za piłką.
    Nie żeby olewał swoją pracę. Po prostu musiał sobie jakoś radzić.
    Gordie umiał pracować. Jeśli trzeba było, to nawet ciężko zapierdalać. Na litość boską i kurwę diabelską, pół życia przecież spędził dźwigając żelastwo w hucie i pomysły tych kretynów z góry. Chwytał się nie jednego zawodu, jeśli wykopano go z doków, szedł naprawiać rury. Jeśli nikt nie miał żadnej popsutej, nosił cegły i układał je w mury, z których nikt miał nie strzelać. Jeśli wszystkie ściany już stały, rozładowywał skrzynie albo płoty łatał, cokolwiek!
    Odliczał lata do emerytury, potem też miesiące. Kiedy ta upragniona sześćdziesiątka szóstka nadejdzie? Zginął kilkanaście dni przed sześćdziesiątymi czwartymi urodzinami. No ja pierdolę, kurwa jebana mać i tać, wieczność w wieku przedemerytalnym.
    – Spierdolona sprawa – burknął, kiwając głową do Toma. Znał jego ból. – Robota! Zawsze wpierdoli się w życie. I jeszcze siedzi taki zjeb w fotelu, jaja mu się kleją do tapicerki, gówno wie, ale będzie ci mówił, kiedy jeść, spać, srać. Żeby ci mecz zabrali przez robotę! Zwisłouche gnoje z rzygiem zamiast mózgu.
    Cmoknął z dezaprobatą, choć nie było to skierowane do kapci, które zostały mu rzucone. Szybko dostał te bambosze, zresztą też szybkie, bo z wyścigówkami. Jeśli Tom myślał, że Gordie jakoś to skomentuje, to grubo się mylił. To było normalne i akceptowalne, w gościach raz trzeba wejść w ciapki jak dla dziecka, a raz w różowiutkie z futerkiem. To w końcu nie muzeum! Obraziłby się, gdyby otrzymał burżujskie pantofle, ble.
    Wsunął stopy w kapcie, poruszył kilka razy wielkim paluchem, żeby lepiej się ułożyła – aż widać było, jak się przyszwy unoszą. Dobry filc, wygodny.
    – Podziękował – podziękował Gordie, tonem, jakby rzucał obelgę. – Za herbatę i maść też. Zachowaj ją dla siebie, bo trzymasz głowę tak głęboko w dupie, że pewnie widujesz własne migdałki od tyłu… więc może się przydać.

    OdpowiedzUsuń
  10. To piekło, co zamarzło, zdaje się, że właśnie przykryte zostało nową warstwą lodu, bo oto Gordon Goff się z nim zgodził! Nieważne w jakich okolicznościach, ważne że po miesiącach sprzeczek, znaleźli ten jeden wspólny element - że robota uprzykrza życie. Tom nie mógł więc dodać, że bywają dni, gdy robotę swoją lubi, co by tego pięknego momentu nie zepsuć. Co prawda, nie zdarzało się to często, przez większość czasu czuł się jak ostatnie ścierwo, ale bywały dni, gdy udało im się zrobić coś porządnie. O tym, że najpewniej to on był gościem, który siedzi jak ten zjeb w fotelu też nie wspomina: w końcu czasami wstaje, czasami udaje się w teren, czasami pozwala komuś innemu podjąć decyzję. Chyba, że błędną - wtedy nie.
    Zwieńcza więc temat roboty pełnym pożałowania uśmiechem, obejmujący cały ludzki żywot, który spędzić trzeba na zapierdalaniu za kromką chleba, by zaraz skrzywić się ponownie, bo sąsiad zamiast trzymać się uprzejmości, jak ten cep, wraca do dupy.
    — Przyczepiłeś się tej mojej dupy jak rzep. Mam się martwić? — pyta, mając nadzieję, czysto retorycznie.
    Potem już skina głową i wchodzi do salonu, który przed laty tętnił życiem. W chwili obecnej, oskubany został niemal do zera, bo choć Tom starał się patrzeć na zdjęcia syna i męża bez tego cholernego ciężaru i bólu, końcowo poległ sromotnie i pochował wszystko, co nosiło znamiona ich wspólnego życia. Czasem robiło mu się przykro, gdy patrzył na gołe ściany, wciąż pamiętając, że kiedyś zdobiły je zdjęcia i pocztówki, na regałach leżały te śmieszne kryminały, które lubił Troy. I zostały tylko te meble. Pół biedy z telewizorem, pudło jak pudło. Kanapa i fotele to już inna śpiewka, te budziły do życia niechciane fale bolesności, ale nie mógł ich przecież ot tak wyrzucić, żeby ktoś inny miał w swoim domu jego rodzinę. Najgorsza była ta przeklęta framuga. Ta tragiczna, cholerna framuga, na której zaznaczali kolejne centymetry, jakie przez lata przybywały Troy’owi. Wielokrotnie zabierał się za zamalowanie kresek i nigdy nie udało mu się nawet otworzyć puszki z farbą.
    — Ten mój — mówi, wskazując na jeden z foteli. Ma nadzieję, że Gordon Goff jest z tych gości, co szanują, że można mieć ulubione, swoje miejsce. Jeśli jednak okazałby się obrzydliwym farfoclem, co to lubi robić na złość, Tom stracić musiałby do niego resztki szacunku. A tego, po wszystkich przepychankach w widzie, zostało niewiele.
    Sam udaje się do kuchni, z lodówki wyjmuje dwie puszki piwa, z szafki zaś kufel dla sąsiada. Taki sam stał już tuż obok jego fotela. Niektórzy nie mieli nic przeciwko piciu z metalowym posmakiem, dla Mayersa piwo akceptowalne było jedynie w kuflu i kropka. Tym bardziej, że te konkretne dostał od swojego ojca, kiedy to skończył lat osiemnaście. To że przez wiele lat zbierały jedynie kurz nie miało większego znaczenia: od czasu rozwodu Tom spędził z nimi wystarczająco czasu, by odbić sobie i ten stracony.
    — Kolacją cię nie poczęstuję, bo mi ukradli — mówi, gdy chwilę później przekracza próg salonu i odkłada przyniesiony ekwipunek na stolik kawowy.

    OdpowiedzUsuń
  11. Gordie Goff był dobrze wychowanym Anglikiem, więc szanował podstawowe zasady gościnności. Przyjdź punktualnie – choć parę minut spóźnienia też leżało w dobrym guście, chroń Boże przed przybyciem przed czasem. Przywitaj się, pochwal dom, zamarudź na pogodę, a jeśli zaprosili cię na herbatę, to wypij i wyjdź, bez żebrania o kolację i innego trucia dupy gospodarzom.
    Kiedyś Gordie przyjął swojego niezapowiedzianego teścia, co już samo w sobie było uchybieniem, ale skoro ten kutas z uszami przylazł, to trzeba było go ugościć. Posadził, podsunął herbatę z ciastkami i przez trzy kwadranse nie wypowiedział ani jednego słowa poza krótkim:
    – Mleka?
    Kiedy w końcu sobie poszedł, Gordie splunął do kominka i oświadczył, że jeśli Anglia upadnie, to właśnie przez takich ludzi. Nawet Mags nie mogła być o to zła, bo w końcu podał jej ojcu herbatę.
    Dlatego tylko kiwnął głową, gdy Tom zabronił mu siadać na jednym z foteli, i zaszurał stopami po podłodze, wlokąc się do drugiego. Istnieją stare zasady, których należy przestrzegać. Jak człowiek miał swoje miejsce, to miał swoje miejsce i kropka. Nawet największy dureń zasługiwał na kawałek świata, w którym mógł usadzić dupę bez konieczności toczenia wojny.
    – Nie musisz wskazywać paluchem – mruknął, sadowiąc się. – I tak nie zamierzałem tam siadać, wygląda jak bomba biologiczna, która od dekad kisi twoje pierdy.
    Gordie znał kiedyś faceta, starego Neda Wilkinsa, który miał taki fotel przy piecu. Siadywał w nim codziennie po robocie, z jedną ręką na brzuchu i drugą wciśniętą między poduszkę a własne biodro – i drzemał albo oglądał telewizję.
    Raz Charlie, siostrzeniec żony Wilkinsa, przyjechał z Manchesteru i uznał, że skoro miejsce puste, to można. Usiadłszy, zapadł się po kolana. Po chwili poderwał się obrzydzony. Znalazł za poduszką kawałek bekonu, trzy psie kłaki zbite w grudę i coś lepkiego zawinięte w gazetę sprzed Bożego Narodzenia. Nie spytał, co to było. Bardzo mądrze.
    Więc fotel Toma nawet nie kusił. Gordie szybko ocenił salon – był nieprzyzwoicie pusty, nie że skromny, ale po prostu wybrakowany w złym stylu. Framuga obdrapana, z kreskami po dzieciaku, którego najwyraźniej już tu nie było. Pewnie dorósł i się wyprowadził, frajer i niewdzięcznik. Z drugiej strony dało się go zrozumieć. Gdyby Gordie musiał żyć z Tomem, wyprowadziłby się pewnie jako trzylatek.
    Chociaż kufle miał ładne, skurczybyk. Warte docenienia.
    – Jak to ci ukradli!? – warknął Gordon.
    Jego oburzenie nie było związane z kolacją samą w sobie – raz, że na klatce schodowej Tom mówił o piwie i meczu, a nie o jedzeniu, a dwa, że nawet jeśli, to wątpił, że miał w tym swoim cateringu pyszne RH+. Chodziło o coś innego. Przecież załatwił sprawę złodzieja!
    – Niemożliwe, dzieciak miał już przestać – perorował dalej. – Kurwa mać, dzisiejsze rabusie to nawet dawnej klasy nie mają. Wszystko na łatwiznę, byle szybciej, byle prościej, wyjebano by ich na mordę z każdego szanującego się cechu złodziejskiego. Kiedyś to przynajmniej trzeba było trochę sprytu, żeby się włamać i wynieść rodowe sreberka, choćby w mosznie je mieli schować i... Ja pierdolę, kim z zawodu są ci piłkarze?!
    Trwający mecz wytrącił go z równowagi. Co prawda już go oglądał, ale nieporadność tych kopaczy wciąż potrafiła zdenerwować. Ekran wskazywał na osiemnastą minutę, bramkarz z RPA dostał piłkę i flegmatycznie zrobił z nią kilka kroków, a gdy żaden z piłkarzy z pola nie wyraził chęci na jej otrzymanie, wykopał daleko. RPA bez pomysłu na jakąkolwiek grę, a Czesi – na razie prowadzący 1:0 – jak usatysfakcjonowane wyliniałe koty, które nawet o milimetr nie drgną w stronę myszy, bo zajęte są wylizywaniem własnego odbytu. Haha, dobrze, że ich później to pokarze!
    Ale na razie trzeba się męczyć, oglądając te muchy w smole.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ten dalej o dupie i aż ciężko uwierzyć, że w głowie Gordona myśli krążą wokół innego tematu niż te cztery litery oraz wszystko, co z nimi związane. Tom postanawia jednak nie wchodzić w dalszą dyskusję w obawie, że sąsiad w końcu szanowny tyłek chciałby zobaczyć. Zamiast tego rozsiada się w swoim fotelu i poprawia kilkukrotnie, co by znaleźć odpowiednią pozycję. Od razu chwyta też za pilot i odpala ponownie mecz.
    Widowisko to niespecjalne, ale Mayers nie narzeka, bo przecież mógłby teraz być w pracy albo na zakupach, a zamiast tego może oglądać jak banda osłów kopie piłkę. I może nie widać po nich, żeby wiedzieli do czego ta służy ani żeby trening był znajomym konceptem, ale przynajmniej stadion wygląda na prawdziwy.
    Nie ma okazji odpowiedzieć na zadane pytanie, bo Gordon odpowiada sobie sam: zanim w ogóle Tom otwiera usta, z cudzych pada już cała wiązanka opisująca złodziejstwo, jakby z tym Goff spotykał się w dzień w dzień. Och, i musi się z nim zgodzić! Znowu! To jakaś kara boska za błędy z przeszłości.
    — Może sobie pomyślał, że przestanie od następnego tygodnia, bo ja wiem — stwierdza, choć wiara w dzieciaka spod piątki raczej nie była na wystarczająco wysokim poziomie, by założyć, że nastraszenie go czy rozsądne argumenty cokolwiek dadzą.
    Chwyta puszkę i otwiera ją z cichym pstryknięciem by zaraz przelać jej zawartość do kufla. Przy pierwszym łyku prawie wyrywa mu się z ust ciche achhhh, ale udaje mu się powstrzymać i jedynie cmoka z aprobatą, wpatrzony w ekran telewizora.
    — Zamontuje się te kamery to się skończą kradzieże, zostawianie śmieci na korytarzu i podrzucanie swoich reklam do cudzych skrzynek. Spokój będzie w końcu — mówi chwilę później, jednocześnie marszcząc brwi, bo próba zrozumienia, jaki cel obie drużyny obrały sobie w tym meczu spełza na niczym. Niemożliwe, że im za to płacą. Niemożliwe, że on dla tych kilku groszy ominąć musiał mecz, a im płacą za taką fuszerę.
    — Daję słowo, chuje na dwóch nogach, drewniaki niemyte, a nie reprezentacja — burczy pod nosem, nie określając dokładnie, o której drużynie mówi. Gotów jest sobie rękę uciąć, że opis pasuje do obu.
    Uderza w niego znajomy poziom zażenowania: to samo uczucie, które pojawia się, gdy oglądasz jak ktoś robi z siebie idiotę i trochę chciałbyś z nim sympatyzować, ale nie możesz, bo pewnych rzeczy się nie wybacza. Czujesz więc rosnący poziom przypału. Ten rozgaszcza się w kościach i gdyby nie to, że odwracając wzrok mógłby coś przegapić, Tom z pewnością wolałby patrzeć w okno. Może jakieś szalone dzieciaki akurat rozgrywają mecz bardziej godny ich uwagi.
    — Mam nadzieję, że chciałeś obejrzeć ten mecz ponownie, bo przed nami jeszcze wiele emocji, a nie że cię skusiło moje towarzystwo — rzuca z nadzieją. A nuż Gordon wie, że przed nimi spektakl doskonały i nie mógł sobie odpuścić powtórki z rozrywki. To jedyne rozsądne wytłumaczenie. I jedyne światełko w tunelu dla tej hołoty oraz tomowego zdrowego rozsądku.

