.𖥔 ݁ ˖๋ ࣭ ⭑
.𖥔 ݁ ˖๋ ࣭ ⭑
Realia Londyn roku 2026 niemal nie widzi słońca. Deszcz spływa po szybach wieżowców, zalewa ulice i zbiera się w ciemnych zaułkach miasta. Neonowe światła odbijają się w mokrym asfalcie, a tłumy ludzi przesuwają się przez stacje metra, nie zwracając uwagi na twarze mijane każdego dnia. W tym samym tłumie żyją wampiry.

Wampiry od wieków funkcjonują w cieniu. Część z nich ledwo utrzymuje się przy życiu. Wygłodzone, agresywne i wyniszczone ukrywają się w opuszczonych budynkach, kanałach i podziemiach miasta. Inne należą do starych rodów posiadających ogromne wpływy. Kontrolują firmy, kluby nocne, prywatne kliniki i sieci informatorów. Ich nazwiska pojawiają się wśród elit Londynu.

Za wampirami polują łowcy. Niektórzy działają dla tajnych sekcji rządowych, które od lat ukrywają prawdę przed społeczeństwem. Inni pracują samotnie. Byli żołnierze, policjanci, ludzie szukający zemsty albo ci, którzy całe życie wychowywani byli do walki z nocnymi istotami.
highlight
administracja
Kontur; discord: @kon1ur
Aktualia Rok 2026 przyniósł londyńskiej społeczności wampirów okres napięć i politycznych zmian. Istoty nocy nadal funkcjonują w ukryciu, zachowując ostrożność wobec ludzi oraz organizacji zajmujących się tropieniem nadnaturalnych zagrożeń, jednak w ostatnich miesiącach coraz częściej mówi się o możliwym przymierzu zawartym pomiędzy trzema najpotężniejszymi rodzinami wpływającymi na życie londyńskiego podziemia. Według krążących plotek sojusz ma ustabilizować sytuację w mieście, ograniczyć konflikty pomiędzy rodami oraz umocnić ich kontrolę nad najważniejszymi dzielnicami i nocnymi interesami stolicy. Choć żadna ze stron oficjalnie nie potwierdziła tych informacji, przygotowania do wielkiego balu celebrującego zawarcie porozumienia zdają się jedynie podsycać spekulacje.
⊹ Karty Postaci ⊹

Każdy gracz musi stworzyć kartę postaci, która może bazować na gotowym kodzie do karty postaci.


Nie narzucamy treści karty, ale pamiętaj, że jest to wizytówka Twojej postaci.


Kart postaci nie numerujemy.


Wszelkie dodatki do kart postaci należy datować z datą 2020 lub wcześniejszą.


Obowiązkowe etykiety do każdej karty postaci to: imię i nazwisko postaci, wasz pseudonim z blogosfery, karta postaci.


Nie narzucamy tytułu w karcie postaci. Wpisujecie, co wam się podoba.


W treści karty znaleźć się muszą: imię i nazwisko postaci, wiek, wskazanie roli: wampir, łowca czy śmiertelnik.


Po 200 oduatorskich komentarzach pod kartą postaci należy opublikować post z nową kartą i poprosić administrację w odpowiednim dziale o podmianę linków.


Nie posiadamy limitu postaci.


Nie trzeba rezerwować wizerunków, jeśli korzysta się z pojedynczych zdjęć nieznanych osób, ale jeśli zależy ci na rezerwacji, zgłoś to w odpowiednim temacie.
⊹ Posty oraz aktywność ⊹
⊹ Pisanie wątków ⊹


Pod kartami postaci pozostawiamy jedynie komentarze odautorskie!


Aby rozpocząć rozgrywkę fabularną/wątek/fabułę z inną postacią, opublikuj post z opisem wątku. Do treści posta możesz (nie musisz) użyć gotowego kodu. Historię rozpisujecie w komentarzach pod tym właśnie postem. Obowiązujące etykiety: imiona i nazwiska postaci biorących udział oraz hasło wątek.


Aby orientować się w prowadzonych wątkach proponujemy, nie jest to jednak obowiązkowe, aby założyć post z chronologią. Aby założyć post z chronologią możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z chronologią z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj chronologię w karcie postaci.


Stwórz post opisujący istniejące relacje Twojej postaci. Aby założyć post z relacjami możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z relacjami z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj relacje w karcie postaci.


Wskazane jest publikowanie opowiadań o Twojej postaci, ale nie są one obowiązkowe. Chcemy o twojej postaci wiedzieć jak najwięcej! Skorzystaj z wzoru na początek opowiadania. Do każdego opowiadania dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, opowiadanie.


Nie musisz, ale możesz pokusić się o założenie posta z telefonem postaci. Aby założyć post z telefonem postaci możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z telefonem z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj telefon w karcie. Do każdego posta z telefonem dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, telefon.

⊹ Limity czasowe ⊹


Aby nie przysłaniać zbyt często treści innych autorek i autorów, narzucamy limity czasowe.


Pomiędzy kartą postaci a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.


Pomiędzy karta postaci a opowiadaniem — 24h plus minimum 2 komentarze pod opowiadaniem.


Pomiędzy karta postaci a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.


Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a kartą postaci — 1h bez limitu względem komentarzy.


Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a opowiadaniem — 1h bez limitu względem komentarzy.


Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a rozgrywką fabularną — brak limitu.


Pomiędzy opowiadaniem a opowiadaniem — 24h oraz co najmniej 2 komentarze pod opowiadaniem.


Pomiędzy opowiadaniem a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.


Pomiędzy opowiadaniem a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.

⊹ Obecności i urlopy ⊹


Na blogu występują comiesięczne listy obecności trwające tydzień. Karty postaci osób, które nie zgłosiły obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych.


Aby uniknąć przesunięcia karty do wersji roboczych, należy zgłosić urlop w odpowiednim dziale. Maksymalny czas urlopu to dwa miesiące. Po tym czasie karty postaci danej osoby zostaną przeniesione do wersji roboczych.


Jeśli zniknęliście a marzy wam się powrót, chęć tę należy zgłosić w odpowiednim temacie. Cieszymy się, że do nas wracasz! No hard feelings. ☺

⊹ Wartości ⊹
Bunt Ikara powstał z potrzeby tworzenia przestrzeni, w której każdy może czuć się bezpiecznie, widziany i traktowany z szacunkiem.

Wspieramy ludzi — bez względu na płeć, tożsamość, orientację, wyznanie, pochodzenie, neurotypowość czy używane zaimki. Wierzymy, że różnorodność jest wartością samą w sobie i że to właśnie ona napędza literaturę, narrację i wspólnotę.

Nie akceptujemy treści ani postaw, które naruszają prawa człowieka, promują nienawiść lub wykluczenie.

Jednocześnie stawiamy jasne granice: nie publikujemy ani nie promujemy tematów związanych z gwałtem, przemocą seksualną ani brutalnym, pornograficznym okrucieństwem, przemocą wobec zwierząt, torturami, gloryfikacją nadużyć, mową nienawiści, dehumanizacją, wykorzystywaniem nieletnich ani treściami służącymi szokowaniu kosztem cudzej krzywdy.

