⊹
Pisanie wątków
⊹
✧
Pod kartami postaci pozostawiamy jedynie komentarze odautorskie!
✧
Aby rozpocząć rozgrywkę fabularną/wątek/fabułę z inną postacią, opublikuj post z opisem wątku.
Do treści posta możesz (nie musisz) użyć gotowego kodu. Historię rozpisujecie w komentarzach pod tym właśnie postem. Obowiązujące etykiety: imiona i nazwiska postaci biorących udział oraz hasło wątek.
✧
Aby orientować się w prowadzonych wątkach proponujemy, nie jest to jednak obowiązkowe, aby założyć post z chronologią.
Aby założyć post z chronologią możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z chronologią z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj chronologię w karcie postaci.
✧
Stwórz post opisujący istniejące relacje Twojej postaci.
Aby założyć post z relacjami możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z relacjami z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj relacje w karcie postaci.
✧
Wskazane jest publikowanie opowiadań o Twojej postaci, ale nie są one obowiązkowe. Chcemy o twojej postaci wiedzieć jak najwięcej!
Skorzystaj z wzoru na początek opowiadania. Do każdego opowiadania dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, opowiadanie.
✧
Nie musisz, ale możesz pokusić się o założenie posta z telefonem postaci.
Aby założyć post z telefonem postaci możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z telefonem z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj telefon w karcie. Do każdego posta z telefonem dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, telefon.
⊹
Limity czasowe
⊹
✧
Aby nie przysłaniać zbyt często treści innych autorek i autorów, narzucamy limity czasowe.
✧
Pomiędzy kartą postaci a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.
✧
Pomiędzy karta postaci a opowiadaniem — 24h plus minimum 2 komentarze pod opowiadaniem.
✧
Pomiędzy karta postaci a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a kartą postaci — 1h bez limitu względem komentarzy.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a opowiadaniem — 1h bez limitu względem komentarzy.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a rozgrywką fabularną — brak limitu.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a opowiadaniem — 24h oraz co najmniej 2 komentarze pod opowiadaniem.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.
⊹
Obecności i urlopy
⊹
✧
Na blogu występują comiesięczne listy obecności trwające tydzień. Karty postaci osób, które nie zgłosiły obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych.
✧
Aby uniknąć przesunięcia karty do wersji roboczych, należy zgłosić urlop w odpowiednim dziale. Maksymalny czas urlopu to dwa miesiące. Po tym czasie karty postaci danej osoby zostaną przeniesione do wersji roboczych.
✧
Jeśli zniknęliście a marzy wam się powrót, chęć tę należy zgłosić w odpowiednim temacie. Cieszymy się, że do nas wracasz! No hard feelings. ☺
Trasa na cmentarz była wyryta w jego umyśle już tak głęboko, że docierała do samej podświadomości, zagnieżdżając się w niej i prowadząc go mimowolnie w ciemną, gęstą noc. Nie musiał zastanawiać się, który kierunek obrać, gdzie skręcić. Po prostu w którymś momencie znajdował odpowiedni nagrobek, tak dla niego wyjątkowy pomiędzy rzędami identycznych i nic nieznaczących.
OdpowiedzUsuńGdy dotarł na miejsce, coś się nie zgadzało, coś odbiegało od słodkiej, znajomej normy.
Obrócił się przez ramię, obserwując jedynie gęstniejącą dookoła ciemność. Nic. Tylko noc – jego najbliższa towarzyszka już po wieczność. A jednak czuł w powietrzu coś znajomego, ale odmiennego zarazem, dławiącego, zaciskającego władcze dłonie na jego gardle, niepozwalającego nawet na wyuczone westchnięcie chłodnym, zanieczyszczonym powietrzem Londynu.
Spojrzał w dół, oczekując tego samego widoku, który widywał już od roku. Niezmąconego niepokojami miejsca spoczynku ukochanej sobie osoby, która miała czelność posiadać dar śmiertelności w przeciwieństwie do niego.
Wtedy w oczy rzuciła mu się anomalia.
Kartka wyrwana z książki. Wyciągnął po nią rękę, czytając tylko kawałek zdania, zdając sobie prędko sprawę, że dokładnie wiedział, z której powieści został wyrwany ten fragment, bo sam ją napisał, kiedyś, przed laty, kiedy nazywał się nieco inaczej, może nawet był zupełnie innym sobą. Zmiął stronę między palcami, wyraźniej tylko wyczuwając zapach, który na sobie nosiła. Gęsta, śmierdząca chmura znajomej woni otuliła go, łaskocząc pieszczotliwie, a zarazem złowrogo po policzku. Zgnieciona w kulkę kartka papieru wypadła mu z rąk. Patrzył ślepo w imię i nazwisko widniejące na nagrobku. To samo nazwisko, którym teraz sam się posługiwał.
Czytał je bezgłośnie, czy też może po prostu śledził krzywiznę liter wyrytych w kamiennej płycie.
– Nie, nie, nie – powtórzył. Powtórzył to wiele razy, wplatając palce w swoje włosy z tyłu głowy, ciągnąc za nie lekko, jakby chciał w ten sposób odzyskać kontakt z rzeczywistością.
Musiał opuścić to miejsce, musiał skierować się do wyjścia, opuścić zanieczyszczoną Jego obecnością przestrzeń.
Nie był gotowy, nie tu i nie teraz.