    OdpowiedzUsuń
  13. Zasępił się, usłyszawszy o wciąż nierozwiązanej sprawie złodziejstwa, i odruchowo zacisnął dłoń na pustym kuflu. Jak to?! Przecież odbył edukacyjną pogadankę z dzieciakiem, ba, nawet zdradził mu, skąd może brać za darmo jedzenie – a to niczego nie zmieniło? Trudno, trzeba będzie przejść się do niego jeszcze raz i być może w końcu odciąć ten jeden palec, serdeczny na przykład, i podać w paluszku rybnym.
    Kolejne słowa sprawiły, że ręka Gordiego zamieniła się niemalże w imadło. Spojrzał na sąsiada, jakby ten nagle oświadczył, że dla wygody lepiej skasować wszystkie toalety i srać na środku salonu. Nieprzyzwoite! Nawet jeśli dotyczyło tylko jego mieszkania, to takie rzeczy nie powinny dziać się u normalnych Anglików, nawet w zaciszu domowym. Zbyt bardzo śmierdziało to Wersalem.
    – Pojebie mnie zaraz – wydusił z siebie. – Ten znowu o monitoringu!
    Potrząsnął kuflem i wskazał nim na Toma. Dobrze, że w naczyniu nie znalazła się ani kropla piwa, bo niechybnie już by wylądowała na podłodze, co byłoby bardzo niegrzeczne – takie marnotrawstwo!
    – Kaprawe oczka kapusia, rozstawione w każdym kącie, gotowe mrugać na każdego uczciwego człowieka. Tego chcesz? Żeby ci ściany donosiły? A gdzie ludzka lojalność, Mayers? Gdzie, kurwa, dbanie o porządne sąsiedzkie kontakty? Ja pierdolę, ta technologia psuje relacje. Dawniej człowiek sam wiedział, kto świnia, a kto tylko głupi.
    Kiedyś na Cable Street mieszkała pani Rourke, wdowa po Cyklopie Rourke. Codziennie siadywała przy parapecie z filiżanką herbaty, choć niektórzy podejrzewali, że trzyma tam brandy – i widziała wszystko. Kto wraca pijany, kto nie wraca w ogóle, kto całuje się pod jaworem i kto myśli, że jak nazwie to spacerem, to nie będzie widać, że maca cudzą żonę.
    Nie potrzebowała żadnych kamer! Raz złapała chłopaka, który próbował zwinąć butle z mlekiem. Wystarczyło krótkie E!, by się speszył i pospiesznie je odłożył, jak skarcone kocię, mało brakowało, a położyłby się na plecach i na znak uległości pokazał brzuszek.
    Taka była z niej cholera. Wszyscy ją znali, wszyscy nienawidzili i wszyscy szanowali. A teraz co? Jakaś parszywa technologia miałaby sprawić, że wszystkie pani Rourke świata tego zostałyby ograbione z ostatniej przyjemności życiowej? Niedoczekanie!
    Poza tym to rozleniwiało! Na przykład arbitrów z murawy. Niemyte kutasy z Czech i RPA podawały sobie piłkę bez większego zaangażowania i pomyślunku, a gdy akcja w końcu odrobinę przyspieszyła, zawodnik z Południowej Afryki sfaulował dziewiątkę z drużyny przeciwnej. Czech pokładał się na trawie, kiedy podbiegła do niego pani sędzia, cały czas rozmawiając z kimś przez słuchawkę.
    No i co, kurwa, może do takiej zwykłej sytuacji jeszcze VAR wezwiesz?
    – No i masz, Mayers! Jak z monitoringiem – warknął, wskazując tym razem kuflem na ekran. – Babsko stało dwa metry obok, gwizdek ma w mordzie, kartki w kieszeni, a i tak musi pytać jakiegoś smroda, czy widziała to, co widziała. VAR wszystko pierdoli. – Pokręcił głową i odstawił w końcu kufel. – Nic ci nie powiem, miałem nie zdradzać przebiegu meczu, Alzhaimer czy co? Kurwa, czy ty masz łeb tylko po to, aby deszcz ci do szyi nie wleciał?

    OdpowiedzUsuń
  14. Wzrok z ekranu ponownie przenosi się na Goffa - a w tym z pewnością emocji więcej niż na murawie. Tom mógłby przysiąc, że chłop się zrobił ze złości czerwony. A nawet jeśli nie, jak ktoś macha rękoma jak w kreskówce, powinien - dla zasady - być czerwony.
    Ta gadanina o monitoringu to właściwie temat otwarty i Mayers byłby skłonny wysłuchać i tych, co są przeciwko. Ba, pokusiłby się o rozważenie innych opcji, gdyby takowe padły, jeśli końcowo miałoby to sprawić, że zamówiony catering lądowałby pod jego drzwiami - a skoro nawet groźby Gordona na złodziejstwo nie wystarczają, sprawa musi być poważna. W każdym razie, gotów byłby odpuścić sobie kamery.
    Tyle, że Goff zaczyna zachowywać się, jakby mu miała pęknąć żyła i jest to widok wystarczająco zabawny, by temat pociągnąć. Skoro na ekranie nie działo się zbyt wiele, rozrywki szukać trzeba było w towarzystwie. I choć tym pogardziłby w większości sytuacji, tym konkretnym, kusi się. To trochę jak drapanie ugryzień po komarach: wiesz, że lepiej nie, ale przez te kilka sekund jest tak przyjemnie. I jak z lodami przy nietolerancji laktozy. Czasem trzeba.
    — Cuchnie mi to twoje gadanie jakąś śmieszną teorią spiskową — stwierdza, chowając uśmiech za kuflem (tak, do tego też się nadaje!). — Może już nas śledzą, co? Jak ci wstrzykiwali Pfizera to pewnie razem z chipem śledzącym, Goff. Takiego chłopa to warto mieć na oku.
    No zwyczajnie ciężko się oprzeć. Nawet jeśli w tym, co sąsiad mówi jest trochę prawy - chryste, sam wie o tym najlepiej, niejednokrotnie to nagrania z kamer ccv pomogły w rozpoznawaniu kryminalistów. Może w nowym wydziale te na nic się nie zdają, ale przecież czasami warto wiedzieć kogo na nich nie widać, ot co!
    — Może zamiast browara lepiej żebym ci melatoninę zrobił — sugeruje, gdy Gordon, zwyczajowo już, powraca do kutasów, dupy i srania. To ostatnie w asortymencie obelg jest nowe, aż dziw. — Lepsze dwie pary oczu niż żadne, a czasem jak się trafi sędzia kalosz, co piłki od dupy nie potrafi odróżnić to byś jeszcze prosił, żeby się jakaś kamera znalazła.
    VAR latał mu koło tyłka, ale przecież nie mógł nie mieć zdania. A skoro jakieś mieć musiał to stanie w ofensywie do tego prezentowanego przez Goffa wydawało się świetnym rozwiązaniem. Tym bardziej, gdy ten wkładał w złość i nienawiść tyle energii: aż żal byłoby je zmarnować.

    OdpowiedzUsuń
  15. Gordie nie był szczególnym przeciwnikiem szczepień, więc powinien wzruszyć ramionami na marną zaczepkę Toma. Bo przed czym miałby protestować? Więc tylko z czystej przekory i chęci podtrzymania rozmowy powiedział:
    – Szczepić to się mogą kundle zadami.
    Bo wiesz, bratku, co się wydarzyło na Cable Street? Pies się zakleszczył w suki rzyć. Całe sąsiedztwo widziało, choć przecież nikt nie zamontował monitoringu. Gordie też, niestety, tego uświadczył. Na własne oczy.
    Na własne oczy też widział, jak szczepienia – te dobre, nie psie! – ratowały niejeden tyłek. Rzycie i życie. Weźmy na przykład Pretty Sama. Gdy był już w słusznym wieku, sądzono, że wszyscy wołają na niego tak dla kontrastu i z lekkiej złośliwości, tak jak łysego można nazwać kudłatym. Tyle że to nieprawda. Był naprawdę piękny. Kiedyś.
    Młodziutki Sam miał blond loczki i długie rzęsy, i w ogóle śliczny był jak dziewucha, aż matki same wciskały mu jabłuszka w rączki, chociaż dla innych to miały tylko opierdol. A potem ospa nadeszła i przeszła się po Samie bezlitośnie, zostawiając go ledwie żywego i z gębą pooraną dziobami. Jakby kto wziął gwóźdź i młotek – i przykładał go do twarzy, stuk-puk, teraz kolejna blizna do zrobienia.
    Ospa. Dyfteryt. Gruźlica. Polio. Szczepionki nie w jednym pomogły, więc Gordie nie miał nawet ochoty węszyć w sprawie Pfizera. Oczywiście sam go w siebie nie pozwolił wtłoczyć, ale nie z przyczyn ideologicznych. Raczej, że tak by powiedział, wampirycznych. Ale tego Mayersowi przecież nie zdradzi.
    – Wolałbym, żeby już nikt mnie nie miał na oku – powiedział zamiast tego. – Jak komu w nie wpadnę, znaczy, że oko już wypadło. Za stary jestem na takie bajery.
    Przez chwilę wyglądał, jakby poczuł niesmak po wypowiedzianym zdaniu. Zabrzmiało niemal żartobliwie i autoironicznie, a przecież nie przyszedł tutaj, żeby żarty sobie stroić z sąsiadem. Z niego to chętnie, ale to co innego.
    Wrócił wzrokiem do telewizora. Należało czym prędzej skierować gadkę z powrotem na bezpieczniejsze tory.
    – Za coś mu, kurwa, płacą. Albo jej – burknął, patrząc spode łba na mecz. – Za patrzenie i ocenianie, więc niech patrzy i ocenia, a nie z każdym pierdem lata do maszyny. ABSURD. I co jeszcze, ja pierdolę, może komuś gola anulują, bo czujnik wykaże, że piłka otarła się włosy piłkarza stojącego na spalonym? – Zacmokał z niechęcią i pokręcił głową. – Naprawdę jesteś takim kochasiem kapusiów, Mayers?

    OdpowiedzUsuń
  16. Jako że i Tom nic przeciwko szczepieniom nie miał, cała rozmowa mogłaby zwyczajnie nie istnieć. Skoro to jednak dobre chłopy są i nie pozwalają konwersacji umrzeć, nie można było ot tak, odpuścić sobie niczego. Prawie więc opowiedział swoją historyjkę o zakleszczonych psach. Końcowo odpuścił tylko dlatego, że Gordon Goff, zdaje się, właśnie zażartował.
    Mayers uniósł pytająco jedną brew i wzrokiem dokładnie zbadał cudzą mimikę - gdyby trzymał w dłoni termometr, wcisnąłby go typowi pod pachę. No jak nic zażartował.
    Czy to był dobry żart to już Tomowi większej różnicy nie robiło: ważne że gdzieś między meczem a piwem, i złodziejstwem jedzenia, jego marudny, wiecznie niezadowolony sąsiad, pokusił się o humor! Nie jakieś tam wyzywanki i przytyki, no proszę!
    Gwiżdże, bo to zasługuje na gwizdanie. Zaklaskałby również, ale jedna z dłoni zajęta jest trzymaniem kufla. Drugą zaś dałby sobie uciąć, że zaraz odbije mu się ta reakcja czkawką i Goff przywrócić go będzie chciał do porządku.
    — Jeszcze pomyślę, że jesteś prawdziwym chłopcem — rzuca rozbawiony pod nosem, bo Gordon rzeczywiście, trochę przypominał mu do tej pory Pinokia (i nie dlatego, że drewniany, tylko że jakiś taki mało ludzki i pozbawiony wyobraźni). W końcu, jak można mieć pretensje do sąsiada, że chce zwiększyć bezpieczeństwo w budynku, za argument podając oczy kapusia?
    Uśmiech nie znika z twarzy Toma, bo czym się Goff bardziej irytuje, tym robi się zabawniejszy. Istniała niewielka szansa, że wypijany właśnie alkohol również ma na to wpływ, ale czy te kilka procent w piwie rzeczywiście miałoby moc wznoszenia humoru Gordona na taki, który zdołałby zauważyć z pozycji siedzącej? Bez lornetki?
    — No jak nie wie, gdzie stać, żeby nie być na spalonym… to może i się należy anulowanie — mruczy, wzruszając ramionami. Póki nie działy się takie sytuacje Anglikom: droga wolna. Wszystkie VARy świata mogłyby obserwować mecze, rozdawać fałszywe żółte kartki i donosić, aż by im trzeba było baterie wymienić. Póki brytyjski honor nie zostaje naruszony, dla Toma nieistotne jest kto podejmuje decyzję. Gdyby zaś, przyczepić się miano do ich drużyny, wtedy rozmawialiby inaczej.
    — Jestem kochasiem mojego żarcia, Goff. Jak płacę za catering to chcę ten catering dostać. I żeby mój sąsiad, vigilate, batman z Londynu mógł wrócić do kłócenia się z ludźmi w windzie, zamiast szukania sprawiedliwości na złodziejskich dzieciakach — mówi, zaraz zasysając mocno powietrze, gdy na ekranie Mokoena fauluje czeskiego pomocnika i jakoś tak, całkowitym przypadkiem, ma wrażenie, że ból automatycznie promieniuje i do jego stopy i łydki. — Jakby tak w ciebie kto wjechał to też byś wolał, żeby były dowody, a nie żeby ci jakiś kiepski sędzina powiedział, że to ktoś inny, albo że najlepiej, sam się wyjebałeś.