Bunt Ikara to miejsce dla osób, które chcą tworzyć treści odpowiedzialnie, z wrażliwością na innych i odwagą w eksplorowaniu świata, ale nie kosztem czyjegoś bezpieczeństwa.
Za kodowanie oraz grafikę Buntu Ikara odpowiada Kontur. Wszelkie prawa autorskie do kodów są zastrzeżone.
krok po kroku strona główna karty postaci realia FAQ zapisz się discord administracja poszukiwania

niedziela, 12 lipca 2026

and the truth shall bind you

16.07.2026DOPUSZCZENIE WIN pisane przez TOM MAYERS oraz YAUSEF SASSONHUNTER AND HANDLER FORCED COOPERATION
In every cry of every Man, / In every Infants cry of fear, / In every voice: in every ban, / The mind-forg'd manacles I hear London, William Blake

24 komentarze

  1. Przez chodnik, pociemniały od wilgoci, ciągnął się sznur wąskich śladów, lekko odbitych na betonie, jakby stopy tylko muskały ziemię. Chodzenie po wodzie to sztuczka chrześcijan, więc kiedy Yausef wdepnął w głębszą kałużę, chłód od razu wdarł się do wnętrza butów. Skarpetki stały się mokre, cholewki ociekały deszczem.
    [akapit]Każda nierówność i wszystkie pęknięcia dawały o sobie znać pod cienkimi podeszwami. Yausef celowo wybierał takie modele – lubił czuć grunt pod nogami i poruszać się bezszelestnie. Mimo to ktoś go przecież śledził, i to już od dwóch czy trzech tygodni. Od kiedy wypuszczono go z aresztu.
    [akapit]Któregoś wieczora, gdy zgrzytał suwak torby termicznej – w której przed momentem wylądowały dwa kebaby, zawinięte w folię aluminiową – ktoś zakręcił się przy rowerze. Ale gdy Yausef wyleciał na zewnątrz, z okrzykiem na ustach, jednoślad stał przypięty do barierki i nikt go nie niepokoił. Innym razem butelka zostawiona przy śmietniku potoczyła się pod jego nogi, choć okolica była pusta, a wiatr zupełnie ucichł. Ktoś ją musiał kopnąć, ale po ulicy poniósł się tylko brzęk szkła. Potem jeszcze, gdy wbiegł do kamienicy i w drodze na półpiętro przeskakiwał po dwa stopnie naraz, usłyszał skrzypnięcie zawiasów i ciche kliknięcie zamka – ale kiedy wychylił się ze schodów, sień świeciła pustką.
    [akapit]Zmieniał trasy, slalomował po Londynie, w poszukiwaniu coraz to absurdalniejszych zmyłek zapuszczał się w tereny, do których zazwyczaj nie miał potrzeby zaglądać. Dałby sobie rękę uciąć, że nie zdradził jednak najważniejszego – położenia Heresu. Ogona jednak nie zgubił, raczej gonił własny, choć mógłby przysiąc, że czasem był bliski jego pochwycenia, że czasem niemal widział merdający cień na murach bloków.
    [akapit]Nie odkrył go nigdy. W zamian tego przemieszczał się po mieście, nosząc na sobie cudze spojrzenie.
    [akapit]Teraz zaś miliony oczek patrzyły z siatki, która wyrastała tuż przed nim. Wsadził czubek buta na dogodnej wysokości i rozpoczął wspinaczkę po ogrodzeniu, a kiedy wylądował po drugiej stronie, naciągnął T-shirt na nos. Czuły węch bywał przydatny, ale stawał się przekleństwem, gdy przyszło krążyć wokół śmietników.
    [akapit]Przykleił się plecami do jednego z kontenerów i zaparł nogami o kostkę brukową, żeby ruszyć zbiornik, a potem przepchnąć go już rękami. Pod stertą kamieni krył się właz, wykuty stulecia temu przez jakiś zakon łowiecki, zawalony od dobrych kilkudziesięciu lat, prawdopodobnie z winy wampirów. Heres od dawna pracował nad przywróceniem go do użytku. W końcu się udało.
    [akapit]Przed wskoczeniem do środka Yausef zrzucił plecak z ramion. Trzeba było się przepakować. Dostał nagły cynk, więc musiał działać od razu, aby nie zniweczyć wspólnych wysiłków swoich braci i sióstr – mimo że nie był do akcji perfekcyjnie przygotowany. Nie dziś miała się odbyć.
    [akapit]Wyciągnął zip hoodie, które natychmiast na siebie zarzucił, a potem przytroczył pas. Przełożył do niego nóż sprężynowy, wyjęty z kieszeni spodni, ze srebrnym ostrzem teraz schowanym w rękojeści, bogato zdobionej ornamentami, które cierpliwie wycinał miesiące temu. Do kabury schował poręczny rewolwer Smith & Wesson Model 60, z pięcioma tylko srebrnymi nabojami. Zapasu brakowało, więc trzeba będzie strzelać celnie. Dołożył jeszcze racę świetlną.
    [akapit]Ostatnim elementem był długi sznur. Palce sprawnie przeskakiwały pomiędzy splotami, kiedy przewlekał go i wiązał przez hak przy włazie. Yausef schował plecak za kamieniami, wrzucił linę do otworu i podążył jej tropem.
    [akapit]Podziemia Soho zwyczajowo przywitały go półmrokiem, rozrzedzanym nieśmiało przez księżycową łunę. Z góry spadło parę kamyczków, a w ślad za nimi – opadła srebrna poświata, w której reflektorze, niczym miejskiej aureoli, stał Yausef i poprawiał pas. Musiał przejść parę kroków w pochyleniu, a w miarę jak sufit kurczył się coraz bardziej, poniżyć się aż do parteru i przeczołgać kilkanaście metrów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [akapit]Tunel nie przyjmował ludzi stojących – najpierw trzeba było mu oddać pokłon, potem także swobodę ruchu i oddech, spłaszczony między piersią a zimnym kamieniem. Musiał przycisnąć się do ziemi, jakby świat nie pozwalał przekroczyć tej granicy w pozycji człowieka, lecz najpierw nakazywał skarlać do postaci mniejszej. Zwierzęcia. Robaka. Ciała wsuwanego do grobu. Dopiero wtedy puszczał cię dalej.
      [akapit]Yausef mógł paść na kolana. Wolałby tylko wiedzieć przed czym.
      [akapit]Kiedy odzyskał pion, odetchnął z ulgą. Włosy, posklejane deszczem, nie dostały nawet szansy, by wyschnąć. Teraz zimny pot lepił kędziory do czoła.
      [akapit]Sznur się skończył niedaleko później, więc tylko go przygwoździł czymś ciężkim, i ruszył w dalszą wędrówkę. Za jakiś czas, jak donosili informatorzy, podobną ścieżką – tylko z naprzeciwka – miał nadbiec wampir, któremu odcięto inne drogi ucieczki. Tylko na rozwidleniu mógł jeszcze skręcić w drugą odnogę, ale po to był Yausef. By do tego nie dopuścić.
      [akapit]Schował się przy rozstaju, w gotowości. Prawa dłoń ściskała racę, lewa – zacisnęła się na rewolwerze, z palcem wskazującym nad spustem. Czekał na wampira.
      [akapit]Pamiątkę ich pierwszego spotkania nosił na sobie. Czerwone ślady wciąż jeszcze tworzyły wzory na przedramieniu, teraz już jednak bledsze i poprzetykane nową, wrażliwszą tkanką, na razie nieco jaśniejszą od odcienia skóry Yausefa. Zdaniem Salmy, medyczki z Heresu, wszystko goiło się ładnie i już wkrótce nawet blizna miała zniknąć. Nie mógł się tego doczekać. Ziołowy zapach maści prześladował go i drażnił w nos.
      [akapit]Znał więc tego wampira, choć nie z twarzy. Twarz widział wtedy tylko przez moment, przeciętą cieniem i światłem latarek, nim zniknęła między regałami. Pamiętał za to jego ruch, zbyt szybki, żeby należał do zwyczajnego człowieka. Pamiętał trzask przewracanych skrzyń, rozprute worki z mąką i bandażami, puszki toczące się po betonie, każda w inną stronę. Potem ogień, który znalazł sobie drogę szybciej niż oni znaleźli wyjście.
      [akapit]Magazyn z pomocą dla Palestyny palił się długo. Na kartonach czerniały napisy po arabsku, zanim pochłonęły je płomienie, a dym wynosił pod dach lekarstwa, koce i mleko w proszku, jakby składał je w ofierze Bogu, którego nikt tam nie zapraszał.
      [akapit]Następnego dnia służby znalazły Yausefa, ze wszystkich stron go okrążyły, jakby stanowił jakieś zagrożenie. Nie wyrywał się, gdy go skuwano – mimo to stwierdzono, że nie jest skory do współpracy, bo milczał uparcie. Kłamstwa utykały mu w gardle, a przecież dla dobra sprawy musiał zachować prawdę dla siebie, więc mimo najszczerszych chęci do pomocy, niewiele słów wypowiedział. Przeprosił, zapewnił, że był to wypadek, ale chyba nikt mu nie uwierzył. Nie mógł się temu dziwić.
      [akapit]Bardziej zaskoczyło to, jak szybko go wypuszczono. I że oskarżenia o rytualny akt terroryzmu tajemniczo zniknęły, rozpuszczone w urzędniczej ciszy, zanim dobiegły uszu opinii publicznej. Do tej pory żył w niewiedzy, co za tym stało.
      [akapit]Nadchodziła chwila, by wrócić do niedokończonych spraw – choć nie z zemsty. Czas sączył się przez podziemia powoli, kropla po kropli, odmierzany wodą spadającą gdzieś w ciemności. Yausef czekał, aż usłyszał kroki, zwielokrotnione przez echo. Napiął się automatycznie i uniósł prawą rękę, gotową do rzutu.
      [akapit]Gdy wampir wdarł się w pole widzenia, raca poszybowała w lewy korytarz. Nagły rozbłysk zatrzymał i oślepił upiora, który cofnął się i odwrócił tułowiem wprost do Yausefa, a ten bez wahania strzelił.
      [akapit]Celował w serce – a przynajmniej: powinien był. Zadziałało jednak przyzwyczajenie i srebrny nabój, choć wbił się bardzo blisko, nie trafił w sam środek. Tak działał Heres. Chciał osłabić, by pojmać wampira żywcem, krępując jego ciało srebrnymi łańcuchami. Wszystko to, by przewieźć go na łowieckie tereny i wystawić ku słońcu.