Skierował swoje pospieszne kroki w kierunku masywnej, stalowej bramy, którą jeszcze chwilę wcześniej przekroczył spokojnym krokiem. Teraz jego oczy błądziły, zewsząd wyłapując raniące go spojrzenie, chcące jego potknięcia brązowe oczy. Oczy, w których tak często szukał niegdyś aprobaty.
Właśnie mijał starą, porośniętą bluszczem i pachnącą śmiercią oraz żałobą kaplicę, gdy usłyszał szelest. Przywarł plecami do zimnej ściany wiekowego budynku.
– Nie, nie, nie – powtórzył szeptem, jakby to były jedyne słowa, które mogły wydostać się przez zaciśnięte struny głosowe.
Oparł głowę o mur, szukając ukojenia w chłodzie.
Czuł się jak ofiara złożona na ołtarzu. Liche światło latarni oświetlało jego bladą twarz, ale też wydłużało złowróżbne cienie, które wyciągały w jego kierunku szponiaste palce. Rozglądał się, napięty, gotowy do dalszej ucieczki, ale dookoła panowała cisza. Nieznośna, niezmącona cisza, mieszająca się z nadciągającą mgłą.
[akapit] Londyn, choć przecież właśnie tutaj się urodził ponad trzysta lat temu, wydawał się obcy. Powozy zastąpiły samochody, stukot końskich kopyt zaś niecierpliwe trąbienie klaksonów i ryk silników. W miejscu dawnych targów jak grzyby po deszczu wyrastały kolejne wieżowce, strzeliste i przeszklone. Wszechogarniający beton i duszący płuca smog. Destrukcyjny obraz postępu cywilizacyjnego.
OdpowiedzUsuń[akapit] Powinien był przywyknąć, a jednak czuł się dziwnie wyobcowany, jak przybysz z innej planety. Wtapiał się w tłum, jednak te wszystkie zmiany mu nie odpowiadały, ale jedyną drogą do przetrwania była adaptacja do nowych warunków gry. Ten kto nie ewoluował, sam skazywał się na porażkę. Ten, kto za nadto odstawał, narażał się na utratę głowy. Inność zawsze budziła niezrozumienie i emocje, najczęściej dominował wśród nich strach. Ludzie radzili sobie z nim głównie na dwa sposoby: unikanie konfrontacji albo atak. Odwracanie oczu, udawanie, że problem nie istnieje, branie nóg za pas. Słynna próba wody, palenie na stosie, poddawanie torturom podczas przesłuchań...
[akapit] Gdyby tylko wampiry wyszły z ukrycia... Jaka byłaby reakcja ludzi? Na pewno wybuchłaby ogólnoświatowa panika, ale czego byłoby to początkiem? Wojny, kapitulacji i podporządkowania? Powściągliwego podziału? W wolnych chwilach lubił zatracać się w wyobrażeniach odnośnie innego świata, takiego, w którym to wampiry stoją u władzy, sprawując ją nad ludźmi.
[akapit] Ludzie... Z biegiem lat coraz bardziej postrzegał ich w kategorii pożywienia. Zwracał uwagę na ich zapach i zachowanie, w myślach dywagując nad tym, czy dana osoba oddałaby się ugryzieniu z własnej woli, czy stawiałaby czynny opór. Coraz częściej dochodził do wniosku, że polowanie bez łańcucha łowieckiego nie sprawiała mu tak dużej satysfakcji. Apetyt rósł w miarę jedzenia.
[akapit] Nie przywiązywał się do nich. Byli krusi i słabi, podatni na choroby i bezradni wobec procesu umierania, który z każdym dniem popychał ich nieubłaganie w stronę wrót cmentarza.
[akapit] Cmentarze. Te, jako jedne z niewielu, wciąż miały się dobrze. Były jak znajomy dotyk na policzku. Niezmiennie trwały w tym samym miejscu, wyłącznie rozrastając się jak korzenie drzewa.
[akapit] Przekroczywszy bramę cmentarza, kiwnął głową do grabarza. Starszy mężczyzna cuchnął potem, wilgotną ziemią i alkoholem. Rzucił mu zmęczone spojrzenie i burknął coś w odpowiedzi, prawdopodobnie o tym, że niebawem zamknie bramę. Watkin puścił tę uwagę mimo uszu, niespiesznie podążając ścieżkami nekropolii. Mijał nagrobki, te połyskujące, granitowe, i te zaniedbane, pokryte mchem, o których wszyscy zdążyli już zapomnieć.
[akapit] Pomniki zasuwała mgła gęsta jak mleko, tworząc senny klimat. Panowała cisza, od czasu do czasu przerywana jedynie szelestem wstęg pogrzebowych wieńców. Nozdrza wypełniał zapach deszczu, kwiatów i czegoś znajomego, przyciągającego jak magnes. Im bliżej znajdował się celu swojej wizyty, tym zapach zdawał się intensyfikować. Watkin przystanął wreszcie przy jednym z nagrobków. Przesunął wzrokiem po imieniu i nazwisku, a następnie przykucnął, by położyć na płycie kartkę wyrwaną z powieści, którą Kosma napisał przed laty. Watkin często wracał do jego twórczości, może aż nadto, analizując każdy napisany przezeń akapit. Ten fragment był jego ulubionym, nigdy tego nie krył. Jasny sygnał, że tu był, że przebywa w Londynie, że ma Kosmę na oku.