    OdpowiedzUsuń
  17. Gordie Pinokiem! Dobre sobie! Sęk w tym, że wcale nie. W ogóle nie pasowało do sytuacji. Po pierwsze, drewnianych chłopców to właśnie oglądali na ekranie, bo ani Czesi, ani Południoafrykańczycy nie wydawali się dobrze czuć z piłką przy nodze i budowanie ataku pozycyjnego obu reprezentacjom przychodziło z trudem.
    Po drugie, Gordie miał w sobie tyyyyle życia, że nawet będąc martwym, wciąż zachowywał wigor i naturalną zdolność do zatruwania atmosfery w promieniu kilku metrów, co, jak sądził, świadczyło o nim lepiej niż zdrowe serce. Chciałbyś, żeby biło? Ooo, biedaku, tak mi przykro, to jest nie do zrobienia, ale w ramach rekompensaty obić to ci można mordę.
    Po trzecie, nigdy nie nauczył się dobrze robić w drewnie, ale potrafił chociażby go narąbać, wystrugać kołki i wcisnąć je w niewyparzoną gębę sąsiada. A niechby cię drzazgi w gardle umęczyły, Mayers.
    Po czwarte zaś, Tom zasłużył, aby usłyszeć:
    – Przestań strugać debila – powiedział Gordon. – Bo ci wyjdzie autoportret. Chcesz jeszcze pogadać o jakichś bajeczkach? To kiedy przyjdzie ta Wróżka Zębuszka, żeby ci zęby wszystkie wybić?
    Chciał dodać coś jeszcze, ale sam siebie wytrącił z potoku słów. W meczu RPA rozegrało jedną dobrą akcję i wdarło się w pole karne Czechów. Piłka pod nogami, wystarczy kopnąć i… I nawet do strzału nie doszło, bo Pepik z obrony wybił futbolówkę i trzeba konstruować wszystko od początku.
    Gordon rzecz jasna już to widział i wiedział, że nic z tego nie będzie, ale i tak podekscytował się przy bramkowej okazji, a potem zaklął siarczyście.
    – Im gola nie anulują – powiedział ze złością. – Bo nie ma, kurwa, czego! I tak żem czuł, że będziesz tego bronił. Powiedz mi, Mayers, czemu aż tak ci zależy na upadku piłki nożnej?
    Kiedyś to było! Twarda, męska gra, w której liczyło się to, która drużyna strzeli więcej goli. Sporo się pozmieniało od czasów, gdy Gordie zapoznawał się z piłką nożną. Rozwinęła się myśl techniczna rozumiana zarówno jako ustalanie taktyki, jak i technologię na boisku. Nie przyznawał się do tego głośno, ale częściowo to doceniał. W innej części – nienawidził. We łbie mu się kręciło od współczynników xG, biegania po murawie W STANIKACH JAK BABA, które monitorowały różne parametry (staniki, nie baby), czy tam jeszcze… kolejne sraty pierdaty.
    Tak jak na tych Mistrzostwach, gdzie robili przerwy na picie wody. PICIE, KURWA, WODY. Czy ty jesteś niemowlę, że nie wytrzymasz czterdziestu pięciu minut przed przyssaniem się do czegoś? Jak jesteś tak spragniony, jebany kopaczu, to weź se śliny nazbieraj w mordzie i ją przełknij. Może ulży.
    Oni bez picia nie dają rady, a sąsiad – znowu w żałobie za cateringiem.
    – A tyś jest Billy Banter, popłacz sobie jeszcze, że nie masz dziś obiadku – warknął Gordon.
    Pamiętał tego tłustego małego jęczydupę z gazetek, które w jego dzieciństwie przechodziły z rąk do rąk coraz to brudniejsze, aż zostawały tylko strzępy pojedynczych kartek. Banter wiecznie głodny i pokrzywdzony, ryj otwierał równie często, żeby utyskiwać, co po to, żeby zeżreć jakieś ciasto. Tępy, zakochany w sobie obżartuch! Gordon planował pociągnąć porównanie, ale wydarzenia na boisku stanęły na przeszkodzie.
    – Skąd pomysł, że dałbym się sfaulować jak ostatni frajer? – zapytał Toma. – Słuchaj, a ty w ogóle kiedyś grałeś? Coś mi się nie wydaje!

    OdpowiedzUsuń
  18. — Chyba cię rodzice skrzywdzili, słońce — mówi, a rozbawienie nie opuszcza go nawet na moment. W końcu, musi mieć trochę racji. Kto, o zdrowym umyśle, uważa że wróżka zębuszka przychodzi wybijać zęby? No kto? A no nikt. I Gordon ewidentnie powinien zgłosić się do rodziców z reklamacją, bo ich wersja tej historii musiała na Goffie odcisnąć piętno. Widać to gołym okiem.
    Tom naprawdę chce się skupić na meczu. Problemy są dwa. Pierwszy jest taki, że na ekranie naprawdę niewiele się dzieje. Jak człowiek wraca zmęczony z roboty, odpala nagranie (NAGRANIE - znaczy się, specjalnie się czekało, żeby to konkretne widowisko zobaczyć), a potem ogląda jak banda matołów szuka talentu gdzieś z dala od bramki to naprawdę wszystkiego się odechciewa. Drugi, że Gordon Goff, czym bardziej się irytuje, tym go śmieszy bardziej, a tym samym, odciąga uwagę od ekranu. Niby dorosły facet, a lont krótki jak u dziecka, co mu zabrano ulubione cukierki.
    — Nie wiem, Goff — odpowiada, z trudem zachowując powagę w tej jakże wyniosłej chwili. Jakoś się przecież wytłumaczyć wypada z upadki piłki nożnej: tym szczególniej, że wina z pewnością jest jego. Ludzie latami pracują nad osiągnięciem mniej ambitnych zadań, Tom zaś, bez żadnego wysiłku, ubiegać się może o miano szui doskonałej. — Wstałem dzisiaj i pomyślałem, co by tu, kurwa, namącić. I tak myślałem, myślałem, no i masz, upadek piłki nożnej. Myślę sobie, tak, na tym mi zależy. Tym się zajmę. Tu się puknij — mówi, pozwalając sobie na o wiele zbyt dużo teatralności, przy ostatnich słowach uciekając się nawet do gestów, bo przecież nie można powiedzieć tu się puknij i nie pokazać, gdzie. No więc pokazuje. Środek czoła.
    — Zamontuję kamery i płacz się skończy, się nie martw — dodaje, już tylko po to, żeby go zdenerwować bardziej, bo naprawdę gotów byłby sobie temat kamer odpuścić, gdyby Gordon nie zrobił dookoła oczu kapusia takiej draki. No i może, gdyby właśnie nie porównał go do grubego nieogara. Są przecież jakieś granice.
    Nawet nieźle mu idzie zachowanie przy tym naturalnej mimiki twarzy. Tu spojrzy w ekran, tam napije się piwa, tu pośle krzywy uśmiech, tam zmierzy dziada wzrokiem. I jakoś się kula. Tyle, że Goff znów się odzywa i tym razem Tom nie wytrzymuje, i parska śmiechem. W końcu, w wiele rzeczy gotów jest uwierzyć, ale nie że z porządnej gry w piłkę Gordon Goff wyszedłby bez szwanku. Toż to wygląda na takiego, co by się go chciało sfaulować i bez powodu. A czy by się dał… kogo to obchodzi! Nikt się nie zgłasza na ochotnika. Jakby natomiast był casting, kto ten faul mógłby zaserwować, Tom z pewnością stanąłby w kolejce.
    — Bo masz taką mordę, że nic tylko faulować — odpowiada ambitnie, choć zgodnie z prawdą. — Anglikiem jestem. Durne te pytania zadajesz, aż człowiek nie wie czy ci odpowiadać, czy lepiej cicho siedzieć. Czy w piłkę grałem… Tu się puknij — dodaje, raz jeszcze pokazując środek czoła. Żeby dwa raz sobie zasłużyć to już trzeba wykazać się niemałym talentem.

    OdpowiedzUsuń
  19. Nikt go nie skrzywdził! Papa Goff, niech mu ziemia lekką będzie, był porządnym człowiekiem i potrafił sprawić porządne lanie, ale muchy by nie skrzywdził. Mama Goff, niech jej ziemia lekką będzie, może by skrzywdziła, ale tylko dla dobra domostwa – zero tolerancji dla jakichś robali. Gordie jednak nie stanął w obronie rodziców. Był na to stanowczo za stary.
    Nie miał pojęcia, skąd Tomowi przyszedł do głowy taki temat, ale skoro trzeba – pociągnął go z werwą.
    – Ciebie za to musieli bardzo kochać – odpowiedział. Miłością nienawiść zwalczaj! – Mam na myśli to, że cię nie wypierdolili, mimo wszystko.
    Nabrał nagłego szacunku do pani Mayersowej. Co prawda jej syn był wyjątkowo niewychowany, więc najwyraźniej zbijała bąki w jego dzieciństwie, ale z drugiej strony – na pewno nie było jej lekko. Gordie pamiętał, ile Alan potrafił zjeść. Czasem mawiał, że chłopak nie może być jego dzieckiem, tylko jakiejś lokalnej krowy, bo ma co najmniej cztery żołądki. Ale Jezu! Jeśli Alan był krową, Tom musiał być co najmniej niedźwiedziem. Jako nastolatek na pewno rujnował budżet domowy swoim apetytem i przejadał pół pensji na śniadanie. Darmozjad. Z naciskiem na zjad. Zacudzezjad właściwie.
    Łakomstwo było tylko jedną wadą. Dużo potężniejsza czyhała tuż obok. Świata nie rujnowali potworni ludzie, ci z sercami przeżartymi złem, nie tak naprawdę. Rzeczywista tragedia leżała gdzieś indziej. W tych dobrych – no, powiedzmy, że akceptowalnych – osobach, które grzeszyły biernością. Niby takie przyzwoite, ale jak przychodziły co do czego, wolały sobie oczy zasłonić i nic nie robić.
    Wypisz wymaluj Tom Mayers, który godził się na zmiany w piłce nożnej! I jeszcze sobie ironizował wesolutko, pajac jeden.
    – Śmiej się, śmiej – warknął Gordon, spoglądając na sąsiada. – Jak tak dalej pójdzie, to na minutę meczu będzie przypadało trzysta lat przerw i reklam, i zobaczymy, co wtedy zrobisz. Obudzisz się z ręką po łokieć zanurzoną w nocniku Pritchard z ósmego, a ja ci, kurwa, nie będę pomagał jej wyciągać.
    Gordon pokręcił głową z oburzeniem i zignorował podpowiedź Mayersa. Nie będzie nikogo nigdzie pukał, nawet siebie. Jedyne pukanie, jakie uznawał, odbywało się z użyciem pukawki, najlepiej z bezpiecznej odległości i w czyimś kierunku. Na przykład nieudolnych piłkarzy, którzy na murawie co chwila potykali się o nogi przeciwników. Albo postanawiali rozgrywać we własnym polu bramkowym!
    Zawodnik RPA podał do bramkarza, a Czesi postanowili przypressować mocniej. W efekcie obrońca z Południowej Afryki spanikował i salwował się dziwnym przerzutem. Piłka skozłowała przed zawodnikiem z drużyny przeciwnej, który jednak nie zdołał jej przejąć, i niespiesznie wyturlała się za linię.
    Niebezpieczne miejsce na aut. Czesi planowali wrzucać bezpośrednio w pole karne. Piłka poszybowała wcale nie najgorzej, ale RPA udanie główkowało. Chwilę jednak później Mbatha faulował, więc odebrał za to żółtą kartkę, a Europejczycy – rzut wolny. Gordon pochylił się do przodu, żeby lepiej widzieć telewizor, i przyłożył palec do ust, nakazując Tomowi milczenie. Jakby nie wiedział, że z akcji nic nie będzie. Hložek uderzył bezpośrednio i był to strzał prawdopodobnie udany, jeśli celował w Uran.
    – Aj, kurwa – odprowadził piłkę słowem Gordon.
    Wznowienie od bramki. Czterdziesta druga minuta, wciąż 1:0 dla Czechów i plan na grę oparty na podaniach do tyłu. Wspaniała myśl taktyczna! Macie swój postęp, psiamać. To już na kartofliskach, gdy kopali futbolówkę po robocie, bywało lepiej.
    – Taaa? – Trochę powątpiewał, że Tom naprawdę grał. – Moja żona też Angielka, a jakoś nie grała. Coś czuję, że możecie mieć coś wspólnego… Na jaką niby pozycję cię przyjęli? Prawego pachołka? Czy klasycznie, żebyś dupą ławkę rezerwowych ogrzewał?