      Usuń
    2. [akapit]Dzisiaj było jednak inaczej. Yausef – pozbawiony łańcuchów, towarzyszy broni i możliwości przewiezienia stworzenia nocy – powinien zabić na miejscu. Wampir przeżył pierwszy strzał, ale rażony z bliska zrobił krok do przodu, zachwiał się i runął na ziemię.
      [akapit]To był tylko chwilowy stan. Potwory regenerowały się błyskawicznie, więc czas naglił. Trzeba podejść i zapakować kolejną kulkę, tym razem w centrum, tak słabo bijące. Yausef wiedział, że to rozsądne, i wiedział, że nie może tak postąpić.
      [akapit]Ręka z rewolwerem, przed chwilą tak pewna, teraz zadrżała. Opuścił ją i schował broń do kabury, a czubkiem prawego buta nadepnął na lewy i go zdjął. Podobnie zrobił z drugim. To nie pora na żałobę, więc tylko stanął w samych skarpetkach na zimnym kamieniu i przez jedno uderzenie serca pozwolił ciszy należeć do umierającego.
      [akapit]Doskoczył do rannego przeciwnika i przetoczył na plecy, a kolana docisnął do jego piersi. Palce już znalazły nóż sprężynowy, srebro lekko błyszczało w ciemności. Yausef spojrzał w oczy wampira i skinął głową. To koniec. Wbił ostrze prosto w serce. Ciało szarpnęło się pod nim raz, gwałtownie, potem drugi i kolejny, wstrząsane drgawkami. Wampir otworzył usta, ale wydostało się z nich tylko niezrozumiałe rzężenie. Przez kilka sekund posyłał wciąż przytomne spojrzenie, aż w końcu zgasł.
      [akapit]Dopiero wtedy serce ucichło, a Yausef zamknął powieki zabitego. W następnej chwili ciągnął już za nóż, podrywając się na nogi. Rewolwer z powrotem w lewicy, uniesiony, bo oto przez podziemia przetoczył się dziwny odgłos powolnych braw.
      [akapit]– Ujawnij się – poprosił chrapliwym głosem, nieużywanym od godzin.
      [akapit]Miał sucho w ustach, pod językiem poczuł spękane wargi. Przy mówieniu kopnął w stosik kamyków, które poturlały się na wszystkie strony. Ich stukot rozszedł się po korytarzach, odbił od ścian i wrócił z bocznych odnóg, mnożąc źródła dźwięku.