[akapit] Obserwował go z oddali. Napawał się widokiem paniki, wzbierającej w mężczyźnie jak fala na niespokojnym morzu. Wsłuchiwał się w jego przyspieszony puls, nietypowy objaw u wampira. Czuł przy tym coś na kształt satysfakcji. Błysnął zębami w uśmiechu, gdy zza kaplicy wychynęła postać grabarza o posępnym wyrazie zapijaczonej gęby.
[akapit] — Mówiłem, że zaraz zamykam... — wychrypiał, owiewając gładką twarz Kosmy wyziewem przetrawionego alkoholu.
[akapit] Prawdopodobnie odepchnął się zbyt mocno, zbyt gwałtownie od muru, stając twarzą w twarz z mężczyzną, mierząc go chłodnym spojrzeniem zdziczałego zwierzęcia, które utknęło w potrzasku. Zaraz jednak złagodniał, patrząc ponad jego ramieniem, prosto w twarz swojej zguby, a przynajmniej tak mu się wydawało. Teraz bowiem każdy cień miał jego skórę, jego dłonie, jego spojrzenie. Widział go wszędzie, jego zapach osiadał na skórze Kosmy jak piętno wiecznej przynależności.
OdpowiedzUsuńPotrzebował prysznica.
[akapit] Kosma zmarszczył nos, gdy dotarła do niego woń alkoholu, wciąż nie patrząc grabarzowi w twarz, powiedział:
[akapit] – Właśnie kierowałem się do wyjścia. – Jego głos wciąż nie miał w sobie zwyczajnego, spokojnego zdecydowania, przypominał bardziej szept kogoś, komu bardzo zaschło w gardle. Czuł dławiące pragnienie. – Niech pan na siebie uważa – wypowiedział ostrzegawczo, cicho, wymijając mężczyznę, i nie musiał na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że tego przeszedł dreszcz.
[akapit] Ruszył w stronę bramy, choć jego umarłe serce zdawało się rwać w odwrotnym kierunku, plącząc mu stopy, myląc rytm stawianych kroków, a jednak stopniowo oddalał się, choć nerwowość nie ustępowała w miarę zwiększania dystansu. Wlókł samego siebie, jak najdalej stamtąd, jak najbliżej pozorów wątłego spokoju.
[akapit] Nawet w swoim domu poczuł się obco, jakby widział niektóre tytuły książek po raz pierwszy. Jakby ktoś mu je przestawił, zmienił doskonale znany nieład, więc ściągnął wszystkie woluminy z półek i układał je do świtu na nowo. Możliwe, że wierzył, iż ta czynność miała odbudować skrupulatnie powstające namiastki prawdziwego życia.
[akapit] Nie odbudowała.
[akapit] Dlatego następnej nocy stał obok samochodu przed jedynym budynkiem, który udało mu się znaleźć w starych księgach własności, a który nadal istniał w Blackheath.
Dom wznosił się dumnie na skraju wrzosowisk. Cegła budynku miała w mroku kolor niepokojąco przywodzący na myśl zaschniętą już krew. W bluszczu, który oplatał budynek, szumiał delikatny chłodny wiatr. Wąskie okna odbijały blask księżyca. Dom nie był zrujnowany, ale też nikt nie dbał do niego latami. Furtka prowadząca na posesję stała wykrzywiona, zapraszając do środka pojedynczymi skrzypnięciami zardzewiałych zawiasów.
[akapit] Skierował się w stronę drzwi, powoli przemierzał każdy metr, zważając gdzie stawia kroki na zbutwiałych deskach schodów, aż do uchylonych drzwi wejściowych.
[akapit] Wnętrze było ogarnięte jeszcze głębszą ciemnością niż ta, która panowała na zewnątrz. Korytarz wciągał swoją głębią, jakby się nie kończył, otulał zapachem wiekowych murów, mieszając się z czymś doskonale mu znajomym. Tytoń, papierosy, stare książki…
[akapit] Spojrzał nagle w bok, mógłby przysiąc, że usłyszał ciche kliknięcie zapalniczki. Jednak jego oczom nie ukazał się płomień, który spodziewał się tam dostrzec.
[akapit] Wiatr na zewnątrz zawiał silniej, jękliwie wślizgując się do wnętrza, ale to nie on sprawił, że Kosma zadrżał. Sprawiło to uczucie, jakby ktoś przesunął po jego karku opuszkami chłodnych, szorstkich palców.
[akapit] Troska Kosmy była zbędna. Nie musiał obawiać się o bezpieczeństwo i los grabarza. Watkin nie zamierzał odebrać mu życia ani nawet pożywić się jego krwią. Nie musiał nawet jej smakować, by wiedzieć, że jest odrażająca, jak coś niezdatnego do spożycia, mogącego potencjalnie zaszkodzić, zamiast przynieść orzeźwienie oraz siły witalne.
OdpowiedzUsuń[akapit] Od tamtego krótkiego spotkania na cmentarzu myśli Watkina krążyły wokół Kosmy częściej. Zupełnie jak gdyby nawet drobne, pozornie nic nieznaczące drobiazgi przypominały mu o tych kilkudziesięciu wspólnie spędzonych lat. Dla zwykłego śmiertelnika stanowiły ułamek wszystkich doświadczeń, dla nich zaś wyłącznie promil.