    OdpowiedzUsuń
  20. — Mimo wszystko… — powtarza, a zaraz za słowami idzie prychnięcie, bo to aż niewyobrażalne, że Gordon Goff może takie głupoty gadać. Oczywiście, że go rodzice kochali. I też nie dlatego jedynie, że był ich dzieckiem, więc wypada.
    Państwo Mayers, kiedy jeszcze żyli, na lewo i prawo lubili mówić, jak dumni są ze swojego syna. I że dobry chłopak to. I że od małego! Oczywiście, zdarzało im się narzekać czasami, że bez sensu się do tego Londynu wyprowadził i że za rzadko odwiedza, ale poza tym, wydawali się szczerze zadowoleni ze swojej latorośli. A nawet jeśli nie, nigdy Tomowi nie dali odczuć rozczarowania.
    Ani mu się więc śniło przystawać na te oszczerstwa. Bo niby je Gordon zamknął w ładnym opakowaniu i nazwał kochaniem, ale Mayers wiedział jak cuchnie łajno, bez względu na to w czym się je poda! Cmoka więc z jawną dezaprobatą, przelewając resztę piwa do kufla i kręci z niedowierzaniem głową, że w ogóle dziadowi takie rzeczy do głowy przyszły.
    — Moi rodzice to nawet ciebie by pod swój dach przyjęli — mówi jeszcze, co by Goff zrozumiał zasięg dobroci o jakim rozmawiają.
    Wzrok ponownie przesuwa się po ekranie, licząc że może tam zadzieje się coś ciekawszego niż w salonie. Niestety, rozmowy z Gordonem Goffem chwilowo wychodziły na prowadzenie, co prawdopodobnie więcej mówiło o meczu niż ich konwersacyjnych umiejętnościach. Tom może się więc jedynie skrzywić, prychnąć ponownie i pożałować wielu podjętych decyzji: w tym zaproszenia do domu tej mendy.
    — Jeszcze tego brakuje, żebyś czegokolwiek w moim nocniku szukał! — rzuca z udawaną powagą, bo już ciężko mu utrzymać wcześniejszą złość, gdy sąsiad powraca do swoich teorii spiskowych. Tom boi się natomiast powiedzieć, jak durne wydają się jego przypuszczenia i że gdyby tyle reklam faktycznie puszczali, to by nie oglądał. A jakby oglądał to nagrane i by sobie przewinął. Po co jednak w dyskusje wchodzić, jak cię taki sąsiad zaraz przeklnie i zruga?
    W porządku. Tom to cierpliwy chłop. Dobry nawet. Spokojny w większości sytuacji. W dyskusje wchodzi karteczkowe. W pracy się zbytnio nie unosi. Możnaby powiedzieć: złoty chłop. No, ale żeby mu zarzucać, że bajki opowiada w kwestii piłki nożnej? I porównać do żony Goffa? Są granice, które nigdy nie powinny zostać przekroczone.
    — Może grała, ale jej się słuchać twojego pieprzenia się nie chciało i nic nie mówiła. Nie zdziwiłbym się. Prawego pachołka, też coś. Śmieszny jesteś, Goff. Śmieszny z ciebie facecik — mruczy pod nosem, palcem wskazującym wymierzając w sąsiada z daleka. Wzrok mierzy cudzą twarz uważnie, a w końcu osiada na trzymanej przez niego butelce. — Napij się, może ci ciśnienie wyrówna i przestaniesz głupoty gadać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Niczego nie będę szukał – burknął. – I tak gówno bym znalazł!
      Nawet gdyby Mayers jakimś cudem wysrał sens życia, Gordie nie zamierzał być tym, który go wyłowi. Są odkrycia, za które człowiekowi nikt nie płaci wystarczająco dużo. Pewne rzeczy lepiej niech zostaną w ukryciu. A skoro o tym mowa…
      – Nic nie mówiła! Co ty wiesz o związkach, Mayers, żona nie ma przed mężem tajemnic. I vis-à-vis. Czy jak to się mówi.
      Kłamał bez większych skrupułów – bo jeszcze na głowę nie upadł, żeby odczuwać wyrzuty sumienia podczas rozmowy z Mayersem. W rzeczywistości uważał, że sekretem udanego małżeństwa jest to, że małżonkowie nie zdradzają ani siebie wzajemnie, ani sobie wszystkiego. Wcale nie chciał wiedzieć, ile naprawdę kosztowały niektóre łaszki Mags, kupowane na rzekomych promocjach! Pewnie, że miała przed nim tajemnice, a on miał z kolei na tyle zaufania, by ich nie dociekać.
      Jakoś tak wyszło, że sam niewiele zatajał. Poza tym, rzecz jasna, że w 1966 roku wcale nie umarł, tylko został wampirem – ale to inna sprawa. Istniały powody, dla których się nie ujawnił. I było jeszcze więcej przyczyn, ze względu na które wolałby, aby Mayers też żył w niewiedzy.
      Dlatego gdy niepicie piwa stało się zbyt podejrzane, Gordie coś wymamrotał i sięgnął po otwieracz. Dźwięk odskakującego kapsla rozbrzmiał w tym samym momencie, w którym sędzia boczny uniósł tabliczkę obwieszczającą czas doliczony w pierwszej połowie. Plus cztery minuty.
      W pierwszym momencie Gordie chciał przelać piwo do kufla, ale powstrzymał się – a, trzeba pić prosto z gwinta! Przycisnął butelkę do ust i ją przechylił, napój natychmiast wlał się w szyjkę i szukał ujścia. Kiedy Gordon poczuł smak, ledwo powstrzymał chęć gwałtownego odrzucenia tego cholerstwa. Obrzydlistwo! Niczym jakiś zbuk! Dlaczego, ach, dlaczego wampiryzm musi być takim kurestwem, że odbiera ci nawet nektar życia, napój bogów!
      Oczywiście usta miał zaciśnięta, więc tylko na wargach poczuł piwo, nie w gardle. Udawał jednak, że przełknął parę łyków.
      – No – powiedział, odstawiając butelkę i ocierając usta. – A na jakiej pozycji grałeś, Mayers, hm?
      Sam Gordie na boisku specjalizował się mniej więcej w tym samym, co poza nim – w odbieraniu innym ochoty do dalszej gry. Czyli był defensywnym pomocnikiem! A więc środek pola, pomyślałby ktoś, i z jednej strony się nie omylił, a z drugiej – bardzo rozmienił z rzeczywistością.
      Gordon był wszędzie. Niezmordowanie przemieszczał się po całej murawie. Łatał każdą lukę. Nie był może zbyt szybki – ha!, prędkość była dla tych szaławiłów na skrzydłach oraz chartów – ale za to z żelazną kondycją. Nie ruszał jak błyskawica, jednak jak już ruszył, to szedł. I nie przestawał, choćby miał wypluć własne płuca po dziewięćdziesiątej minucie albo wygryźć murawę lepiej niż kosiarka by ją skosiła.
      Kosić zresztą też umiał. Niejeden zawodnik wylądował przez niego na ziemi, nagle pozbawiony piłki pod nogą. Ktoś musiał to zrobić, ktoś musiał odpowiadać za destrukcję i gonić tych, którym wydawało się, że talent zwalnia z ciężkiej roboty w defensywnie. Ktoś musiał być tym pomocnikiem od niewdzięcznej roboty. Od tego, żeby paniczyk z napadu mógł potem powiedzieć, że strzelił piękną bramkę, choć najpierw ktoś musiał mu wygrzebać futbolówkę spod cudzych butów.
      No i dobrze! Piłka nożna to gra zespołowa!

      Usuń
  21. Już ma powiedzieć, że właśnie gówna w nocniku by się spodziewał, ale szybko dociera do niego, że ciągnięcie rozmowy w tym konkretnym kierunku raczej nie zakończy się dobrze. I że Gordon z pewnością będzie miał do powiedzenia coś więcej, Podobna wizja jest wystarczającym powodem by trzymać gębę na kłódkę i tylko machnąć ręką na sąsiada (i jego głupie gadanie).
    Tom Gordona z żadną kobietą nigdy nie widział, więc mógłby powiedzieć, że i ten o związkach wie niewiele, ale zakłada jednak, że nie zmyślił sobie tej baby na rzecz anegdoty o piłce nożnej. Aż się ciśnie na usta, żeby zapytać czy ją wykończyło jego gadanie, ale problem z podobnym stwierdzeniem był taki, że Mayers szczerze wierzył iż mogło być prawdziwe - a skoro tak, absolutnie nie chciałby stanąć w sytuacji, w której - nie daj Boże - musiałby mu współczuć!
    Unosi więc tylko brwi do góry, bo jak Goff kwestionować mógł jego wiedzę o związkach, skoro przecież poznał jego męża? I cóż że byłego?! Jak to mówią, człowiek uczy się na błędach, więc wiedza Toma musiała w tym momencie być już ogromna.
    — Aż ciężko uwierzyć, że twoja żona wiedziała jakim jesteś zgredem i narażała się na mówienie tobie czegokolwiek — rzuca w przestrzeń, bo to bezpieczniejsza forma stwierdzenia, że wykończył żonę swoim męczeniem. — Chyba, że się jej nie chwaliłeś jaki z ciebie służbista-podpierdalacz, strażnik Teksasu? To by wiele wyjaśniało. Posiadanie żony, chociażby.
    Z dużą dozą prawdopodobieństwa, ciągnięcie i tego tematu skończyć może się źle. Ciężko się jednak oprzeć: czasami jak cię komar upierdoli to idzie przeboleć, wzruszysz ramionami i tyle. Czasami jednak to cholerstwo to jedyne o czym można myśleć. Jak się trafi w podeszwę stopy. Albo powiekę! I Goff był jak ten komar, co wybiera powiekę. Tom musiał więc drapać i krzywić się, szkodzić sobie tylko bardziej, bo nijak nie można było przejść obok tego obojętnie.
    — No przecież poznałeś Dorana, Goff. To co wydziwiasz, że się nie znam, jak obaj wiemy, że się znam. Jak na piłce nożnej! — mówi, ostatnie zdanie dużo głośniej niż jest to konieczne, ale sytuacja tego wymaga (więc jednak konieczne?).
    Drapie się po brodzie, obserwując z uwagą jak sąsiad bierze pierwszy łyk piwa i zaraz traci tym zainteresowanie całkowicie. Co jak co, ale patrzenie jak Gordon wlewa w siebie browara to żadna znowu przyjemność. Po prostu nie powinien gardzić, skoro został poczęstowany! A może i to nawet można byłoby przeżyć, gdyby nie to, że zdążył marudzić na jakość piwa, przed przekroczeniem progu mieszkania. A skoro tak - to niech się teraz zachwyca, że dostał dobre, a nie siki albo inną Stellę.
    — A jakie to ma znaczenie, na jakiej pozycji? — pyta, gotów się założyć, że znaczenie ma tylko takie, że niektóre pozycje w opinii Gordona są pozycjami godnymi dobrego gracza, a innymi pogardza. I że z chęcią pewnie pogardzi pozycją Toma. Tak dla zasady. Nie ma jednak na czym innym skupić uwagi, bo przerwa w meczy oznacza, że jedyną rozrywką zostaje Goff. I co teraz? Trzeba uczestniczyć i tyle. Z grzeczności do gościa. — Jak ci powiem, że pomocnik to mi odpowiesz, że wyglądam jakbym w życiu nikomu nie pomógł i tyle z tego będzie.

    OdpowiedzUsuń
  22. Każda dobra przyśpiewka miała miliardy zwrotek, choć tylko parę spisanych. Kluczem – niekoniecznie wiolinowym, bo nie można oczekiwać, że każdy w niego trafi – było wymyślenie prostego schematu, według którego z łatwością da się dorabiać kolejne i kolejne, i kolejne. Im ordynarniejsze, tym lepsze.
    Poza tym, rzecz jasna, refren, prosty a chwytliwy, żeby wwiercił się w nawet najbardziej zakuty łeb, w którym do tej pory tylko wiatr z echem hulał. Teraz niech hula też pieśń.
    Wbrew obiegowej opinii – jedna piosenka mogła mieć więcej niż jeden refren. I zwykle miała, bo ludzie po kilku kolejkach nie byli już szczególnie przywiązani ani do porządku, ani do wersji ustalonej przez autora, o ile autor w ogóle coś ustalał, a nie był po prostu pierwszym pijanym, który wydarł mordę.
    Przyśpiewka Gordona Goffa składała się z nieskończenie wielu zwrotek, powstających z potrzeby chwili i potrzeby dojebywania ludziom, oraz co najmniej dwudziestu refrenów. Wszystko się rozgałęziało i kręciło… Kręciło przede wszystkim wokół tych samych tematów. Piłka, piłka, piwo, Anglia, wampiry skurwysyny, jebane burżuje, piłka, rutyna, parę jeszcze kurw, chujów i spróchniałych dup.
    Najwyraźniej jednym z refrenów spotkania z Tomem Mayersem była też kwestia donosicielstwa. Jak on śmiał!
    – Podpierdalacz? – zaperzył się Gordie. – Ty mnie podpierdalaczem nazywasz? Popierdoliło! Mayers, kurwa, ty chciałeś kamerę na klatce montować, bo ktoś ci kuraka z pudełka odleciał. Najwyraźniej jedyne jaja w tej historii miał ten ptak, zanim go usmażyli. Ja pierdolę.
    Podpierdalacz, dajcie spokój, chyba mu się przedrostek pomerdał – Gordon był dopierdalaczem, gdy chciał kogoś obrazić, i upierdalaczem, gdy zachciało mu się krwi, ale żadnym -pod!
    Najgorsze, że pomysłu z monitoringiem nie dało mu się wybić z durnego łba, choć Gordie bardzo tego chciał. Mógłby spróbować łomem, jeśli byłoby trzeba. Może ten drugi kochaś, Doran – skoro już o nim mowa – potrafiłby przemówić do rozsądku. Gordon rzeczywiście go poznał, acz już dawno nie widział, jak sobie nagle uświadomił. Nie dostrzegał tego na co dzień, bo Doran nie był mu specjalnie bliski, gdyż nie angażował się w ważne dla wspólnoty mieszkaniowej tematy. Przynajmniej z perspektywy Gordona.
    – Dobrze powiedziałeś – pochwalił sąsiada. – Znasz się jak na piłce, czyli jak kurwa na celibacie, czyli w ogóle. Jeden Doran z ciebie znawcy nie czyni. Wbij jeszcze dupą gwoździa i powiedz, żeś młotek. No, akurat się zgadzi.
    Z tych nerwów o mało by się piwa nie napił, ale po poczuciu goryczy na ustach, tylko udał, że sączy boski nektar z puszki. Na całe szczęście, bo prawie a byłby się zadławił, gdy usłyszał kolejną herezję. Oburzał się, a w telewizorze krótkie reklamy po końcu pierwszej połowy się skończyły i nagrana transmisja przeniosła się do studia.
    – Jak to: jakie ma znaczenie pozycja?! Ty naprawdę się na piłce nie znasz. – Gordon nie mógł tego przeżyć. Jak można było takie słowa wypowiedzieć?! – No, gdzie grałeś?

    OdpowiedzUsuń
  23. [akapit]Dobrze, że trzyma kufel. Za kuflem łatwiej ukryć uśmiech. A nawet śmiech! Człowiek się napije piwa, ewentualnie zakrztusi albo zwyczajnie schowa twarz i nikt nic nie zobaczy. Teraz na przykład, Gordon Goff zapraszał do skorzystania z tej opcji swoim oburzeniem. Oczywiście, Tom mógłby śmiać się z niego prosto w twarz, ale kultura osobista kazała rozpocząć ten rytuał porządnie. Potem, naturalnie, przejść będzie mógł dalej.
    [akapit]— Ty żeś właśnie podpierdolił dzieciaka, co jedzenie kradnie — zauważa, bo choć ma wrażenie, że to oczywisty argument za byciem częścią nacji podpierdalaczy, sąsiad zdaje się nie zauważać swojego udziału. — I na każdym spotkaniu wspólnoty kogoś przecież podpierdolisz, Goff. Mayers to buty zostawia na korytarzu — dodaje, imitując ton głosu Gordona. Całkiem jest nawet z siebie dumny, bo poziom zrzędliwości udaje mu się zachować jeden do jednego.
    [akapit]— Durny z ciebie dziad, zwyczajnie — podsumowuje.
    [akapit]I to tego nie potrafi pić piwa. Tom spogląda na tę butelkę, a że ślepy nie jest, to nie ma najmniejszego problemu żeby zauważyć, że napoju to właściwie nie ubyło. Po co się chłop zgadzał? Zapasy chciał mu uszczuplić? Dziwna gra, nawet jak na Gordona. Nie wypada jednak, jak ta ostatnia łajza, zarzucać komuś, że robi źle, bo nie pije, więc Tom milczy i tylko mieli pytania na języku wraz z goryczką własnego kufla. A to, że na sąsiada spojrzy spode łba raz czy dwa to już inna sprawa.
    [akapit]— Sam jesteś młotek, toć ci właśnie powiedziałem na jakiej grałem pozycji. Jakbyś się nauczył czytać między wierszami zamiast kłapać niepotrzebnie jęzorem to bym się nie musiał powtarzać. POMOCNIKIEM, GOFF.
    [akapit]No jeszcze tego brakowało, żeby każde proste zdanie rozkładać musiał na części pierwsze, żeby to taki chłop dorosły mógł zrozumieć.
    [akapit]— No dalej, dalej, powiedz mi, czemu to pozycja dla frajerów — mówi, machając na Gordona ręką, co by się pospieszył. Przerwa to jednak kilkanaście minut, a ten jak się rozgada to może nie zdążyć. A może i lepiej? Tom ma szczerą nadzieję, że tyrada na temat pozycji trwać będzie, co najwyżej minut siedem, ale nie wykluczał, że sąsiad wejdzie w drugą połowę i zniszczy tragiczny mecz, swoją tragiczną paplaniną.
    [akapit]Jako że decyduje się nie wtrącać w cudze picie piwa, skupia się na swoim. Dobre jest. Odpowiednio wyważone. Dobra baza słodowa. Ciężko złe słowo powiedzieć. Do meczu idealne. Oczywiście, na taki mecz jak ten to aż szkoda marnować wyśmienity napój i Tom nawet odrobinę żałuje, że na stół nie położył Stelli czy innego Carlinga, co by rozczarowanie kopało go w tyłek z każdej strony: widowiska, towarzystwa i smaku. Teraz, dysonans piwny sprawia, że niemal ciężko się odnaleźć w tej kuriozalnej sytuacji.