      Usuń
  2. Tom Mayers to w gruncie rzeczy chłop całkiem poczciwy: pamięta o urodzinach, gdy trzeba, pomoże wnieść zakupy, ceni sobie lojalność, a pieniądze nigdy nie przyćmiły mu powodów, dla których podjął się swojej pracy. Przeżył niemały szok, kiedy okazało się, że oddział specjalny, którym ma się zająć to nie odnoga do walki z cyberterroryzmem, jak początkowo mu wmawiano, a prawdziwie tajne skrzydło. Z tajemnicami nigdy nie było mu do twarzy, szczególnie gdy nie do końca je rozumie, a po powrocie do domu trzeba jakoś odpowiedzieć na pytanie jak było?. No więc odpowiadał, krótko, zdawkowo i bez szczegółów, bo ciężko poruszać temat istnienia wampirów, gdy nie możesz nikomu powiedzieć o istnieniu wampirów. Nie pomagało również, że w ogólnym rozrachunku, wiedza zespołu nie jest zbyt rozległa. Jakiekolwiek śledztwa zdawały się prowadzić donikąd, informacje raczej nie znajdowały pokrycia w rzeczywistości, a ciśnienie z góry jedynie rosło - bo jak to tak, bez rezultatów?
    Tom wątpi, by jego poprzednik pokazywał się z rezultatami, skoro przekazana mu dokumentacja temu przeczyła, ale nie kłóci się, bo zna takich dziadów jak jego szef i dużo lepiej wyjść można na milczeniu. Nie daj boże, wspomniałby też coś o jego wąsie i rozpocząłby krucjatę.
    Ta poczciwość Toma ma jednak swoją cenę i przypłacać ją trzeba, czasem w niezwykle absurdalnych momentach.
    To konkretne nagranie trafia do niego wraz z innymi i zanim udaje mu się je obejrzeć, mijają dwa dni. W związku z niepokojącą ilością zaginięć, każe - praktycznie wszędzie gdzie sięga - wysyłać sobie materiał z doków, tym szczególniej, gdy dzieje się na nim coś niepokojącego. Nie ma zbyt wielkiej nadziei, że podobną metodą uda się cokolwiek osiągnąć, ale że stoją w miejscu, wymagane są jakiekolwiek działania.
    W ten sposób trafia na tego chłystka, a jego poczciwość wystawiona zostaje na próbę. Ma do wyboru bowiem kilka opcji. Może nie robić nic, co równało się będzie zarzutom terroryzmu wobec chłopaka z nagrania - mógłby umyć od tego ręce, może nawet kiedyś znów spać spokojnie. Może poruszyć za sznureczki i mu pomóc: ot tak, z dobroci serca. I, może też, poruszyć za sznureczki, znaleźć go i wykorzystać dla swoich własnych celów, jak na prawdziwą szuję przystało.
    Obserwując jak ten wychodzi z aresztu, próbuje uwierzyć w to, że skoro z jego akt zniknie słowo terrorysta to nie jest totalnym kutafonem, ale zadanie to proste nie jest.

    Daje sobie trochę czasu na rekonesans. W innych okolicznościach pewnie zleciłby tak przyziemne zadania jak śledzenie (nie)podejrzanego, któremuś z młodszych kolegów, którzy ewidentnie tylko czekali żeby wejść mu w tyłek i wykazać się. Sytuacja była jednak delikatna, sam cel w dużej mierze nieodgadniony, więc angażowanie w to osób trzecich, wydawało się lekkomyślne.
    Dość szybko docenia tę decyzję: okazuje się że powrót w teren jest jak jazda na rowerze. I o ile odsunięcie się za biurko miało znaczenie, gdy powrót do domu był istotną częścią codzienności, tak teraz, gdy w czterech ścianach nie czekało na niego nic poza kurzem, niebezpieczeństwo jedynie wzbudza ekscytację. Obserwuje chłopaczka uważnie, przez większość czasu nie dostrzegając nic interesująco. Kilkakrotnie robi się głodny. Każdorazowo wraca z niczym. A przynajmniej do tego wieczora, który rozpoczyna się jak każdy poprzedni, a kończy w dziwnym tunelu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marszczy brwi, spoglądając w dół, w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą musiał stać Yausef i jako typ nazbyt może teatralny, przewraca oczami. Oczywiście, że nie mogą zostać na chodniku - jak normalni ludzie. Oczywiście, że ten wspaniały plan równać się musi dziurze w ziemi. W tej konkretnej chwili żałuje, że jednak nie znalazł innego frajera do śledzenia chłopaczka. Chwila ta nie mija szybko: gdy po wskoczeniu do środka i przejściu kilku metrów okazuje się, że wymagane są skłony, a później i czołganie się, chęć by jednak wrzucić dzieciaka do aresztu, wzmaga się.
      Rozsądek podpowiada, że obecne położenie oznacza jednak konkretną akcję i najprawdopodobniej nie jest to skomplikowana dostawa z uber eatsa. A skoro tak, może kurz i wąskie przestrzenie zostaną mu wynagrodzone faktyczną wiedzą. Z tą myślą, przeciska się głębiej, podążając za naprężonym sznurem, a kiedy dochodzi do jego końcówki, poprawia broń w kaburze, resztę trasy pokonując już dużo ostrożniej. To czy chłopaczyna go zobaczy, czy nie staje się drugorzędne przy tym, że on sam ledwo dostrzega własne stopy przy marnym świetle latarki z telefonu.
      Zatrzymuje się niedługo później. Robi się jaśniej, odrobinę szerzej i Tom może się też w pełni wyprostować. Wzrok przyzwyczaja się i Tom w końcu widzi znajomą sylwetkę ustawioną do niego plecami. Na rozwój wydarzeń nie musi czekać długo.
      Mayers, wchodząc do tunelu, spodziewał się wymiany informacji, może że go chłopaczyna doprowadzi w jakieś tajne miejsce spotkań, przy dobrych wiatrach, że zobaczy coś, co będzie mógł użyć przy śledztwie dotyczącym niedawnym morderstw. Z pewnością jednak nie sądzi, że usłyszy huk broni, a następnie łomot ciała. Instynkt podpowiada, że powinien rzucić się do pomocy i kilkukrotnie musi sobie przypominać, że po drugiej stronie nie ma człowieka, że najpewniej Yausef właśnie wykonuje jego robotę.
      Gdyby Tom był zaś mniej teatralny, pewnie by nie klaskał. Coś jednak każe mu ujawnić swoją obecność w ten konkretny sposób: nieoczywistym dźwiękiem, absolutnie niepasującym do okoliczności. Podoba mu się jednak, że świst noża przecinającego powietrze (a później i ciało) ma następstwo i że to, wychodzi od niego. Podejrzewa zresztą, że łowców niełatwo zaskoczyć, a przy tym, że ten konkretny wiedziałby jak ulotnić się z tunelu zanim Mayers miałby okazję go pochwycić: a skoro tak, musi improwizować.
      — Schowaj broń — mówi spokojnie, jednocześnie wychodząc z cienia. Ukrywanie się nie ma najmniejszego sensu, nie teraz, kiedy zobaczył już wszystko, co było mu potrzebne: przynajmniej na ten moment. — Nie będę się powtarzał, Yausef — dodaje, stwierdzając że teatralność jeszcze nikogo nie zabiła i może warto podkręcić odrobinę własną pozycję posiadaną wiedzą.
      Kiedy pojawia się w polu widzenia, nie zatrzymuje się. Robi kilka kolejnych kroków do przodu i staje dopiero nad martwym wampirem. Przygląda się przez dłuższą chwilę nieruchomemu ciału, pochyla się by dotknąć zastygającej krwi i unosi cudze dziąsło. Cmoka z aprobatą, by zaraz stanąć twarzą twarz z młodym łowcą. Uśmiech, który rozciąga mayersowe usta jest ledwo widoczny, jeśli jednak ktoś przyglądałby mu się wystarczająco uważnie, z pewnością by go dostrzegł.
      — W ciągu dnia terrorysta, w nocy zaś Van Helsing? Nie płacą ci wystarczająco w tym uberze? — pyta, krzyżując ręce na torsie. Spogląda mężczyźnie w oczy, póki co, powstrzymując się zarówno od niespodziewanych ruchów, jak i zbyt otwartego dzielenia się informacjami. Na razie istotne jest jedynie pokazanie, że wie o nim prawdopodobnie więcej niż powinien oraz, że czuje się w dalej sytuacji wystarczająco pewnie, by nie sięgać po broń. Na ile rzeczywistość faktycznie jawiła się tak, jak ją przedstawiał, nie mógł nikomu pokazać, gdzieś jednak musiał szukać przewagi, a gdzie, jeśli nie w sztuce bullshitu?