[akapit] Ciężkie drzwi zatrzasnęły się z łoskotem chwilę po tym jak Kosma zagościł w progach starej rezydencji. Choć od lat pozostawała zapomniana, wciąż robiła wrażenie. Daleko było jednak do lat jej dawnej świetności. Na części zabytkowych mebli, z których zsunęły się prześcieradła, leżała warstewka kurzu. Jego drobinki unosiły się w powietrzu, powodując łaskotanie w nosie. Gdzieś za oknem rozległ się łopot skrzydeł spłoszonego ptaka, który nagle poderwał się do lotu, zaalarmowany hałasem.
[akapit] Choć posiadłość wydawała się opustoszała, wciąż dało się słyszeć ciche dźwięki: kapiąca ze starego kranu woda, trzeszczący parkiet, chrobot pazurów myszy biegających po strychu, stukanie gałęzi w szyby okien... Im dłużej przywiązywało się do nich uwagę, tym więcej dało się ich wychwycić. Paranoja nakręcała się samoistnie. Uroki i przekleństwa wampirzych, wyostrzonych zmysłów, którymi Watkin postanowił się zabawić.
[akapit] Nie umiał sobie odmówić tego spektaklu kosztem Kosmy. Spanikowany wyglądał czarująco, ale czyż nie sam był sobie winien? Przekroczył próg rezydencji z własnej woli, wcześniej znalazł jej adres i postanowił tu przyjechać. Miał sposobność by jeszcze się wycofać, zrezygnować, a jednak podjął odmienną decyzję. Był to przejaw odwagi czy lekkomyślności z jego strony? Na co liczył, składając tę nietypową wizytę? Co próbował poprzez nią osiągnąć? Jaki cel mu przyświecał? Tak wiele pytań krążyło w myślach Watkina, kiedy z ukrycia obserwował czujną postawę swojego dawnego protegowanego.
[akapit] Podążał za nim jak cień, coraz bliżej, ale zataczając kręgi, utrzymując bezpieczny dystans. Nie nabrał pewności co do zamiarów Kosmy.
[akapit] — Syn marnotrawny powrócił. — Szept wypowiedziany niskim, mrukliwym tonem wybrzmiał echem. Uwaga została rzucona w eter zaczepnie, lekko ironicznie. Skorzystał z nadarzającej się okazji i musnął kark Kosmy, nim zniknął w mroku.
OdpowiedzUsuń[akapit] Kiedy ten doskonale znany głos dotarł do uszu Kosmy, przepadł w swoim własnym otępieniu. Świat dookoła przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Był prowadzony już wyłącznie instynktem, chęcią znalezienia źródła swojego niepokoju.
[akapit] Czemu wrócił teraz? – myślał gorączkowo, reagując na każde drgnięcie powietrza, jakby sprzęgając się naturalnymi dźwiękami posiadłości. Słyszał je wszystkie: szmery rozsuniętych zasłon, pracujące pod ciężarem konstrukcji ściany, wciąż stojące po tylu latach, nieugięte.
[akapit] Udało mu się nieco rozluźnić napięte pod skórą mięśnie, jakby pogodził się z nieuniknionym spotkaniem swojego… Właściwie kim był dla niego Watkin? Czy tylko stwórcą, który go przeklął życiem wiecznym, wiecznym pragnieniem ludzkiej krwi? Czy bliżej było mu do kogoś, kogo uwagi i aprobaty pragnął niegdyś tak mocno, że potrafił odczuwać idący z tego fizyczny ból? Przywołanie na myśl tego uczucia budziło teraz niesmak.
[akapit] Podążył dalej ciemnym korytarzem, odkrywając kolejne części domostwa. Stawiał lekkie, powolne kroki na zmęczonej, wysłużonej podłodze, chcąc uniknąć niepotrzebnego hałasu, jakby to cokolwiek zmieniało. Watkin i tak się z nim droczył, dostarczając sobie rozrywki w swoim długim, zbyt długim już, życiu. Kosma był dla niego niczym innym jak zabawką i przynajmniej ta rzecz nie uległa zmianie pomimo upływu lat. Na ich relacji osiadł jedynie kurz, podobnie jak na zapomnianych meblach.
[akapit] Salon, do którego dotarł, zdawał się jeszcze ciemniejszy, chłodniejszy. Serce domu kryło w sobie kolejne zasłonięte białymi materiałami meble, niektóre częściowo odkryte.
Kosma stanął przed jednym z nich, dostrzegając sczerniałą miejscami powierzchnię lustra. Nie spodziewał się tam znaleźć swojego odbicia, oswojony z jego brakiem, a mimo to wypuścił z siebie powietrze, wzdychając.
[akapit] – Wiem, że tu jesteś – powiedział w pustkę. Watkin musiał tu być, inaczej Kosma musiałby uwierzyć i pogodzić się z faktem, że rozpacz przyczyniła się do utraty zmysłów. – Watkin – wysyczał imię mężczyzny przez zęby z nieukrywaną niechęcią, goryczą, jakby mówił o czymś złym i wynaturzonym, zakazanym, czego należało się pozbyć, a jednak na końcu języka poczuł dziwną słodycz, płynącą z nawoływania go.
[akapit] Wołał Watkina myślami. Prosił go, żeby mu się pokazał, prosił, żeby nie był tylko wymysłem wyobraźni, bo wolał go prawdziwego niż wyłącznie nękającego w umyśle. Tego, który składał się z wolno płynącej niczym trucizna krwi i silnych, wytrzymałych kości, mógł zapytać o powód powrotu, mógł go uderzyć i ponownie znienawidzić, tym razem jeszcze mocniej, i brzydzić się tym, co za sobą wiódł.