    OdpowiedzUsuń
  24. To było zupełnie, ale to zupełnie co innego! Jeszcze parę takich słów, a Gordon Goff gotów się zirytować. Czy naprawdę do tego zakutego łba nic nie dotarło – mimo że od dłuższego czasu męczą jedną sprawę?! Gordie złapał dzieciaka za kark, jak kocię, mógłby mu ten kark przetrącić, ale naturalnie tego nie zrobił. Obaj się widzieli, nikt nie ukrywał tożsamości. Wszystko na widoku. Pełna przejrzystość, pełna uczciwość.
    Gdzie tu donosicielstwo!? Nawet mu przez myśl nie przemknęło, żeby pójść z tym do rodziców smarkacza. Tomowi powiedział tylko po to, żeby odpierdolił się i zrezygnował z durnego monitoringu. Marne nadzieje, parszywe dzieje.
    Ten kretyn naprawdę mózg trzymał w butach, i to jeszcze taki niepomarszczony. Albo jednak to nie państwo Mayersowie go chowali, nie ta matka, z którą Gordie zdążył powspółodczuwać męki, ale chyba pchły, które wyszły z dupy kota jakiego. Albo! To grzyby! Wśród grzybów Mayers wzrastał, wśród tych durnych grzybów, które były nie wiadomo czym – ni chuj, ni cipa, ni zwierzę, ni roślina. To zrozumiałe, że w takich okolicznościach typ nie miał baczenia, jak zachowywać się w społeczeństwie. Dobrze, że chociaż kapelusza nie nosił, bo na pewno nie potrafiłby go uchylić.
    – Słuchaj! – zawołał, unosząc rękę. – Popatrz mi w…
    Urwał. Znał swojego sąsiada wystarczająco dobrze, żeby podejrzewać, co ten może zrobić. Z czystej złośliwości nawet zamknąć oczy, byleby tylko nie spojrzeć! Gordie chwycił za podłokietniki fotela i wstał ciężko, przy akompaniamencie przeciągniętego jęku. Kości mu nie trzeszczały i nic nie bolało, po prostu zrobił to dla lepszej wiarygodności – no i zawsze istniała szansa, że dźwięk wedrze się w uszy Mayersa i poczyni jakieś mikrouszkodzenia. Lepiej nie tracić okazji.
    Podszedł do Mayersa i nachylił się lekko – stał wystarczająco daleko, żeby nie dyszeć nad nim i nie prowokować machnięcia łapą, ale wystarczająco blisko, by agresywnie wpatrywać się w jego twarz.
    – Patrząc ci w oczy, mówię ci ja, Gordon Goff, syn tej ziemi, że jesteś zwiędłym kutasem i jeśli jeszcze raz będziesz smażył cebulę po nocach, to przyjdę z widelcem i wydłubię ci żołądek przez nos, a potem każę ci go zjeść – oświadczył wrogo. – A przede wszystkim… włączę okap.
    A potem się wyprostował, otrzepał ręce i pogwizdywał wesoło, wracając na fotel. Kiedy umościł się na nim wygodnie, kontynuował dziarsko.
    – Czujesz, kurwa, różnice? – Przekleństwo zabrzmiało jak śpiew. – Ja wam wszystko mówię wprost, z odwagą cywilną, dzielę się przemyśleniami, a nie podpierdalam jak szczur, anonimowo, za plecami! Wsadź se w jelito swoje donosicielstwo, Mayers.
    Przerwa właśnie dobiegała końca. Nareszcie! Gadające głowy zostały przecięte krótką reklamą, chyba jeszcze durniejszą niż poprzednia, a potem w końcu na ekranie zajaśniała zieleń murawy, na którą wybiegały patałachy w krótkich spodenkach i długich getrach.
    – Żadna pozycja nie jest frajerska, oszalałeś! Ale – Gordon uniósł palec – co to znaczy POMOCNIK? Jeszcze mi powiedz, że grałeś jako piłkarz z pola, dziękuję za precyzję. Jaki pomocnik, Mayers? Defensywny? Ofensywny? Prawy? Lewy? Środkowy? Środkowy prawy, środkowy lewy?

    OdpowiedzUsuń
  25. [akapit]Z wieloma kretynami człowiek się mierzył każdego dnia. Niektórych mijało się w drodze do roboty – zawsze się jakiś trafił, co to lubił zajechać drogę, przejechać na czerwonym albo używać klaksonu jak przycisku przywołującego windę (z podobnym impaktem zresztą). Innych, spotykało się już po przekroczeniu progu budynku: na przykład właśnie przy tej nieszczęsnej puszce, gdzie zawsze się taki jeden trafił, co klikał, klikał, klikał i myślał, że do niego to ustrojstwo przyjedzie szybciej. A czasem naprawdę nie trzeba było szukać daleko i, niestety, we własnych czterech ścianach się takiego gościło.
    [akapit]Gordon Goff to najprawdziwszy pindol. Czop wśród porządnych lokatorów. Tom wcale nie lepszy, bo ewidentnie upośledzony wystarczająco, by dziada wpuścić do mieszkania i jeszcze poczęstować piwem. To jeszcze jednak można wytłumaczyć gościnnością, dobrymi manierami, wychowaniem… istniało wiele powodów, dla których racjonalny, miły człowiek zaprosiłby sąsiada, nawet taką fujarę, na mecz. Natomiast nie istnieje ani jeden, by ich twarze musiały znajdować się tak blisko. Niby dzieli ich akceptowalna społecznie odległość, ale w mniemaniu Mayersa brakuje kilku dobrych metrów.
    [akapit]— Goff, ty farfoclu mizerny, przestań mnie podrywać — mówi, a złość z niego aż bucha. Fakt faktem, sztuczna i napompowana, ale pasować pasuje. Mógłby pewnie nakrzyczeć na tego złamasa i pogrozić robieniem dmuchanych zwierzątek z jego wnętrzności, ale Gordon wydaje się wystarczająco nakręcony i bez tego.
    [akapit]Nawet mu posyła uśmiech. Dla jaj.
    [akapit]Jest prawie pewien, że ta gnida nie ma wystarczająco poczucia humoru by się zaśmiać i prędzej znalazłby go w swojej kuchni w środku nocy, włączającego okap.
    [akapit]— Poza tym, raz. Raz jeden smażyłem tę cebulę w nocy, a ty marudzisz i marudzisz, jakbym otworzył ci pod oknem knajpę — dodaje, gdy Goff wraca już na miejsce. Tom jest prawie pewien, że ten musi iść do lekarza, bo żaden zdrowy człowiek nie powinien wydawać tylu dźwięków przy wykonywaniu najprostszych ruchów, ale oczywiście mu tego nie mówi: jeszcze by tego brakowało żeby mu pomóc miał!
    [akapit]— A kto tu kogoś podpierdala? Uroiłeś sobie jakieś spiski i donosicielstwo, i się teraz z tym bujasz jak pajac w pudle. Człowiek dla bezpieczeństwa chce kamerę zamontować, co by się wszyscy czuli spokojniej, a ty snujesz jakieś teorie, co to o kant dupy można rozbić — burka pod nosem, przewracając oczami. Na moment milknie, bo faktycznie, piłkarze wracają na murawę i czeka na gwizdek, ale gdy tylko łajzy zaczynają biegać, wzrok wraca do Goffa. — Uwierz mi, ty nawiedzony paranoiku, że gdybym cię miał donieść to nie potrzebowałbym żadnego pretekstu ani kamer.
    [akapit]No nijak mogło to Gordona uspokoić. Chyba, że jakimś cudem akurat się uda i do kapuścianego łba sąsiada w końcu dotrze, że żadne kamery nic nie zmienią, a ewentualnych problemów to przysporzyć mu może i bez pomocy monitoringu.
    [akapit]— Ofensywny. Lepiej ci?
    [akapit]Właściwie to Tom nie ma zielonego pojęcia, po co Gordonowi ta informacja. Skoro jednak męczy i męczy, pyta i pyta, to niech się udławi wiedzą, a co tam!

    OdpowiedzUsuń
  26. Podrywać, też coś. Chciałbyś, pomyślał Gordon Goff, ale nawet w głowie zabrzmiało to fałszywie, więc nie wypowiedział tego na głos. Mayers był zjebem, którego ziemia chyba tylko z litości jeszcze nosiła, zamiast rozstąpić się i pochłonąć, by zaoszczędzić dalszego wstydu – ale nawet on nie był tak zjebany, by zapragnąć czułych słówek od Goffa.
    – To był przykład – westchnął. Mój Boże, czy wszystko trzeba tłumaczyć? – Żeby ci unaocznić, żeś ślepa kiszka i niczego nie rozumiesz.
    Naprawdę niczego nie rozumiał. Incydent cebulowy miał parę warstw. Zapach niósł się rurami i wentylacją – albo czymś jeszcze innym – i dotarł do nozdrzy Gordona, gdy pastował sobie buty przed wyjściem. Zmieszały się wtedy sprzeczne odczucia. Ludzki sentyment, bo smażona cebulka to było coś, za czym wszyscy Gordonowie Goffowie tego świata nawet więcej niż przepadali… gdy mogli to jeść. Z drugiej strony, to było to coś, co odrzucało wszystkich zwampirzonych Gordonów Goffów.
    Tęsknota spotkała obrzydzenie i Gordie musiał pójść umyć zęby. Drugi raz w ostatnim kwadransie, co popsuło mu rutynę i opóźniło wyjście z domu. Po co ci okap, skoro nie umiesz się kapnąć, jak go włączyć.
    – W to ci akurat wierzę, Mayers. Udowodniłeś to nieraz. – Gordie zacmokał z dezaprobatą. – Słuchaj, mówię poważnie, dodatkowy monitoring to znak upadku więzi społecznych! Sąsiedzkiej wspólnoty! Czy to kiedyś dotrze do takiej miernoty jak ty? Błaaaagam.
    Pokręcił głową i się na krześle, aż znalazł najwygodniejszą pozycję.
    Pierwsza minuta drugiej połowy nie przyniosła niczego ciekawego. Głównie próby rozgrywania przez środek pola – pełne wycofywania piłki, a potem lag na najbardziej wysuniętego. To była taktyka na zbudowanie akcji. Taktyką na odbiór po stracie był z kolei szybki faul. Czeski zawodnik wąchał sobie trawę, więc sędzina dmuchnęła w gwizdek, a potem gwizdnęła też futbolówkę spod nóg RPA – i oddała ją przeciwnej drużynie.
    Teraz to będzie się działo!... Czyli podań do tyłu ciąg dalszy.
    – Dobrze wiedzieć, że potrafiłeś wykreować coś więcej niż niż chęć wpierdolenia ci pilotem. I niż ból jaj – powiedział z satysfakcją, gdy stary pierdziel w końcu zdradził pozycję.
    Chciał kontynuować, ale przerwał ze względu na wydarzenia z boiska.
    Uwsteczniona myśl taktyczna jednak przyniosła korzyści, bo oto w drugiej minucie Czesi wdarli się w pole karne przeciwnika i jeden z zawodników wziął już zamach, kopnął piłkę i może byłoby coś z tego wyszło, gdyby nie to, że dwóch Południowoafrykańczyków postanowiło poćwiczyć wślizg synchroniczny i szorowali tyłkiem po murawie, naprzeciwko siebie. Strzał zablokowany.
    – Aż, kurwa – sapnął Gordie. Mogło być ciekawie.
    Akcja trwała. Piłka trafiła pod nogi innego Czecha, który – cuda, cuda ogłaszają, Gwiazdka w lecie – tym razem nie podał do własnego bramkarza, tylko do cudzego! Czyli zdecydował się na strzał sprzed pola karnego. Piłka leciała pod poprzeczkę, co prawda w środek, ale zawsze coś. Bramkarz wybił na rzut rożny.
    – Powinien był łapać – oznajmił rozczarowany Gordon. Był w końcu dobrze ustawiony, a strzał nie był na tyle mocny, żeby nie dało sobie z nim lepiej poradzić. – Albo przynajmniej piąstkować do boku!
    Podczas gdy drużyny mozolnie ustawiały się do rzutu wolnego, można było wrócić do urwanego tematu. Musiał wyciskać z Mayersa wyznanie o pozycji, jakby prowadził przesłuchanie o najbardziej wstydliwych fantazjach, a nie poruszał tak znamienitego tematu, jakim była piłka nożna. Kompletnie nie rozumiał tego zachowania. Wszyscy znani mu piłkarze – wszyscy amatorscy, rzecz jasna – lubili opowiadać o swoich boiskowych dokonaniach.
    – Czy ty w ogóle lubisz piłkę nożną? – zapytał. – Czy tylko udajesz? I tak, ja grałem jako pomocnik defensywny, dziękuję, że, kurwa, pytasz.
    Czech z ekranu pogłówkował, poprawił ustawienie piłki w kornerze i dośrodkował do drugiego Czecha, który też główkował – prosto w bramkarza, łapiącego strzał w koszyczek.