      Usuń
  3. Yausef stał nieruchomo, wbijając pięty w lodowate podłoże – a mimo to czuł, jak spod nóg ucieka mu grunt. Od posadzki szedł chłód. Pełzł niespiesznie, owijał się wokół kostek, za nic mając bawełnę skarpet, i ruszał wyżej, wyżej, aż do kości.
    [akapit]Chciało się go strząsnąć, odlepić od ciała, ale kiedy mrok zgęstniał z nagła, formułując sylwetkę barczystego mężczyzny, Yausef tylko mocniej docisnął stopy do ziemi i ugiął kolana, by poprawić postawę. Pierwsze słowa nie zaskoczyły. Potoczyły się po podziemiach, otarły o ściany i wróciły rykoszetem, wpadając wprost do uszu. Usłyszał, ale nie usłuchał.
    [akapit]W nieznajomego wpatrywało się troje oczu. Dwoje Yausefowych, przerywających kontakt wzrokowy tylko o tyle, o ile trzeba było mrugać; i jedno oko rewolweru, nieprzerwanie wcelowane w klatkę piersiową. Bębenek mieścił jeszcze cztery życia… jeśli strzelać celnie. Yausef nie chciał zabijać, gdy jednak zajdzie taka potrzeba – po to będzie strzelał.
    [akapit]Serce biło mu tak mocno, aż zdawało się, że je słyszy – ale to inne dźwięki przejęły krótką pauzę. Coraz cichsze echo rzuconych kamyków, kapanie wody z oddali i, wreszcie, własny cichy oddech. A potem jeszcze – słowo. Yausef.
    [akapit]Wszystkie głoski ustawione we właściwym porządku, a jednak brzmiały tak obco. W ustach nieznajomego jego imię rozpadło się na dwie części, jak dwa uderzenia, jak zawołanie i cios. Najpierw Yau, szersze i otwarte, rozwarte jak okrzyk pewnego siebie człowieka, który – być może – wie więcej niż widzi. I Sef, cichsze, krótsze, zsuwające się po języku jak coś ostrego.
    [akapit]Nie lubił, gdy ktoś używał tego imienia przeciwko niemu. Nie lubił, gdy obcy tak na niego wołali. Dla nich powinien być anonimowym dostawcą Ubera, podpisanym jako bardziej neutralny Yusuf, albo – przy przelotnych, nieoficjalnych znajomościach – po prostu Joe’em, niebudzącym zdziwienia, angielskim Joe’em. Yausef należało do domu, a przynajmniej powinno. A przecież… tak zapisano go w dokumentach.
    [akapit]To niemal zabawne, jak łatwo rozbroić człowieka, bez odbierania mu broni.
    [akapit]Zagryzł w zębach pytanie, a rewolwer – na którym wciąż jednak zaciskał dłoń – opuścił dopiero po chwili, gdy mężczyzna go wyminął i pochylił się nad martwym ciałem. Sprawdzał pobratymca? czy wroga? Niewypowiedziana wątpliwość wisiała w powietrzu i właśnie dlatego Yausef cofnął się o krok, gdy nieznajomy spojrzał na niego z bliska.
    [akapit]Nogi szeroko rozstawione, prawa wystawiona do przodu, lekkie pochylenie. W butach biegałoby się szybciej, ale te leżały nieopodal, porzucone. Trudno, nie czas na ucieczkę. Przynajmniej pozycję miał nie najgorsza do strzału, nawet jeśli na razie kierował lufę ku ziemi. W razie czego – wystarczająco szybko ją uniesie.
    [akapit]– Nie jestem terrorystą – zaprzeczył. Gdy gwałtownie pokręcił głową, mokry kędziorek odkleił się od czoła, rozrzucając dwie kropelki na boki. – A ty kim jesteś? Albo czym?
    [akapit]Przeszukiwał w pamięci twarze, jak strony kartkował wspomnienia, ale nie odnalazł żadnego właściwego. Nawiązanie do terroryzmu, choć wrzucało w określone tory, nie przyniosło jasnej odpowiedzi. Ktoś, kto go skazał? Ktoś, kto był wtedy przy magazynie? Ktoś, kto pojawił się dopiero później, kiedy Yausef siedział już za kratami?
    [akapit]Rewolweru lepiej do kabury nie chować.

    OdpowiedzUsuń
  4. [akapit]Wzrok przesuwa się uważnie po twarzy młodego łowcy i Tom przypomina sobie, że - dla kontrastu - w jego wieku wolne chwile spędzał na lizaniu tyłka swojego przełożonego w nadziei, że ten zobaczy w nadreaktywnym szczeniaku coś więcej niż szeregowego dzieciaka do wlepiania mandatów. Z pewnością do nikogo nikogo nie strzelał, już na pewno, do nikogo, kto znajdować powinien się jedynie na kartach powieści fantastycznych.
    [akapit]Zastanawia się więc jakim cudem kierowca, który za dnia rozwozi kebaby, po godzinach morduje wampiry. Postanawia, że to pytanie prędzej czy później paść musi, choć priorytetem obecnie staje się, zagwarantowanie sobie realnej przewagi w tej grze. Mógłby założyć, że skoro druga strona dopiero dowiaduje się, że jest jej częścią, prowadzenie obejmuje naturalnie: to myślenie byłoby jednak bardzo naiwne. Tom nie wie bowiem, na ile zabójcze skłonności mężczyzny ograniczają się jedynie do pijawek. A także, czy nie ma zwyczajnie do czynienia z psycholem.
    [akapit]Śledzi ruch wymierzonej w niego broni, a kiedy mimo upływu kolejnych sekund ta nie zostaje schowana, krzywi się lekko widocznie. Rozmowa przebiec mogłaby przecież w dużo przyjemniejszej atmosferze, gdyby obyć mogło się bez straszenia kulką w łeb!
    [akapit]— Nie jesteś terrorystą — powtarza za Yausefem, przytakując delikatnie głową i nie ma w tych słowach pytania ani wątpliwości. Stwierdza fakt, tak jak zrobił to przed chwilą łowca. To czy kontrast z pierwotnym komentarzem go dezorientuje, dla Mayersa nie ma większego znaczenia. Równie dobrze nad jego głową mógłby pojawić się czerwony znak zapytania: odpowiedzi i tak przyszłyby w wybranym przez Toma czasie. — Jesteś za to bardzo blisko wylądowania za kratkami za to, że nim nie jesteś — dodaje, sztucznie zmartwiony, robiąc krok do przodu.
    [akapit]W tej chwili od cudzej broni dzieli go może metr. Gdyby mężczyzna strzelił, nie przeżyłby tego z pewnością. Krew tętni w żyłach jak szalona, adrenalina szumi w uszach i Tom nie pamięta, kiedy ostatnio czuł się tak żywy. To durne uczucie, że pociągnięcie za spust może zakończyć ich spotkanie szybciej niż pstryknięcie palcami, wprawia go w zaskakująco dobry humor: i nie wie czy to lekkomyślność, czy już masochizm.
    [akapit]— Na pewno masz swoje podejrzenia — odpowiada na zadane pytanie, oferując od siebie absolutne zero. To jeszcze nie moment na zwierzenia. Kolejny krok do przodu i głębszy oddech, a wraz z nim dłonie lądujące w kieszeniach i spojrzenie wbite w śledzące go oczy łowcy. — Teraz jednak dużo ważniejsze jest to, kim jesteś ty.
    [akapit]Na moment patrzy w dół, na martwe ciało wampira, jakby to ono miało odpowiedzieć.
    [akapit]— Oraz co możesz dla mnie zrobić — mówi spokojnie, powracając wzrokiem do twarzy mężczyzny. Podejrzewa, że ten nie jest w stanie z jego słów wynieść nic pożytecznego, ale też nie taki jest ich cel. Dużo bardziej priorytetowe zdaje się - na razie - utrzymanie cudzej uwagi oraz załatwienie jednej, kluczowej kwestii. — Na przykład, opuścić broń, Yausef.