[akapit] Cóż za paradoks, pragnąć czyjejś uwagi na wyłączność tak zapalczywie, ale pozwolić, by wymsknął się z uścisku palców, i odszedł, zostawiając po sobie pogorzelisko, pustkę. Może chciał, żeby Kosma nauczył się na własnych błędach, żeby wrócił, na kolanach błagając o wybaczenie, o drugą szansę. Może chciał powiedzieć mu “a nie mówiłem?” zblazowanym tonem, nie szczędząc jednak tego irytującego, kąśliwego uśmiechu. Może to pragnienie w nim dojrzewało, rosło, rozrastało się i zatruwało coraz bardziej umysł.
OdpowiedzUsuń[akapit] Po tamtej pamiętnej nocy Watkin podejmował kolejne próby, ale wszystkie spełzły na niczym, pozostawiając go tylko bardziej drażliwym i zgorzkniałym. Ludzie byli słabi, umierali podczas przemiany, a on mógł jedynie z założonymi rękami obserwować jak ich ciałami wstrząsały przedśmiertlne konwulsje, jak toczyli pianę z ust, nieobecnym wzrokiem wodząc po odrapanym suficie. Tyle lat minęło, ale tylko jeden przetrwał. Jeden, jedyny, Kosma.
[akapit] Najwyraźniej Watkin źle znosił odrzucenie. Mówiło się, że czas leczy rany, ale nie uważał, żeby to była prawda. Ta rana wciąż się jątrzyła i nie chciała się zagoić. Targały nim ambiwalentne odczucia. Z jednej strony nadal mu nie wybaczył ucieczki, z drugiej nie przestał za nim tęsknić. Czy tego chciał, czy nie, relacja jaka narodziła się nimi ponad pół wieku temu była dla niego ważna i w jakiś sposób go ukształtowała. Najpierw ukształtowała, a później zniszczyła; z dymem poszła rezydencja, a wraz z nią wizja wspólnej przyszłości.
[akapit] Obserwował Kosmę w milczeniu, tak jak tamtej nocy, kiedy zdecydował się go przemienić. Wiele wspomnień Watkina z czasem się zatarło, ale to pozostawało żywe, jakby to wydarzyło się zaledwie kilka tygodni temu, a minęło… Będzie z pięćdziesiąt pięć lat. Jak to szybko zleciało. Ale Kosma nie zmienił się ani trochę. Te same jasne oczy, gładkie policzki i ciemne włosy, których czas nie zdążył przetkać siwizną. Ponadczasowy, uwieczniony niczym na płótnie.
[akapit] Zdecydował się wyjść z ukrycia, kiedy głośno usłyszał swoje imię. Blask księżyca, który wpadał przez okno podkreślił ostry zarys jego kości policzkowych i nietypowo wykrojonych ust. Przyglądał mu się głęboko osadzonymi, orzechowymi oczami. Ręce miał wsunięte w kieszenie spodni, przez co postawa mężczyzny wydawała się rozluźniona. W rzeczywistości jednak na swój sposób się stresował, nawet jeśli nigdy by się do tego nie przyznał, i nie wiedział co z nimi zrobić, jak się nie zdradzić.
[akapit] — Witaj w domu, Kosma — szepnął w języku polskim. Udał się tam, by lepiej poznać jego korzenie. Języka, trudnego gramatycznie i szeleszczącego w wymowie, nauczył się w mocno ograniczonym zakresie, ale zupełnie wystarczającym do podstawowej komunikacji.
[akapit] Budował swoje własne mauzoleum urazy, żeby to runęło w ułamku sekundy. Przyglądał się tej samej twarzy, której nie potrafił wytrzeć z pamięci, nieważne jak dużo czasu minęło. Te same włosy, ten sam srogi wyraz twarzy, te same dłonie, które wiodły go przez nowe życie, aby następnie popchnąć ku katastrofie.
OdpowiedzUsuń[akapit] Skrzywił się na brzmienie słów, które wypowiedział Watkin. W jego ustach wszystko uległo rozpadowi. Kosma jemu ulegał. Ulubiony język zaczynał brzmieć jak bluźnierstwo.
[akapit] Westchnął ciężko. Jego dom leżał kilka stóp pod ziemią w drewnianej trumnie pod ciężką nagrobną płytą, którą odwiedzał tak często, że jego stopy wydrążyły już odciski w chodniku. Domem było miejsce, gdzie raz po raz umierał z żalu. Miał ochotę mu powiedzieć, wykrzyczeć, ale nie mógł. Słowa ugrzęzły mu w gardle, a serce bolało, choć martwe od ponad pół wieku nie miało do tego prawa.
[akapit] Więc milczał. Spuścił wzrok i milczał.
[akapit] Obecność Watkina rozpełzała się po nim leniwie, potęgując otępiałe uczucie niepokoju. Przyjemny dreszcz potworności.
Zaczął drapać wierzch swojej dłoni. Robił to zawsze, gdy nie potrafił zapanować nad swoimi myślami, a te gnały teraz jak spłoszone nagłym wystrzałem ptaki, rozpierzchając się na wszystkie strony w popłochu. Drapał do czerwoności skóry, do krwi, choć po ranach nie pozostawał już po chwili ślad.