    OdpowiedzUsuń
  27. [akapit]Macha na Goffa ręką, bo nic innego mu nie pozostaje, skoro chłop z takim entuzjazmem pokazuje, że ma pusty łeb. Może mu tym machnięciem zrobi przeciąg i Gordona zawieje na dobre. Normalnie Tom nikomu nie życzyłby choroby, ale w tym przypadku może zrobiłby wyjątek w dobrej wierze. Gdyby tak sąsiad zgred musiał iść do lekarza z tą przewianą głową, może dobry lekarz oprócz paracetamolu, dałby mu też dawkę czegoś na rozwój szarych komórek. To by dopiero było!
    [akapit]— No zajebiste te więzi społeczne, jak dzieciaki nie mają tyle szacunku, żeby podkradać z budynku obok — stwierdza, krzywiąc się. Bo oczywiście, że idea, o której mówi Gordon to piękna jest, chwalebna nawet! W rzeczywistości jednak nierealna, trochę jak to, że siedzą wspólnie przed telewizorem. I o ile to oglądanie można jeszcze jakoś wytłumaczyć (mundialem, a nawet, tfu, wdzięcznością), tak bajkowa, utopijna wizja szeroko rozumianego sąsiedztwa, już dużo mniej.
    [akapit]— Ty myślisz, że mi się chce w to bawić? Załatwiać pozwolenia? Szukać ekipy i inne bajery? Nie, Goff. Ja bym chętnie siedział w domu i smażył cebulę, ale nie ma tak dobrze, bo mamy tu złodziei i inne szkaradztwa — burka pod nosem, kończąc piwo. — Więc trzeba zacisnąć zęby.
    [akapit]Spogląda na sąsiada z powątpiewaniem, bo też przecież może już zębów nie mieć - albo mieć sztuczne, bo już nie pamięta, co to znaczy, zacisnąć i przeć do przodu. Tom jednak zamierza mężczyźnie przypomnieć, co by w budynku zapanował spokój.
    [akapit]Przewraca oczami, bo z takim czerwiem to naprawdę ciężko prowadzić jakąkolwiek rozmowę: co to rzuca pretensjami na lewo i prawo, nie dla człowiekowi zadać pytania i co mu się wydaje, że pozjadał wszystkie rozumy! Dobrze, że chociaż, co do przebiegu meczu głupot nie gada, bo w ogóle byłoby ciężko. Tak przynajmniej mogą się zgodzić, że marne te piłkarskie popisy.
    [akapit]— Marnoty — podsumowuje, podnosząc się z fotela. Spogląda na butelkę Gordona, ale ta wygląda jak wyglądała, więc nie proponuje kolejnego piwa. Nie ma, co dobrego chmielu marnować na takiego gościa. Wychodzi więc na moment do kuchni, niby po alkohol, ale trochę też żeby dziad nie słyszał jak mu gałki oczne trzeszczą, gdy po raz kolejny unosi wzrok ku sufitowi.
    [akapit]Wraca, przelewa piwo do kufla, spojrzenie wbite w telewizor, bo znowu jakaś akcja - kiepska, ale akcja. Czesi źli na siebie, że nie wyszło, ale Tom nie wie co wyjść miało, skoro nie udało im się nawet wcelować w światło bramki. Kręci więc tylko głową i dopiero wtedy spogląda na Gordona, w pamięci wciąż mając te biedne oskarżenia.
    [akapit]— Nie lubię. Od początku chodziło tylko o ciebie. Tak czekałem, kiedy w końcu mnie odwiedzisz i będę mógł ci zaproponować wspólne oglądanie tego dzieła kinematografii — stwierdza, skinając brodą w stronę telewizora, co by Gordon nie miał wątpliwości o czym mówi. — Jakbyś się przymknął na kilka minut to może bym ci jakieś pytanie zadał, ale ty ględzisz i ględzisz, człowiek ledwo może dorzucić swoje trzy grosze.
    [akapit]I to by było na tyle, bo mecz wraca do swojego naturalnego tempa: czyli żadnego. Kulają piłkę po murawie te chłopaczki jakby to oni dopłacać musieli do każdego kilometra i aż żal patrzeć na to i komentować. Tom chrząka, kątem oka wracając do Goffa.
    [akapit]— Defensywny pomocnik to dobra pozycja — komentuje w końcu, a słowa ledwo przeciskają się przez przełyk. Ciężko jednak się z tym kłócić. Nawet jeśli wypowiedzenie tego komplementu jest jak ość w gardle i najchętniej to by się go wypluło.

    OdpowiedzUsuń
  28. Cebula miała warstwy, co jedną to lepszą, a to dopiero był początek jej zalet. Tom Mayers z kolei był jednowymiarowy – to, że był bezdennie wręcz głupi, składało się na całą jego osobowość. Najgorsze, że gdyby nawet go pokroić i wrzucić na patelnię, wcale by się tak ładnie nie przyrumienił i nie zeszklił na oleju.
    – Weź nie pierdol – żachnął się Gordon Goff. – Kurwa, smaż cebulę, byle nie w nocy, i nakarm dzieciaka, to może już ci cateringu nie podbierze. Myślisz, że smarkacz zrobił to dla przyjemności? Nikt normalny z własnej woli by tego nie żarł, mu się żołądek z głodu do jelit przyssał.
    Zaciskać zęby i przeć do przodu – dobre sobie, usłyszeć to z ust takiego skurwiela. Gordie znał takich; za jego czasów rzeczywiście zaciskało się szczękę, aż żyła wyskakiwała na czole, aż pozostałe się wypruwały, byleby tylko starać się zapewnić akceptowalny byt, zaciskało się, zaciskało, aż cała morda trzeszczała, a gdy coś zaczynało boleć – któryś kowal mógł przetrącić. Teraz to wymoczki pewnie by się od razu spłakały, a dentysta orzekłby bruksizm, trzeba wstawić szynę.
    Tak, Tom, tak, bruksizm, psiamać. Na szynie kolejowej to możesz położyć głowę, żeby ktoś ci brukową kostką wybił te wszystkie durne pomysły z głowy. Monitoringu się zachciało. Zobaczymy, jak wtedy będzie parł przed siebie. Przeć, Gordon nie miał wątpliwości, to pewnie umiał tylko, gdy siadał na kiblu, bo srać mu się zachciało.
    Przez chwilę wydawało się, że wywróżył i sąsiad serio poderwał się do toalety – dobrze, on idzie się odlać, to można podlać roślinę piwem – ale okazało się, że tylko po kolejną butelkę do kuchni. Gordie i tak wykorzystał okazję, by przelać trochę zawartości ze szkła do ziemi oblepiającej korzenie jakiegoś kwiatka.
    W meczu wciąż nudy – trochę pole przejęło RPA, które nawet wdarło się nie tylko na połowę Czechów, ale i do pola karnego. Nic z tego nie wyszło, dośrodkowanie zablokowane, główka zablokowana, uderzenie z dystansu też. Próba prostopadłego podania była ciekawa, ale skończyła się leżeniem na murawie. Potem piłeczkę przejęli Czesi i grali swój nudny futbol. Mayers wrócił akurat wtedy, gdy jeden z nich chybił ze strzałem po rzucie rożnym.
    – Tak też myślałem – odburknął Gordon. – W ogóle nie jesteś zaangażowany! Oni też nie!
    Z wyrzutem wskazał na telewizor. Obie reprezentację grały jak za karę. Na Mistrzostwach Świata! Gordon był bardziej wciągnięty w okręgówce albo i nawet nie, po prostu po pracy z kumplami. I dawał z siebie o wiele więcej. Wypluwał płuca i zostawiał na boisku serducho, chociaż pot, ślinę i smarki również. Czasem nawet krew, gdy gra stała się zbyt kontaktowa. Kiedyś pół meczu rozegrał z krwotokiem w nosie, ale wepchnął sobie w obie dziurki chusteczki. Musiał mordą oddychać, ale nie dał się zmienić.
    Miał dużo anegdot dotyczących piłki nożnej, którymi mógłby się podzielić, gdyby ktoś wyraził odrobinę zainteresowania.
    – Taaa? – powątpiewał. – To pytaj, o co tylko, kurwa, chcesz. Odpowiem. Albo nie odpowiem.
    Po 55. minucie wynik wciąż się nie zmieniał, choć obraz gry na moment tak. RPA doszło do głosu i coraz dłużej rozgrywali piłkę. Wciąż było to nieudolne i niechlujne, ale jednak – mimo wszystko więcej życia w nich wstąpiło. Dynamiki. Po stracie wzmacniali pressing. Ale co z tego, skoro któryś jełop tak przeciągnął dośrodkowanie, że piłka – niedotknięta przez nikogo – niespiesznie wyleciała za linię końcową.
    Gordon też tak kiedyś wyleciał, choć w szybszym tempie. Stało się to podczas meczu w deszczu, podczas którego spędził więcej czasu na dupie niż na nogach – względu na wślizgi, w których od zawsze znajdował upodobanie. Jeden z nich skończył się tak, że na tyłku siadł, a śliska, błotnista murawa zamieniła się w ślizgawicę, więc poleciał kilkanaście jardów do przodu, aż go zaniosło pod bramkę i wjechał w słupek z rozwartymi nogami. A potem wywrócił za linią końcową.
    Ale piłkę zdążył wygarnąć spod nóg przeciwnika. Sukces, nawet jeśli przypłacony bólem jaj. Dobrze, że już wtedy zdążył mieć dzieci.
    – Pewnie, że dobra – odparł. – No, kurwa, żadna nie jest zjebana. Której drużynie kibicujesz? – zapytał nieufnie.

    OdpowiedzUsuń
  29. Rzuca Gordonowi spojrzenie spode łba, bo ewidentnie gadanie głupot weszło mu w krew. A teraz jeszcze wciąga w to złodziejaszka! Dobre sobie.
    — Ty chociaż próbowałeś kiedyś cateringu, że tyle masz opinii czy tak gdaczesz dla gdakania? — pyta, bo kto jak kto, ale Gordon Goff to sprawia wrażenie człowieka, który lubi kłapać jęzorem bez większego powodu. Kto wie czy to jego uprzedzenie nie wykiełkowało w pustym łbie! Tam sporo miejsca, ciemno, wilgotno, warunki idealne. — Bo może jakbyś raz spróbował to byś wiedział, że jest całkowicie… zadowalający.
    Nie ma co przesadzać: Tom jadł w życiu smaczniejsze rzeczy. Jadł też gorsze. Doran, dla przykładu, robił świetną jajecznicę i czasem, gdy Mayers wspomina byłego męża, wspomina również tę jajówkę, żółtą i idealnie ściętą, z cebulą i chrupiącym boczkiem. Bywało nawet, że dokładał do tego grzanki. A bywało, że Tom jadł zupki chińskie, bo akurat były pod ręką. Catering mieścił się gdzieś pośrodku tej skali, co wciąż oznaczało przyzwoite posiłki.
    — A poza tym to ty żeś dzieciaka widział, czemu mu obiadu nie zaproponowałeś, co? Wielki zbawca — burczy pod nosem, przewracając oczami. Mądry w gadce, jak zwykle, a jak trzeba coś zrobić to zwala na innych. Nie tak się zachowuje porządny sąsiad. Gdyby Goff przestał szukać winnych wszędzie dookoła, może dostrzegłby, że równie dobrze i on mógłby się wykazać.
    Już walić ten catering.
    Walić jedzenie i głodujące dzieci.
    Prawdziwy problem leży dużo głębiej: jego sąsiad nie ma za grosz szacunku i gdzieś w tym durnowatym łbie ubzdurało się, że może go nazwać niezaangażowanym.
    Niezaangażowanym! Też coś! Tom spogląda na Gordona spode łba, bo wiele można mu zarzucić: od tego, że telewizor trochę za mały po to, że brakuje kapci dla gości, ale na pewno nie brak zaangażowania! Że co? Że niby powinien skakać jak małpa i krzyczeć na piłkarzy i to jeszcze nie w czasie rzeczywistym? Jakaś to była kiepska wizja: dać się ponieść emocjom na nagraniu strasznie nudnego spotkania dwóch zespołów, które, w gruncie rzeczy, nie obchodzą go wcale. Ogląda, oczywiście, że ogląda, bo to Mundial i nie jest frajerem, żeby go oglądać częściami, ale wątpi by wracał do tego meczu na łożu śmierci. A zaangażowanie jest adekwatne do przedstawionego poziomu na boisku, tyle. Ma się bardziej starać niż reprezentacja? A no na pewno nie, nikt mu nie płaci za wydurnianie się przed ekranem. I z tego powodu nawet nie komentuje durnoty opuszczające cudze usta. Niech chłop siedzi i gada do siebie, żadna strata.
    Wraca wzrokiem do meczu, bo coś się zaczyna dziać – na pewno lepszego niż jakakolwiek opowieść Gordona. Czesi mkną (to duże słowo) w stronę bramki: jedno podanie, drugie, dziesiąte, są w polu karnym, Šulc może strzelać! Tyle, że nie strzela. Podaje, bo oni tylko podają, inny kretyn również nie trafia i mamy akcję idealną na ten mecz, a więc żadną. Tom nie podniósł się z fotela za wcześnie i całe szczęście. Może jednak te anegdoty to nie taki zły pomysł. Upija łyk piwa i trochę nie chce, a trochę się obawia, że zaraz zaśnie, więc jednak mówi:
    — To możesz opowiedzieć o swoim najlepszym meczu. I najgorszym.
    Bo o ile to pierwsze jest z grzeczności, drugie może przyniesie jakąś satysfakcję. A jeśli nie satysfakcję to chociaż więcej rozrywki niż to obserwują od sześćdziesięciu minut na ekranie. No i Goff nie ma o co się przyczepić skoro zadaje pytania - i to dwa! Nawet jeśli bez pytajnika.
    — Chelsea — odpowiada krótko na to, które pada w jego kierunku, zaraz jednak marszcząc brwi. — Jeśli chcesz to w jakiś sposób skomentować to lepiej się napij browara i pomilcz. Albo powiedz komu ty kibicujesz.