    OdpowiedzUsuń
  5. Yausef był przeznaczony Słońcu. Wystawiany przez starszyznę, kąpał się w nim od maleńkości i wzrastał w jego blasku, początkowo niespiesznie, wolniej niż bracia i siostry z Heresu, ale kiedy w końcu zaczął porządnie rosnąć, nie mógł przestać – i rósł, rósł, jakby z nadzieją, że promienie pogłaszczą go po czuprynie i udzielą błogosławieństwa.
    [akapit]Był przeznaczony Słońcu i chmurom, wszystkiemu co spadało z nieba i pod nim się rozwijało, ziemi wchodzącej do butów i asfaltowi, który mókł i topniał, w zależności od pogody; nawet strzelistym biurowcom i przysadzistym magazynom, bezkresnym przestrzeniom i wąskim uliczkom.
    [akapit]Przyobiecano mu to albo on był temu przyobiecany – przynajmniej gorąco w to wierzył, a mimo to część życia upływała w zatęchłych podziemiach, których podłogi i ściany wycierał własnym ciałem. Jak tej nocy, przeczołgany przez ostatnie godziny. Ale stąd wyjdzie, już niedługo. A z aresztu?
    [akapit]Cienki t-shirt, skryty pod bluzą, przylgnął do ciała, stając się drugą skórą, a i tak – jakimś cudem – Yausef poczuł lodowate krople potu między łopatkami. Nie mógł sobie pozwolić na powrót do niewoli. Rewolwer, przed chwilą nieznaczenie opuszczony, drgnął nie do końca z jego woli i po chwili znów już wcelowywał w obcego, choć nie aż tak precyzyjnie jak przed momentem.
    [akapit]Sylwetka nieznajomego mogła imponować. Yausef nie odbiegał od niego wzrostem, ale nie był tak barczysty. Najprawdopodobniej przegrałby w bezpośredniej walce, ale przecież – nie zamierzał wchodzić w zwarcie. Nie planował też strzelać, zwłaszcza gdy zyskiwał coraz większą pewność co do człowieczeństwa drugiego mężczyzny. Nie był jednak samobójcą. Chronił się.
    [akapit]Lekko skorygował pozycję, by ustawić się półbokiem, a spojrzeniem obejmował zarówno wejście, jak i obcego, który wkładał właśnie ręce go kieszeni. Czy zamierzał coś wyciągnąć? Nawet jeśli, to najwyraźniej jeszcze nie teraz. Może tylko chciał sprowokować, swoim zachowaniem wymusić nieostrożny ruch – bo na pewno nie robił tego, by zademonstrować czyste intencje, nie był to tym bardziej gest zwierzęcia, odsłaniającego gardło w akcie poddania.
    [akapit]– Nie muszę ci się przedstawiać. – Choć Yausef zaprzeczył, nie protestował gorliwie.
    [akapit]Jego głos rozbrzmiał spokojnie, choć wyraźnie, pomimo tego że mówił ze zwykłą dla siebie głośnością, czyli dość cicho. Nie buntował się, stwierdzał raczej fakt. Przed chwilą został zawołany, więc to nie jego imię stanowiło tajemnicę.
    [akapit]– Czego ode mnie chcesz? – zapytał.
    [akapit]Pierwsze polecenie ostatecznie spełnił, opuszczając rewolwer, choć wciąż ściskał go w dłoni. Kimjesteśkimjesteś i codalejcodalejcodalej? Czy mężczyzna maczał palce w jego aresztowaniu? Istniała tak szansa. Chyba że… dowiedział się o tym z mediów? Niewykluczone, choć żadne ślady nie powinny w nich istnieć. A może bratał się z wampirami i przyszedł po zemstę? Nie dało się wykluczyć, tak samo jak i tego, że nic o upiorach nie wiedział i uważał, że martwe ciało obok należy do człowieka.
    [akapit]Jedno było pewne – nawet gdyby Yausef chciał, nie mógłby wyprzeć się morderstwa.

    OdpowiedzUsuń
  6. [akapit]Tom zdaje się zgadzać, co do braku potrzeby przedstawiania się, bo przytakuje ledwo widocznie głową. Finalnie, doskonale przecież wie kim Yausef jest i właśnie ta wiedza sprawia, że w ogóle ze sobą rozmawiają. Zresztą, wcale nie pyta go o to kim jest, stwierdza za to fakt dla niego oczywisty: to że jest to ważne - a przynajmniej w kontekście potrzeb Mayersa.
    [akapit]Wzrok podąża za opuszczaną bronią; schowanie jej do kabury przyjąłby z większą satysfakcją, ale na ten moment zadowala się byciem wysłuchanym. Wierzy bowiem, że to dobry start. Gdyby dzieciak zaczął stawiać się już na wstępie, ewentualna współpraca mogłaby okazać się ciężka, a tak, dostaje dokładnie to, o co prosił.
    [akapit]— Dziękuję — mówi, bo nie jest skończonym burakiem, któremu brakuje manier. Potrafi docenić, że w zatęchłej dziurze w ziemi, kiedy naprzeciw ciebie stoi nieznany mężczyzna o równie nieznanych zamiarach, opuszczenie broni nie jest sprawą nieistotną. — Wszystko w swoim czasie, trochę cierpliwości — dodaje, karcąca nuta w głosie automatycznie cofa go do czasów, gdy rodzicielstwo podobny ton stawiało na początku dziennym. Dusi te żałośnie dotkliwe wspomnienia w zarodku, bo wie, że musi zostać skupiony.
    [akapit]Skina głową w stronę martwego wampira.
    [akapit]— Możemy zacząć od pozbycia się zwłok — sugeruje. — Chętnie dowiem się, co zamierzasz.
    [akapit]Może ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale Tom zakłada iż skoro tego liznął już za życia, może sobie pozwolić na odrobinę wolności w tej kwestii. Szczerze powątpiewa by przy jego kociołku ktoś właśnie zacierał łapska z myślą, że zadaje za dużo pytać i czas podgrzewać smołę. Niedorzeczne. Ta na pewno gotowa była już od jakiegoś czasu.
    [akapit]— A potem sobie porozmawiamy, co ty na to? — pyta, choć ani nie oczekuje odpowiedzi, ani nie wyobraża sobie przyjęcia innej niż owszem, będzie jak chcesz, ewentualnie sparafrazowane na yausefowy dobór słów. Marszczy brwi, rozglądając się dookoła. — W miarę możliwości w miejscu, które nie wygląda jakby ktoś miał zostać tutaj zamordowany — dodaje, nie będąc do końca pewnym czy w większej mierze odnosi się do już leżących na ziemi zwłok, czy może zwyczajnie mężczyźnie grozi. Nie wyklucza żadnej z opcji.
    [akapit]Uważnie przygląda się Yausefowi i stwierdza, że nijak nie domyśliłby się, że ten może zamiast kebabów, wozić ze sobą również wspomnienia dokonanych mordów. Może popkultura skrzywiła Mayersowi obraz łowcy wampirów, a może podjął wyjątkowo osobliwą decyzję, wybierając tego chłopaka na źródło jakichkolwiek informacji.
    [akapit]— Nie musisz się obawiać, na razie naprawdę interesuje mnie jedynie rozmowa — zapewnia i choć może wypowiedź poparta uśmiechem zadziałałaby lepiej, nijak mu się widzi szczerzyć ryja po tym, jak musiał się czołgać.