[akapit] Mięśnie nóg drgały mu wyczuwalnie pod skórą, jakby ciało nie mogło się zdecydować krok w którą stronę wykonać. Uciec lub zbliżyć się, a najlepiej oba jednocześnie.
[akapit] – Po co tu jesteś? – zapytał w końcu, błagając w myślach, żeby nie usłyszeć w odpowiedzi, że to on, Kosma, był powodem wizyty. Nie chciał być powodem czegokolwiek. Nie dla niego. Jednocześnie czuł dziwne rozczarowanie na myśl, że to nie on był przyczyną jego powrotu.
[akapit] Doszedł do konkluzji, że jakiejkolwiek odpowiedzi by nie usłyszał, każda była niewłaściwa.
[akapit] – Nie odpowiadaj. – Spojrzał Watkinowi w oczy z nienawiścią, która sprawiała mu fizyczny ból, żołądek zwijał się w konwulsjach. – Po prostu zniknij, nie jestem już twój – mówiąc to, patrzył mu w oczy bez cienia obawy. Może poniekąd miał w sobie małe pragnienie, żeby zostać unicestwionym tu i teraz.
[akapit] Ciało podjęło decyzję za niego. Krok w przód. Dłoń sama znalazła drogę do piersi Watkina. Popchnął go krótko, jakby został poparzony w chwili zetknięcia się z jego ciałem. Starszy wampir zachwiał się pod naporem, cofnął się, trącając ramieniem lustro, któremu wcześniej przyglądał się Kosma. Ciszę rozdarł trzask tłuczonego szkła. Parkiet był usiany odłamkami, które odbijały światło księżyca, ale nie ich oblicza.
[akapit] Przy tym mężczyźnie pęknięte lustro oznaczało zdecydowanie więcej niż siedem lat nieszczęścia. Oznaczało całą wieczność.
[akapit] – Jak zwykle siejesz tylko zniszczenie.
[akapit] Obserwował Kosmę, zachowując milczenie, jak gdyby wykorzystywał przysługujący mu przywilej. Zawiesił wzrok na dłoni, którą Willbur zaczął drapać w nerwowym tiku. Dobrze znał tę reakcję i bez problemu ją zrozumiał. Nic dziwnego, że się denerwował. Nie widzieli się przez pół wieku, na dodatek rozstali się w nie najlepszej atmosferze, bez pożegnania.
OdpowiedzUsuń[akapit] Oczywiście, że to właśnie Kosma był powodem powrotu Watkina; wszystko sprowadzało się ostatecznie do niego. Wydarzenia dzieliły się na te sprzed niego i po nim. Zabawne, że albo tego nie dostrzegał, albo może próbował ten fakt wyprzeć, podświadomie stosując jakiś pokręcony mechanizm obronny.
[akapit] — Już? — powtórzył po nim z uśmieszkiem, który aż chciało się zetrzeć mu z gęby. — Zawsze będziesz mój, Kosma. Czy tego chcesz, czy nie, nosisz w sobie cząstkę mnie — zauważył trafnie.
[akapit] Mógł go nienawidzić; czuć wobec niego złość i gniew, nawet pogardę. Mógł potępiać go za to, że mordował z zimną krwią, że umiał czerpać z tego satysfakcję. Mógł, oczywiście, żałować decyzji o przemianie, ale nie dało się zrobić już nic, by cofnąć czas, odwrócić bieg wydarzeń.
[akapit] Watkin nie poruszył się ani o centymetr, choć przeczuwał, jakie intencje ma mężczyzna. Pozwolił się popchnąć, choć przecież doskonale wiedział, czym to się skończy. Zgodnie z oczekiwaniami, zwierciadło w ciężkiej, mosiężnej ramie runęło z łoskotem na podłogę. Trzask szkła odbił się echem od wysokiego sufitu rezydencji i rozpełzł po salonie niczym wystrzał. Światło księżyca, wpadające przez okna, odbijało się w potłuczonych odłamkach szkła, rzucając dziesiątki srebrnych refleksów. Wyglądały niemal pięknie na tle niszczejącego budynku. Farba na ścianie odchodziła płatami, odsłaniając popękany tynk. Z sufitu zwisał ogromny żyrandol, pokryty warstwą kurzu tak grubą, że trudno było odgadnąć jego prawdziwy kolor. W kątach pajęczyny poruszały się pod wpływem przeciągu.
[akapit] — Teraz dramatyzujesz — westchnął, rzucając obojętne spojrzenie pobojowisku. Miał sentyment do tego lustra, było zabytkowe, ale nie zależało mu na nim tak bardzo, by wszczynać awanturę. Nauczył się, że nie ma większego sensu przywiązywać się do rzeczy ani ludzi. Wszystko prędzej czy później odchodziło w niebyt. Przez krótką chwilę czuł impuls, by wytknąć, że to właśnie on puścił z dymem willę pół wieku temu, ale zdusił tę ochotę w zarodku.
[akapit] Watkin również zbliżył się do Kosmy. Wyciągnął ku niemu rękę, ale nie po to, żeby zadać mu ból; zamiast tego przyciągnął go do siebie niemal ojcowskim gestem. Pogładził wampira po potylicy.
[akapit] — Przykro mi z powodu twojego męża. Moje kondolencje — szepnął mu na ucho, owiewając je chłodnym oddechem.