    OdpowiedzUsuń
  30. Gordon Goff był porządnym Anglikiem – co oznaczało, że jadał porządne śniadania, obiady i kolacje. Porządne zarówno pod kątem ich smaku, jak i wielkości porcji. Sam oczywiście ich nie gotował; najpierw stołował się u matuli, a potem tuczyła go Mags. Wspaniałe czasy. Krew tak porządna już nie była, ale nie zamierzał o niej wspominać.
    Zresztą – w ogóle o niczym już nie wspomniał, skoro Tom sam stracił rezon. Zadowalające! Ha, jeśli jedzenie jest zadowalające, to znaczy, że nadaje się do rynsztoku. Przewrócił więc tylko oczami. Z ogromnym politowaniem.
    Naprawdę ten dzieciak nie miał oleju w głowie, że kradł catering. Dobrze, że Gordon mu zdradził, skąd może wziąć lepsze jadło, nawet jeśli już trochę czerstwe. Oczywiście wolał, żeby Tom nigdy nie poznał tej rady – więc Gordon znów nie zareagował. Chelsea jednak nie mogła przejść bez odzewu.
    – No, tak – powiedział z sykiem. – Jasne. Chelsea. Pewnie, kurwa, pewnie. Kto by się spodziewał? – ironizował. – The Blues, oczywiście, kurwa, że niebieski, nie mogło być inaczej.
    Nienawidził Chelsea. Tak samo jak Arsenalu i Tottenhamu. Crystal Palace, Brentfordu, Fulhamu też. Oczywiście, że Aston Villi, Machesteru United, Manchesteru City, Leicester i innych również. Ale mniej niż tych londyńskich – bo wiadomo, że w stolicy liczy się jeden klub. West Ham United!
    – I'm Forever Blowing Bubbles – zanucił.
    Boże, ekipa z 1966! Każdy mecz to było MECZYCHO.
    Z kolei najlepszy mecz w życiu Gordona Goffa zakończył się wynikiem trzy do dwóch – i nikt nie zwrócił uwagi, że to on był królem boiska. Średnio nad tym ubolewał. Przecież swoje wiedział! Przez lata pamiętne dziewięćdziesiąt minut nieco zmieniały się w opowieściach, to puchnąc, to znów się kurcząc, raz przybierając bledsze barwy – ach, Gordie, nie umniejszaj sobie, cóż za skromność! – a innym razem rozbuchając się do londyńskiej epopei o nieustraszonym defensywnym pomocniku.
    – Słuchajże tego! – zakrzyknął z pełnej piersi i rozsiadł się wygodniej w fotelu. Przeczesał ręką włosy, a potem jeszcze odchrząknął, jakby szykując się do wielkiej przemowy. – Można by zacząć: to miał być zwykły mecz, ale ja nie łgarz jebany. To nie był zwykły mecz! Ha!, już od rana w zakładzie rosła wielka podnieta, każdy chłopak chodził jaki taki… nabuzowany.
    Gordon poderwał się z fotele i przeszedł się parę kroków, naśladując dawnych kolegów – szeroko rozstawione ramiona, nogi zresztą też, kołysanie się podczas chodu.
    – Nawet wątły Johnny, co to na co dzień miał problem z podniesieniem nawet pierza... – Tu schylił się, jakby rzeczywiście miał coś unieść, z trudem. – …nagle w rozjebundusa się zamienił i no, kurwa, mocarz, patrzcie państwo. Bośmy szykowali się do derbów! A wiadomo, że jak derby, to trzeba wygrać, choć być miał się na środku boiska zrzygać, choćby chuj na chuju stanął i jelito miejscem się z wątrobą zamieniło, nie przegrasz. Czaisz, nie?
    Zerknął przez ramię na telewizor, ale zawodnicy obu drużyn wciąż kopali się po czołach. Tak naprawdę wiedział, że aż do końcówki nic ciekawego się nie wydarzy, ale na wszelki wypadek – a nuż pamięć go zawiodła, a nuż jednak coś się zmieniło? – sprawdzał, co się dzieje. Nic. Więc można było w spokoju kontynuować.
    – Wyszliśmy od razu po robocie. Boisko, jakby mamut dupskiem je przeorał, kratery większe niż na mordzie dziobatego Willa, który ledwie z życiem uszedł po ospie… Jebańcy byli na to przygotowani, znaczy te kurwy-wymoczki z przeciwników. Szczerzyli spleśniałe zęby, jak już wszyscyśmy stali i czekali na gwizdek. Ten kurwiąk, sędzia pewnie przekupiony, specjalnie zwlekał, ja pierdolę, miałem nadzieję, że zara ten gwizdek połknie i będzie miał drugie jabłko Adama. Zawsze mówiłem: lepiej mieć córkę niż syna, bo córka najwyżej kurwą zostanie, ale syn? Syn może stać się sędzia piłkarskim. Zesrałbym się ze wstydu chyba.
    Zamknął oczy i ukrył twarz w dłoniach na samo wyobrażenie tej straszliwe hańby! Dobrze, że chociaż tego Alan mu nie zrobił. Co prawda wystarczającym ciosem w serce była jego nastoletnia faza, gdy nieszczególnie piłką się przejmował, na szczęście mu to przeszło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – W końcu gwiżdże. Gramy. Druga minuta i ten chędożony w dupę bez mydła przez stado rozjuszonych knurów Chris z ataku wjeżdża od tyłu, na sucho, w przeciwnika i wylatuje na mordę z boiska z czerwoną. HAŃBA, praktycznie cały jebany mecz z tymi pizdami do rozegrania i dziesięć na jednego. Pierdolimy, pomysł jest taki, żeby stłoczyć się w polu karnym, kleić się do siebie jak jajca w upalne lato, ale trzydzieści sekund później jebie nas pies i jesteśmy już gola w dupie. Jeden do zera. Trzeba atakować.
      Gordie z niedowierzaniem pokręcił głową i spojrzał w górę, jakby spodziewał się, że stamtąd nadejdzie pomoc – ale zobaczył tylko biały sufit i całkiem ładny żyrandol, ale jakby kto by go zapytał, to powiedziałby, że brzydki.
      – No i wtedy, kurwa, wchodzę ja. Cały na biało, chociaż tak naprawdę byłem już ujebany błotem. Kapitan patrzy na mnie, ja na niego, mówi, żebym drałował do tyłu i trzymał linię obrony, ja mu na to, że trzymać to mogę jego starą za warkocze i że tu trzeba odebrać skurwielom chęci do życia. No to ruszyliśmy, niby w dziesięciu, ale graliśmy za dwudziestu, aż ziemia tryskała w ich wychuchane mordy. Trzydziesta minutę i trzydziesty metr, aha, właśnie tak, dostaję piłkę i leci na mnie ta szafa trzydrzwiowa z kwadratową mordą, ten co się z prosiakami bawił w chlewie, i co robię ja? Przerzucam piłę nad tą durną pałą, nie dla psa kiełbasa, gałę to najwyżej zobaczysz, jak mi ją będziesz robić. Gość się wyjebał, piłkę dostał Randy, podał na pustaka Harry’emu i GOL, kurwa, gol.
      Zamachnął się nogą, jakby on tego gola strzelał, a potem wyrzucił ręce w górę, świętując.
      – Na przerwę wychodzimy z remisem, chłopaki się cieszą i chcą murować, a ja mówię, że chyba kutasy im się związały na kokardę, że takie durne mają pomysły. Przyszliśmy wygrać, ja pierdolę, i to wysoko. No i w drugiej połowie zaczęła się moja robota. Te gnoje idą środkiem, skrzydłami, jak szarańcza prawdziwa, wszystko, kurwa, śmierdzi błotem, gównem, potem i uryną, aż muchy padają, ale mnie nie złamią. Gdzie piłka, tam moja noga, już moja w tym głowa. Dycha, pajac jeden, to mnie popamiętał, tak mu piłkę odebrałem, że razem z kępą trawy poleciał w trybuny, debil jeden. Po tej akcji Harry strzelił drugiego, no i kurwa! Wygrywamy! A ja dalej swoje… Gryzłem glebę, zbierałem łokcie na żebra, jebało ode mnie jak od spoconego kundla, czaisz?! Chłopaki z tyłu już nie miały siły biegać, Johnny wymiotował za bramką, a ja biegałem za trzech.
      Gordon urwał i odczekał sekundę, żeby pauza dobrze wybrzmiała.
      – I wtedy on, syn nieznanego jebańca, zrodzony z syfilisu i chlamydii, wchodzi i gwiżdże karnego dla nich, chociaż ten ich napastnik potknął się o własne racice i zanurkował. A ten gwizda, ja pierdolę, a potem cedzi przez zęby, żebyśmy się uspokoili. Następnym razem, myślę, nie będziesz cedził przez zęby, bratku, bo zaraz je, kurwa, stracisz. Ale straciliśmy to my. Gola. Dziesięć minut do końca, czy to koniec? Po moim trupie.
      Zatrzymał się, zziajany, jakby sam przed chwilą przebiegł te dziewięćdziesiąt minut.
      – Ostatnia minuta czasu doliczonego. Ich kontra! Trzech na jednego, bo wszyscy poszli do przodu jak narowiste konie z chowu wsobnego. Czysta droga do bramki. Jak strzelą to po nas. Ale ja biegnę. Falki mi się przewracają, nic nie widzę, bo pot zalewa ślepia, muszę się scharać, ale nie ma czasu, galopuję. Gość składa się do strzału, z całej pety chce pierdolnąć, a ja, kurwa, robię taki wślizg, że potem przez miesiąc wydłubywałem żwir z brody. Więcej ziemia takiego czegoś nie zobaczy. Wybijam gałę czubkiem buta spod kopyta i przyjmuję cios na mordę, typ się potyka i robi fikołka w powietrzu. Ale czysto! Czysto! Sędzia mógł naskoczyć. Piłka ląduje u Marshalla, on wali lagę do przodu i Harry przyjmuje i strzela gola. TRZY DO DWÓCH, OCIPIEJĘ.
      Gordon opadł na fotel i udał, że napił się piwa. O, proszę, co najmniej dziesięć minut minęło.
      – Harry został bohaterem meczu, ale wiadomo, kto rządził. O najgorszym to potem. Teraz pochwal się swoim.

      Usuń
  31. Oczywiście, że Gordon działa po swojemu i ignoruje prośby. Nawet te najprostsze. Powiedziane całkiem przyzwoicie miłym głosem. Nie, Gordon musiał swoje trzy grosze dołożyć. A przecież było jasno wytłumaczone: jak chcesz skomentować Chelsea, to zamilcz. Milczenia nie ma, ale za to jest typowa gadanina i Tom może tylko przewrócić oczami. Ten niedomyty grzyb naprawdę nie potrafi milczeć.
    — To żeś pomilczał — mruknął pod nosem, bo jednak powiedzieć coś trzeba było.
    Jak bardzo nie potrafi milczeć, a raczej: jak bardzo lubi mówić, dowiaduje się chwilę później, gdy rozpoczyna swoją epopeję. Z początku Tom słucha jednym uchem, bo to jednak Gordon Goff. Chwilę później jednak orientuje się, że nachyla to ucho coraz bardziej w stronę historii. Po kilku zdaniach słucha już w pełni. Gardzi sobą tylko sekundę, a potem parska krótkim śmiechem, bo rzeczywiście chuj na chuju raczej nie stanie. I czai, więc kiwa głową.
    W telewizor nie patrzy, bo nie ma po co - jak coś się wydarzy to najwyżej przewinie, póki co jednak, opowieść Gordona wygrywa w dostarczaniu emocji. Przez większość historii naprawdę jest wciągnięty - raz jeden tylko czuje kłucie pod żebrami, bo on akurat wolałby syna, nawet sędziego. Tego jednak na głos nie powie, nie przy Gordonie Goffie, który opowiada o czerwonej kartce. Słucha więc dalej, ból wraca na swoje miejsce, gdzie łatwiej go kontrolować, na moment zapomina, że w tle wciąż fajfusy rozgrywają mecz. Śmieje się po raz kolejny, a potem jeszcze raz, wtedy już głośniej i jest przez moment całkiem przyjemnie (do tego też na głos by się nie przyznał). Opowieść dobiega końca, dobra była, odpowiednio rozrywkowa, zabarwiona ciekawymi epitetami. Tom również upija łyk piwa, potem drugi i, niech wszyscy święci trzymają swoje aureole, uśmiecha się do Gordona: przyjaźnie.
    — No, to ładnie pograłeś — mówi, i niby bije brawo, ale tak naprawdę uderza wolną dłonią w tę, co trzyma kufel. — Asysta tak samo ważna myślę, taki Harry by chuja sobie mógł potrzymać, tyle by bez ciebie zrobił.
    Brzmi to zadziwiająco jak pochwała, więc Tom odwraca głowę w stronę telewizora. Akurat Południowoafrykańczyk postanowił strzelić gola z prawie połowy boiska, ale nie trafił nawet w światło brami. Fajnie, fajnie, może chciał wiedzieć jak to jest w ogóle kopnąć. Tom tylko wznosi oczy ku niebu, bo naprawdę, ciężko o nudniejszy mecz.
    A potem wzrusza ramionami, bo z pewnością nie potrafi przywołać żadnego meczu w tylu szczegółach, co Gordon. Jasne, pamięta tych kilka momentów, co strzelił gola albo kiedy ktoś doznał poważniejszej kontuzji, bo takie sprawy zapadały w pamięć, ale żeby wiedzieć kto dostał żółtą kartkę albo komu wślizg nie wyszedł to nie. Trochę wręcz niepokojąca nagle wydaje się ta szczegółowość, ale kto co lubi! Tom pamiętać musiał inne rzeczy, a więc niepotrzebne wywalane były systematycznie. Dlatego wzrusza w końcu ramionami.
    — No opowiedziałbym ci jakiś mecz, ale kurwa, nie pamiętam żadnego. Ogólnie mieliśmy drużynę jeszcze jak robiłem w antyterrorze, to razem z chłopakami z dochodzeniówki i narkotykowymi lubiliśmy sobie pograć i się zdarzało, że jeździliśmy na meczyki do innych okręgów. To pamiętam, że się dobrze wtedy grało. — Uśmiecha się na wspomnienie, bo wtedy rzeczywiście było całkiem nieźle. Przynajmniej na tyle, że mógł iść popykać w piłeczkę, a potem przespać bez problemu całą noc. Chyba, że nie chciał. To nie spał. — A potem w MODzie już nie, wiadomo, tam większość to garniaki pod krawatem, co pewnie noszą ochraniacze na buty, bo deszcz pada. A czasem to bym sobie jeszcze pograł. Tak wiesz, po prostu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście Tom wie, że sam jest garniakiem pod krawatem. Natomiast krawat zdejmuje, gdy tylko może i garnitury to ma dwa. Dlatego woli działać w terenie: nikt mu nie każe zapinać ostatniego guzika i wciskać się w spodnie z kantem. Zaraz jednak myśli o tym, że Goff raczej nie wiedział, gdzie robi, bo skąd niby miałby. A potem, że to żadna tajemnica - i że Gordon jak to Gordon, mieć to będzie w dupie.
      Spogląda na ekran telewizora, minuta sześćdziesiąta szósta, nie dzieje się nic. Równie dobrze mogliby oglądać szum, byłby tak samo ciekawy.
      — Strasznie cienki ten mecz — mówi w końcu, bo przecież ktoś musi. Poprawia się na fotelu, upija łyk piwa i przerzuca wzrok na Goffa. — To możesz do kompletu dorzucić swój chujowy.