    OdpowiedzUsuń
  7. Według starej przypowieści, każde dziecko narodzone w Heresie chce przywitać świat pieśnią – ale gdy otwiera usta, powietrze rani jego płuca i zamiast melodii, wydusza z gardła wrzask. Tylko starszyzna jest w stanie wyłuskać poszczególne, słodkie nuty.
    [akapit]Stary Maghrebi twierdził, że to właśnie stało się podstawą ich hymnu. Heres uczył swoich ludzi żałoby wplecionej w triumf. Ckliwej, monotonnej, rozdzierającej serce melodii, którą poznawali wszyscy, od maleńkości, zanim jeszcze postawili pierwszy krok na własnych nogach. Piosenki o wygnaniu z raju, o ziarnie wrzuconym w kamień i o krwi, która musiała wrócić do ziemi, by ktokolwiek mógł przeżyć jutrzejszy poranek – i o pękniętej skorupie, którą można naprawić tylko wystawiając ją ku słońcu.
    [akapit]Cały zakon inkantował przy egzekucjach. Gdy prowadzono wampira obleczonego srebrem łańcuchów, rytm kroków wyznaczały bębny. Szarpnięcie strun, gdy przykuwano go do stosu. Świst fletni i piszczałek, gdy do ust przystawiano puchar świeżej krwi, podarowanej przez herezjańskich młodzieńców, jako ostatni posiłek skazanego, zgodnie z przykazaniem – głodnych nakarmić, spragnionych napoić. I wysoki sentymentalny dźwięk, rozchodzący się po niebie, gdy księżyc przeganiało słońce i pierwszymi promieniami dnia rozpalało sprawiedliwość.
    [akapit]Nie zawsze tak to wyglądało. Często egzekucje prowadzono po cichu i zbiorowo, bez większych uroczystości. Czasem bywało też tak, że zgładzony wampir zostawał w podziemiach.
    [akapit]Yausef nie mógł tego zdradzić. Wytarł wolną dłoń o spodnie, koniuszkiem języka zwilżył dolną wargę. Prawda była taka, że chciał doprowadzić wampira do sznura. Tam go związać, żeby później – gdy już sam przepełznie przez tunel i podniesie się najpierw z ziemi, potem z klęczek – przeciągnąć martwego i zostawić go przy wylocie. Potem powiadomiłby Heres.
    [akapit]Niewykluczone, że zabraliby go tej nocy. Albo dopiero kolejnej. W najgorszym wypadku inne wampiry znalazłyby ciało pobratymca i dowiedziały się trochę wcześniej tego, co i tak nieuniknione. Szczerze powiedziawszy, nie to było najważniejsze. Tajemnica i tak zostałaby zachowana przed człowiekiem. A nawet gdyby… dziwny organizm, anomalia medyczna, wzbudziłaby większe zainteresowanie niż tożsamość zabójcy.
    [akapit]Plan musiał ulec zmianie. Przynajmniej odrobinę.
    [akapit]– Zostawić go tutaj – powiedział. – Albo bliżej wejścia. Chyba że ma pan samochód.
    [akapit]Zdradzieckie słowo opuściło usta Yausefa wbrew jego woli. Pan.
    [akapit]Może nawet ogarniająca ich ciemność, może świeżo zamordowany upiór, w którego pierś przed chwilą wbijał sztylet, może nieznajomy sypiący groźbami, a może ryzyko utraty wolności lub, kto wie, życia – może to wszystko było zbyt małe, by zdusić prawdziwą naturę Yausefa.
    [akapit]A może to po prostu karcący ton zmusił go do uprzejmości?
    [akapit]Może.
    [akapit]Na pewno nie obawa, bo przecież – nie bał się. Nie bardziej niż zazwyczaj. Yausef nosił w sobie wiele uczuć, wśród których krył się strach. Oswoił go kiedyś i nauczył się dostrzegać w nim sprzymierzeńca. Gdyby rozpychał się pod żebrami i ściskał żołądek, nakazywał zginać się wpół i zatrzymywał dźwięki w gardle – pojawiłby się problem. Istniał jednak głównie jako powidok, cień u boku, przemykający na skraju świadomości.
    [akapit]Wszystko, co robił Yausef, robił wbrew niemu. Zaniepokoiłby się dopiero, gdyby pewnego dnia go nie odczuł. Albo odwrotnie, gdyby pewnego dnia rozpleniłby się na wszystkie strony, rozlał na całe ciało i unieruchomił je w miejscu.
    [akapit]– Okej – potwierdził i lekko kiwnął głową. – Ma pan broń?
    [akapit]On swoją wciąż trzymał na widoku – a co z obcym? Yausef nie zamierzał czołgać się, mając przed sobą albo za sobą mężczyznę, który w każdej chwili mógłby w niego strzelić.