[akapit] Zastanawiał się nad decyzją Kosmy. Próbował zrozumieć dlaczego nie zdecydował się przemienić mężczyznę, kiedy ten wciąż był w sile wieku, co dawało większą szansę na powodzenie przedsięwzięcia. Czy zaproponował mu to, czy może moralność nie pozwoliła mu nawet wyjść z taką propozycją? Watkina ciekawiły motywacje Willbura, ale to nie był dobry moment, by zarzucić go pytaniami. Prawdopodobnie i tak na żadne z nich nie udzieliłby odpowiedzi.
[akapit] Nie był jego, był swój własny, a jednak wybrakowany, jakby właśnie tego poczucia przynależności pragnął każdą cząstką swojej osoby. Wałęsając się ostatni rok bez celu, jakby wszystko miało mniej sensu. Nawet słowa układały mu się w bardziej chaotyczne, źle brzmiące zdania, gdy przecież przeżywał jeden z wielkich koszmarów – stratę.
OdpowiedzUsuń[akapit] Stratę, której nie mógł zatrzymać. Nie mógł cofnąć. Nie mógł nawet podzielić z kimś, kto rozumiałby ją w pełni.
[akapit] Inne wampiry wiedziały, czym jest wieczność, wiedziały czym jest przemijanie i przekleństwo patrzenia, jak wszystko, co kochali, rozpadało się w proch. Nie mieli jednak prawa wiedzieć, czym było dla niego to jedno krótkie życie. To jedno istnienie, które wybrało jego, mimo że nie powinno.
[akapit] Kosma zamarł z opuszczonymi wzdłuż ciała ramionami, nie bardzo spodziewając się takiego obrotu spraw. Może wolałby, żeby Watkin był wściekły, żeby wyśmiał jego postępowanie, żeby powiedział jak głupim było ukochanie sobie kogoś, kto miał tak mało czasu, był tak ulotny. Łatwiej byłoby znieść pogardę niż współczucie.
[akapit] – Nie mów o Nim. – Pragnął wysyczeć te słowa i włożyć w nie tyle jadu, ile było to możliwe, ale głos mu się załamał, zdradzając go. – Nie masz prawa wspominać o Nim, nie wiedząc, jak patrzył na świat i jak potrafił sprawić na chwilę, że zapominałem, czym jestem – mówił, poddając się. Oparł czoło na męskim ramieniu, godząc się ze swoją przegraną. – Po prostu o Nim nie mów.
[akapit] Podniósł głowę, znów patrząc w oczy wampira, tym razem jednak nie kryło się w tym spojrzeniu nic nienawistnego. Był po prostu przepełniony bólem, zmęczeniem i smutkiem, zagubiony we własnej żałobie, którą okrywał się, pokrywając kurzem jak wnętrze tego pomieszczenia. Nie widział jej końca, jakby miała z nim już na zawsze pozostać.
[akapit] Smutek stał się tak naturalny, że niemal bardziej niż głód krwi definiował jego istnienie.
[akapit] Odetchnął przez nos, przymykając lekko powieki, uspokajając się.
[akapit] – Jesteś tu, bo nie udało ci się stworzyć nikogo innego, czy po prostu się znudziłeś? – zapytał z niekrytymi wyrzutami, nie mogąc w końcu pohamować naturalnej dla siebie ciekawości. Przywykł do zgłębiania tematu, do męczenia tymi samymi pytaniami, aż do uzyskania szczerej odpowiedzi, natomiast Watkin lubił swoje półprawdy. – Miałem przez twój powrót bardzo nieprzyjemne spotkanie z łowcami. Szukają cię i wiedzą, że wróciłeś. Co gorsza, wiedzą też, że mam z tobą coś wspólnego. To chyba największe przekleństwo – wypowiedział cicho, wciąż się nie odsuwając.
[akapit] Stali tak blisko siebie, że Kosma czuł chłód bijący od jego ciała. Dawniej ten chłód oznaczał bezpieczeństwo. Był obietnicą, że ktoś silniejszy od niego stał obok, że nie musiał sam mierzyć się ze wszystkim, co przynosił świat, że każdy jego czyn był usprawiedliwiony, że pochłaniająca go coraz bardziej otchłań była miejscem bezpiecznym i niemal dobrym, że wszystko inne na świecie było niewłaściwe.
[akapit] Tak łatwo byłoby się znów zatracić w tym grobowym dotyku.
[akapit] — Jak sobie życzysz, ale chcę żebyś wiedział, że byłeś świetnym mężem — mruknął cicho. Naprawdę tak uważał; nie mówił tego, by pocieszyć Kosmę albo w jakiś sposób nim manipulować. Watkin nie wiedział jeszcze, czy zdradzić Kosmie, że obserwował z bezpiecznego dystansu to, jak ostatnio mu się wiodło. Mógł wykorzystać moment największej słabości Willbura, ale… nie zrobił tego. Wystarczyło jednak popatrzeć na to, jak wampir cierpiał po stracie człowieka, którego darzył uczuciem, by dojść do takiego wniosku.
OdpowiedzUsuń[akapit] Przez ponad trzysta lat włóczenia się po świecie obserwował już wiele par. Przyglądał się temu, jak zachowywali się ludzie po kilku miesiącach i po kilkudziesięciu latach związku. Często wraz z biegiem czasu początkowa fascynacja drugą osobą znikała, podobnie jak motyle w brzuchu, stopniowo do relacji wkradała się monotonia, przyzwyczajenia partnera zaczynały irytować, aż w końcu ludzie odsuwali się od siebie. Niekiedy nawet zaczynali pałać do siebie nienawiścią, zamiast miłością. Słyszał powiedzenie, według którego dzieli je tylko jeden krok i może rzeczywiście kryło się w nim trochę prawdy.