      Usuń
  32. – No – Gordon przyjął komplement z wdziękiem. – Ale jebany strzelił hat-tricka, zasłużył na miano MVP. Chociaż najlepszy byłem ja.
    Piłka nożna to gra zespołowa – i Gordon nigdy o tym nie zapominał. Sporty indywidualne rzadko kiedy go interesowały, te drużynowe dużo bardziej. Indywidualnie to lubił opierdalać zawodników, ale przegrywało i wygrywało się wspólnie, nawet jeśli ktoś się w trakcie wyróżniał. Harry wbił do bramki przeciwnika trzy gole, zasłużył, by z boiska wynieść go na ramionach; Gordie jednak wiedział, że gdyby tego dnia nie ślizgał się po murawie, wysiłki Harry’ego na nic by się zdały. To mu wystarczało.
    Odpowiedź Toma z kolei była niewystarczająca – jak to nie pamiętał swojego najlepszego meczu?! Choćbyś przeżył setki lat, miliard rozkoszy i miliard cierpień, choćby się walił i palił parszywy świat, choćby cię zdradził rodzony brat, choćby cię sędzia oszukał na starcie, choćbyś o oddech walczył i to tak zażarcie, w huku trybun, w amoku, wśród śpiewu, nawet gdy deszcz z nienawiścią zaczyna siec... to musisz pamiętać swój najlepszy mecz.
    Z drugiej strony – czego można się spodziewać po sąsiedzie, do którego trzeba było wystosować miliony odezw, a i tak jego zachowanie wciąż nie należało do wzorcowych. Gordon najpierw pokręcił głową z dezaprobatą, a potem pokiwał i cmoknął z uznaniem. Najlepsza część roboty to ta, w której po zmianie jedenastu chłopa się zbiera i idzie grać mecz z jakimiś frajerami.
    – Też bym pograł – mruknął. – Tak z piętnaście sekund, bo potem pewnie kolana zegłyby się w tył i chuj mnie strzelił.
    Szkoda, że Czesi nie strzelali – albo Południowoafrykańczycy; jeszcze gorzej, że kiedy jednak próbowali, to pokracznie lub niecelnie. Że też ze wszystkich rozegranych meczów akurat teraz Tom odtwarzał sobie ten! Pech.
    Ale nie ma tego złego. Przynajmniej był czas na opowieść o najgorszym meczu Gordona Goffa. Nawet nie musiał się specjalnie namyślać; nie miał wątpliwość, który wybrać, choć – niestety – w swojej karierze znalazłby i inne mniej chwalebne przykłady. O jednym z nich musiał dodatkowo wspomnieć, choć wcale nie w smak mu było przyznawać się do porażek Mayersowi.
    Lojalność wobec byłych kolegów go do tego zmuszała.
    – W moim PRAWIE najgorszym meczu wygraliśmy pięć do jaja. Dostałem żółtą kartkę, więc w porządku. – Gordon westchnął ciężko. – Tylko, kurwa, to jebane żółtko za to, żem wjechał Andersowi w nogę, i to na wyprostowanej. Połamałem chłopa. Przez dwa miesiące nawet czasu nie miałem się wysrać, bo musiałem harować jak wół na dwa etaty, bo typ nie mógł pracować.
    Narzekał, oczywiście, że narzekał – tak dzisiaj, jak i wtedy. Nie zmieniało to jednak faktu, że ponarzekawszy, szedł robić, a i samo marudzenie nie było próbą uniknięcia kieratu. Robił, choć nie chciał, ale wiedział, że zasłużył na taki los. Chuj ci w dupę, Anders – tak mu mówił. Nigdy zaś nie powiedział Gira ci w gips, Anders, a to właśnie się wydarzyło i gość nie miał potem, jak rodziny wykarmić.
    Na szczęście wrócił do zdrowia, w kolejnym meczu pokopał Gordona, no i sztama.
    – W najgorszym pokazałem jaja – kontynuował.
    Działo się to w 1920 roku, więc przed ponad wiekiem; był wówczas innym człowiekiem. Dawno, dawno temu – jeszcze przed drugą wojną i przed dniem, w którym się obudził i odkrył w lustrze, że przez noc dorobił się brzucha – Gordon Goff był młodym mężczyzną, chudziutkim i z nieopierzoną jeszcze mordą, z najlepszą kondycją i największą zwinnością na boisku.
    I z najbardziej pustymi kieszeniami też. Prawie nie miał ubrań – tylko parę sztuk, pranych ręcznie i noszonych wciąż i wciąż, cerowanych tak, że niektóre bardziej już przypominały jedną wielką łatę niż odzież. Kolor nie do rozpoznania, czasem wręcz cielisty, tak się to wszystko poprzecierało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Z osiemnaście lat mogłem mieć, to ty pewnie wtedy na zmianę srałeś i rzygałeś, chyba że w ogóle jeszcze plemnikiem byłeś. Nieważne, nie zawsze musi być tyle o tobie! No więc tak. Poszliśmy z chłopakami po pracy pograć, oczywiście, ale mecz nie był byle jaki, o, nie, nie, nie. Słuchaj, kurwa. Przedostatni w sezonie, jeślibyśmy wygrali, to taka feta, że mógłbyś nawet wpierdolić kreta z łazienki i niczego byś nie poczuł po morzu alkoholu… Bo, rozumiesz, to oznaczałoby wygranie całej ligi! Przegrana lub remis… no, jeszcze by niczego nie zamykała, ale wtedy ostatni mecz byłby o absolutnie, kurwa, wszystko.
      Gordon zaklasnął w dłonie i pochylił się do przodu.
      – Musiałem się też pokazać, bo wiesz, jak to z żółtodziobami na zakładzie… No, po wygranej lidze to żadna pizda wyżej chuja by mi już nie podskoczyła. Pierwsza połowa była świetna, choć remisowaliśmy. Druga lepsza, choć wynik się nie zmieniał. Nic to nam nie dawało. A potem… Kurwa, potem to ja już spływałem, a gacie wrzynały mi się w dupsko, jak se poprawiałem, to trochę się rozpierdoliły. No, ale nic to.
      Przerwał i udał, że napił się piwa. Śmieszny był nastoletni Gordon, wypłoszony i szczekliwy, zawsze pierwszy z mordą, ale do spacyfikowania na pacnięcie łapy; i to nawet nie o siłę fizyczną chodziło, bo bić się umiał nie najgorzej, a o pozycję w stadzie. Dzisiaj odczuwał do tamtego chłopaka, do swojej wersji z przeszłości, więcej sympatii niż podówczas miał do siebie samego.
      – No i co. Końcówka meczu. Ostatnia akcja. Chłopaki zamieszali się w polu karnym przeciwnika i kurwy z drużyny przeciwnej napierdalają z kontrą. Leci ta ich cipa, z dziewiątką na plecach, trzeba oddać skurwielowi, że dobry był i zwrotny, no ale na drodze miał mnie! On zwrot w prawo, myślał, że mnie zwiódł, zwiędły fiut, ale nie tak prosto z Gordonem Goffem! Wiedziałem, co robi, więc huzia, ja też w prawo… i się poślizgnąłem na murawie, rozkraczyłem jak dziwka, nagle słyszę prucie, spodenki pękły, spadły, no i dupa. Ze slipkami z dziurą. Typ mnie przeszedł jak szmatę i strzelił gola.
      Gordon z hukiem odstawił piwo na stolik.
      – I kurwa… Wiesz. Przejebane. Złażę na koniec z boiska, zgałganiony totalnie, gówno i sraka, patrzę, a tam na trybunach siedzi dziewczę, za którą wtedy ozor wywieszałem. Kompletna chujowizna, dałem dyla.
      Podrapał się po nosie.
      – Wiesz co, Mayers, kurwa, może to jednak był mój najlepszy mecz, bo przyszła do mnie potem i pocerowała spodenki, tak się poznaliśmy… – uśmiechnął się, ale tylko na sekundę. – Nie, pierdolę kurestwa jakieś, zdecydowanie był najgorszy, bo tak się poznaliśmy i potem mi, kurwa, truła dupę przez kolejne lata. Tera ty i nie pieprz tylko, że nie pamiętasz. Tyś to pewnie coś takiego odjebał, że cię z drużyny na zbity pysk wyjebali, co? Dziwne, że w ogóle przyjęli.
      W siedemdziesiątej piątej minucie RPA ciągle przegrywało z Czechami jeden do zera – i wciąż na boisku niewiele się działo. Podczas opowieści Gordona najciekawszym wydarzeniem okazała się przerwa, by podejść do wodopoju; można było wtedy zobaczyć powtórki gola z pierwszej połowy. Poza tym – posucha. Niby jakieś akcje były, ale nieefektywne. Efektowne zresztą też nie.

      Usuń
  33. Przytakuje, bo prawda: jak się uda z hat trickiem to raczej nie ma mocnych, trzeba się pogodzić, że zostanie najlepszym graczem. Poza tym, jak własna drużyna strzela to nie boli tak bardzo. A przynajmniej Toma nigdy nie bolały gole strzelone do cudzej bramki, czym więcej tym lepiej, a jakby tak jeszcze z jego stopy to genialnie. Choć nie muszą. Gdyby inny gość w tej samej koszulce poszybował przez boisko i kopnął w światło bramki, byłby prawie tak samo szczęśliwy.
    Widzi to kręcenie łbem i nawet nie może powiedzieć, że się tego nie spodziewa. No bo fakt, po tak rozległej historii, mógł się spodziewać, że Gordon będzie chciał usłyszeć podobną. Chociaż! Chociaż istniała przecież szansa, że typ tak lubi słuchać swojego głosu, że nawet nie zauważyłby, że Tom nic nie mówi! Może jego opowieść zginęłaby pomiędzy kolejnymi anegdotami, kto to wie.
    Znowu aż tak marudzić na sąsiada nie może, nie teraz, bo a, zgadza się z nim w kwestii meczyków, b, opowiedział śmieszną historię. No więc na ten moment konkretny ma wybaczone, Tom zakłada, że na jakieś siedem minut z hakiem.
    — No to byś sobie w walking football pograł i po sprawie, wszystkim by kolana strzykały, może byś jakiegoś kolegę poznał — sugeruje Tom, kącik ust unosząc w uśmiechu. — Chociaż tam chyba dają rzut wolny za podbieganie, a ty mi wyglądasz na takiego, co by, kurwa, co chwilę tylko podbiegał.
    Goff przecież aż tak stary być nie może, skoro nadal pracuje to jeszcze daje radę. Poza tym ma siłę marudzić za trzech. I werwy przy opowiadaniu właściwie też. Obrazowość przedstawianych wydarzeń wywołuje u Toma mieszankę zdziwienia i rozbawienia: głównie to zdziwienie, że jest rozbawiony. Krzywi się lekko jedynie na myśl o tej złamanej kości, ale drugą historyjkę łyka jak pelikan. Nawet mu się łezka w oku zbiera na sam koniec, tak się chłop śmieje - bo to jednak zabawne jak drugiemu dziadowi rozrywają się portki, a jednocześnie jak z tych rozerwane portki mogą się przekształcić w coś większego to w ogóle wspaniale. Cóż poradzić, Tom jest romantykiem.
    Nigdy nie poznał żony Gordona, przez wszystkie lata ten zawsze latał sam, więc Tom założył, że raczej już kobiety nie pozna - on, nie Goff. Dopytywać nie miał zamiaru, bo to nie jego sprawa, jak w jakiejś anegdotce padnie to się dowie. Albo się nie dowie, też tak może być.
    — Słuchaj, jak się finał zgadza to ja bym nie narzekał — mówi trochę bardziej miękko niż zwykle, zahacza paznokciem o etykietę na piwie i przez moment skubie ją, zaraz przewracając oczami na kolejne słowa, bo co to za wymuszenia!
    Ale okej. Opowie. Niech się Gordon też nasłucha głupot skoro taki chętny. Na telewizor już nawet nie patrzy, siedemdziesiąta dziewiąta minuta i nic. Prostuje się więc trochę, kołysa ramionami, bierze kolejny haust piwa.
    — To też trochę historia miłosna, chociaż ja to specjalnie zaprosiłem Dorana, żeby zobaczył jak gram, więc jednak głównie o chwaleniu się. Nikt wtedy jeszcze nie widział, że jesteśmy razem, bo to nie te czasy były, żeby się chwalić, no ale ja trochę chciałem - przed nim przynajmniej, puszyć się odrobinę, popisać może, żeby zobaczył jaki jestem sprawny i w ogóle świetny. No więc klata do przodu, wychodzę na boisko, pogoda świetna, bo słońce nie daje po oczach, ale podłoże twarde. Przeciwna drużyna to jakieś chłystki z drugiego końca miasta. — Robi przerwę na łyk piwa i żeby spojrzeć na ekran, ale wciąż nic.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — No, chłystki i jeden goryl, co wyglądał jakby jadł trzy kurczaki na śniadanie. No, ale dobra. Gramy. Jest fajnie. Straciliśmy jedną bramkę, ale szybko odbiliśmy, więc jest jeden-jeden. I pierwsza połowa to minęła bez większych fanfarów, na spokojnie, z klasą. Zaczyna się druga i trochę jakbyśmy z inną drużyną grali, bo zaczęli tak napierać, że właściwie cały mecz rozgrywał się w naszej połowie. Przejebane. No i niby nie robiłem w obronie, ale nagle wszyscy robili w obronie i tak trafiło, że ten goryl szedł na mnie. No i idzie, idzie, piłka pod nogami, ja się cofam, próbuje mnie ominąć, ale miał tyle ciała, że chyba nie kontrolował wszystkich części i mnie jebaniutki staranował. Tak jak stałem to leżałem. Gorsza sprawa, że jak próbowałem mu wykopać piłkę spod nóg już na leżąco, to on zamiast w nią, trafił mi w kostkę. Nikt chyba nic nie widział, bo żadnej kartki, nic. No ale dobra. Podnoszę się z ziemi i już czuję, że coś nie tak, że mi trzeszczy w tej stopie, że jak staję to chrupie. No ale trzy minuty do końca, nie jestem faja, żeby nie wytrwać.
      Tym razem przerywa, bo z telewizora trochę głośniej się robi, jakaś akcja przy czeskiej bramce.
      — Te, karny będzie, ale fujary — podsumowuje i cmoka z aprobatą, że w ogóle coś się dzieje. No jak rękę podłożył to nic dziwnego, już w nazwie przecież jest, że piłka ma być nożna. Popija niewielką ekscytację piwem, a zaraz obserwuje jak Południowoafrykańczyk trafia w światło. — No i całkiem ładnie weszła.
      Już jak się cieszą chłopaki to obserwować nie musi - zazwyczaj wszyscy cieszą się tak samo.
      — No dobra. Wracając. Gramy dalej i widzę, że jeden z moich, bo z antyterroru patrzy na mnie i chce mi podać, a ja mu skinam, że kurwa nie, że lepiej już wybić niż mi podawać. No a że zrozumiał opacznie, to ja musiałem wybić. Tyle, żem sobie wybrał tę rozjebaną nogę żeby kopnąć i poszła zupełnie w inną stronę niż miała. I chuj. I gol. Nikt się nie spodziewał, że się tam pokula w ogóle. I tak oto strzeliłem samobója i rozpieprzyłem sobie torebkę stawową. Doran też nie wyglądał jakby był pod wrażeniem, ale nic nie mówił.

      Usuń

Aktywni: 0

Cieszymy się, że tu jesteś. Trafił_ś na blog fabularny Bunt Ikara, gdzie możesz wcielić się w wampira, łowcę wampirów albo zwykłego śmiertelnika.

Wiemy, że nasza oprawa wizualna może różnić się od klasycznych blogów fabularnych, dlatego przygotowaliśmy krótki poradnik, który pomoże Ci odnaleźć się na start.

Przejdź do poradnika