[akapit] Jednak jego fascynacja Kosmą nigdy się nie rozmyła. Wciąż mu towarzyszyła, nawet po tym jak pół wieku się nie widzieli, nadal powracał do niego myślami. Brakowało mu obecności młodszego wampira, pomimo tego w jakich okolicznościach ich drogi się rozeszły. Żałował tego, choć nie był typem osoby, która mówiła o takich rzeczach na głos. To nie było w jego stylu, choć czasami nawet on potrafił zaskoczyć. A podobno starego psa nie da się nauczyć nowych sztuczek.
[akapit] — Doprawdy? — rzucił tonem, który wyrażał brak zaskoczenia. Łowcy od dawna interesowali się jego osobą. Co jakiś czas z honorami żegnali kolejnych członków swoich śmiesznych bractw, którzy tak zapalczywie usiłowali go złapać. Lepiej dla nich, gdyby nie wchodzili mu w drogę. Łatwiej byłoby mu zrozumieć chęć zemsty za kogoś bliskiego, niż walkę “dla dobra sprawy”. Ludzie niczego nie robili bezinteresownie, nawet jeśli twierdzili inaczej. Ich życie było krótkie i ulotne, tak niewiele trzeba by obrócili się w perzynę, a mimo wszystko znajdowali się tacy, którzy na własne życzenie robili wszystko, by jeszcze szybciej się z nim rozstać.
[akapit] — Jestem tu, bo to moje miejsce — odrzekł spokojnie. Choć na co dzień był porywczy, to wobec Kosmy starał się kontrolować emocje. Nie chciał mu się dać sprowokować, a tym samym popsuć ich relacji jeszcze bardziej. Już i tak obaj stąpali po kruchym lodzie, balansując na granicy między konfliktem a pokojem. — Jestem tu, bo ty tu jesteś, Kosma — dodał, delikatnie gładząc jego włosy.
[akapit] Wierzył mu, wierzył w każde jego słowo i karcił się za to. Karcił się za każdą wątpliwość pojawiającą się w jego głowie, gdzie myśli płynęły coraz wolniej, otumanione obecnością drugiego wampira, ale wciąż były nieułożone, poplątane, posklejane w bezkształtną breję okropieństw.
OdpowiedzUsuń[akapit] Tak właśnie zaczynało się zawsze.
[akapit] Wystarczyło kilka gestów, kilka spokojnie wypowiedzianych słów, żeby go rozbroić i sprawić, że miał ochotę przymknąć oczy, wybaczyć każe odebrane istnienie, każde rozminięcie się z prawdą. Nic się nie wydarzyło. Nie uciekł. Nic nie spłonęło wraz z ciałami osuszonymi z krwi. Żadna z tych rzeczy nigdy nie miała miejsca, bo przecież tak niewiele uległo zmianom. Obaj wyglądali tak samo, zamrożeni w swoich wiecznych chłodnych formach.
[akapit] – Nie powinieneś mówić takich rzeczy – wyszeptał, wykonując krok w przód, zmuszając Watkina do cofnięcia się. Kolejny krok i jeszcze jeden. Pod ich butami chrzęściły kawałki rozbitego lustra aż znów wszystko ucichło, gdy plecy mężczyzny zetknęły się ze ścianą.
[akapit] Kosma przyjrzał mu się badawczo. Szukał w jego twarzy najmniejszego śladu zawahania. Drgnięcia mięśni. Kłamstwa. Czegokolwiek, co pozwoliłoby mu odzyskać grunt pod nogami i przypomnieć sobie, że powinien mu nie ufać. Nie znalazł żadnej z tych rzeczy.
[akapit] – Nienawidzę tego, że nie wiem, kiedy mówisz prawdę, a kiedy rzeczy, które chcę usłyszeć – wypowiedział unosząc dłoń na wysokość jego klatki piersiowej, układając ją w miejscu, gdzie powinno być w pełni sprawne serce. Było, ale działało wolniej, a na dodatek pompowało tę samą krew, która przemieniła go w potwora na jego własne życzenie.
[akapit] Miał ochotę wyrwać narząd z jego piersi, bo pomimo tego, że czuł pod palcami jego leniwą pracę, to stracił wiarę w jego istnienie, jakby Watkin też był wyłącznie jego własnym wytworem, senną marą, która wydostała się na powierzchnię poza podświadomość.
[akapit] Czasami rzeczywistość i fikcja mieszały mu się tak bardzo, jak prawda i kłamstwa jego stwórcy. Czy więc miało znaczenie gdzie zaczynało się jedno, a kończyło drugie?
[akapit] Był zmęczony, był tak zmęczony.
[akapit] – Nie wiem co myśleć. O tym. O tobie. Wszystko rozpływa się w tak obrzydliwą masę i nie mam czego się chwycić – mówił cicho, znów pochylając czoło do jego ramienia, układając je w zagłębieniu szyi w znanym sobie na pamięć odruchu.
[akapit] Kiedyś robił tak chwilę po tym, jak Watkin gryzł jego szyję i pił krew.
[akapit] Teraz robił tak, bo znajomy chłód drugiego wampira koił zszargane nerwy.