    OdpowiedzUsuń
  8. [akapit]Pan to niespodziewany dobór słownictwa. Prędzej spodziewałby się wyzwisk, ewentualnie formy bezosobowej – jakiekolwiek uprzejmości nawet nie przyszły Tomowi do głowy. Z początku myśli więc, że to może wada wymowy albo, że to on nie dosłyszał i gdzieś pogubił inne literki.
    [akapit]Może chłopaczek chciał go nazwać szpanerem? Że niby te ręce w kieszeniach? Albo może, że jest wypandoszony albo spanikowany? Nijak się to Mayersowi kupy nie trzymało, ale nagłe nazwanie go panem również, więc pod uwagę bierze każdą opcję. W końcu, co jest bardziej prawdopodobne: że ktoś kto właśnie na jego oczach dokonał mordu (a już pal licho, że na pijawce) zdecydował się na tę osobliwą formę szacunku czy że jednak Tomowi przytkało uszy i tak naprawdę chłopaczyna mówił, że Tom jest trepanistą?
    [akapit]Naprawdę obstawiałby opcję drugą, gdyby Yausef zwrotu nie powtórzył.
    [akapit]A więc szacunek!
    [akapit]— To bierz go — mówi, odsuwając się na bok, co by dać łowcy przestrzeń na działanie. I wcale nie dlatego, że udziela mu się cudzy sposób bycia, i przesadna grzeczność. To wciąż ta sama ludzka ciekawość, która sprawiła, że w ogóle wszedł do tego przeklętego kanału: chce zobaczyć, jak Yausef się zachowa. Mógłby mu powiedzieć, że owszem ma samochód, ale na ten moment, woli nie podejmować decyzji związanych z ewentualnym przewiezieniem zwłok. W innych okolicznościach nielegalność takiego działania byłaby oczywista – tutaj jednak granice zacierają się bez przerwy i sam może decydować, na ile chce sobie pozwolić. Pewne jest, że muszą się w końcu ruszyć i przenieść zwłoki: na tym froncie pozwala Yausefowi przejąć pełną kontrolę, finalnie chodzi właśnie o to by zobaczyć, jakie ten podjąłby działania, gdyby wszystkie decyzje należały do niego.
    [akapit]— Przyjście tutaj bez broni byłoby skrajnie nieodpowiedzialne, nie sądzisz? — pyta już czysto retorycznie. — Mogę ci obiecać na mały paluszek, że dopóki nie będziesz robił problemów, nie widzę żadnego powodu żeby w ogóle ją wyciągać — zapewnia, w końcu wyciągając dłoń z kieszeni, tylko po to by poklepać leniwie kaburę.
    [akapit]Skina głową w stronę zwężającego się korytarza, którym przyszli.
    [akapit]— Ruchy, ruchy, Yausef — pośpiesza go, szczerze zniechęcony wizją spędzenia w ciasnej przestrzeni więcej czasu niż jest to konieczne. Założenie jest takie, że obserwowanie łowcy pomoże mu zrozumieć, choć po części, sposób jego działania w stosunku do wampirów oraz, przy odrobinie szczęścia, na co powinien zwracać większą uwagę przy kolejnych sprawach, które z pewnością go czekają.
    [akapit]W teorii mógłby mu pomóc. Pewnie byłoby szybciej. Pewnie byłoby efektywniej. Ba, może nawet zyskałby cień zaufania ze strony łowcy. W praktyce, doskonale wie, że potrzebuje obu dłoni wolnych i pełnego skupienia. Jakby nie patrzeć, jest na obcym dla siebie terenie w towarzystwie kryminalisty, po którym spodziewać może się właściwie wszystkiego. Nie zna go. Póki co, jedyne co może powiedzieć ze stuprocentową pewnością to, że ten wie jak obsługiwać broń. Co więc miałoby go powstrzymać przed wymierzeniem jej w Toma?

    OdpowiedzUsuń
  9. Ułamek sekundy. Dwie setne, może trochę więcej – na pewno nie dłużej niż zajęłoby mrugnięcie. Właśnie na tyle Yausef spuścił wzrok, choć głowa ani mu drgnęła. Tak jakby chłód rewolweru, odbijający się na wnętrzu dłoni, jakby chropowata tekstura broni odciskająca się na palcach, jakby to wszystko nie było dowodem – i dopiero szybkie spojrzenie przyniosło spokój. Potwierdzenie.
    [akapit]Oczy znów miał wpatrzone w nieznajomego, gdy kciukiem musnął kurek, choć przecież nie musiał sprawdzać, czy jest napięty. Bierz go. Jak do psa. Cień przemknął po twarzy Yausefa. Stał zaledwie parę stóp dalej. Tak łatwo byłoby unieść lewą rękę i strzelić – nawet gdyby rzeczywistość zmieniła się w senny koszmar, spowalniając ruchy, zdążyłby przecież. Zanim obcy wyciągnąłby pistolet, pocisk by go trafił. Nawet jeśli nie w głowę lub serce, raniłby wystarczająco poważnie, by zyskać czas na poprawkę.
    [akapit]Nie było powodu, aby to zrobić. Yausef istniał, by chronić ludzi, a nie – ich zabijać. Po to, by zbawić ludzkość! Tyle że ludzkość nie była jednym człowiekiem.
    [akapit]Miała tysiące twarzy, miliony oddechów i serca, które – być może – dopiero zaczną bić. Miała nienarodzone dzieci i starców, którzy jeszcze nie zdążyli odejść. Tam, gdzie Yausef widział szansę na ratunek, od razu ją podejmował. Gdzie widział wybór między cudzą śmiercią a wizją przyszłości, tam zaczynał liczyć. Co śmierć da, a co odbierze i zniszczy?
    [akapit]Mógłby zabić, gdyby miał powód. Jeden człowiek wciąż pozostawał tylko człowiekiem. Miał matkę. Pewnie też ukochaną albo ukochanego. Może przyjaciół. Yausef mógłby go zabić i nigdy nie przestać żałować, ale jeśli jeden musiał umrzeć, żeby inni mogli przeżyć, należało ocalić innych. Albo, tym bardziej, ideę, dzięki której tysiące przeżyją. Potem zapamiętać imię zabitego. Rozpaczać. Dać mu odpuszczenie i nie pozwolić sobie uwierzyć, że skoro wybór był słuszny, przestał być okrutny.
    [akapit]Śmierć stojącego przed nim mężczyzny niczego by nie ocaliła. Poza tym nawet nie znał jego imienia. Nie mógł zamordować człowieka, nie wiedząc, kogo opłakiwać.
    [akapit]Poza tym, pomyślał w drugiej kolejności, kto wie, co kryje się u wylotu – może nieznajomy przyszedł ze sprzymierzeńcem. Albo sprzymierzeńcami. Uzbrojonymi po zęby. Czekającymi na hasło bierzcie go.
    [akapit]Yausef wciąż się nie ruszył. Rękę dalej trzymał opuszczoną wzdłuż boku.
    [akapit]– Nie – odparł zwięźle. – To za mało.
    [akapit]Choćby usłyszał przysięgę, że włos mu z głowy nie spadnie i drzazga nie wejdzie pod paznokieć, nie zawierzyłby. Sam nigdy nie złamał przyrzeczenia – choć okazji nie nadarzyło się wiele, w końcu oszczędnie je składał. Za innych jednak nie ręczył. Jak zadowolić się słowem?
    [akapit]Pozostając przodem do nieznajomego, oddalił się o parę kroków, aż dotarł do porzuconego obuwia. Gdy klękał, uniósł broń. Wolną ręką chwycił buta i zaczął powoli go rozsznurowywać – by potem w końcu wzzuć go na stopę. Sznurowadła wiązał ciasno.
    [akapit]– Dlaczego miałbym ryzykować? – zapytał. Przecież w tym momencie miał przewagę, więc czemu pozbyć się jej i przekazać życie w cudze łapy? – Dam amunicję, kiedy pan opróżni komorę i odda mi magazynek – zaoferował.
    [akapit]Chciał się przecież dogadać.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  11. [akapit]Nie jest to znowu szczególnie szokujące, że Yausef odmawia. Gdyby do Toma podszedł nieznajomy, zaraz po tym jak by kogoś odhaczył, również zachowałby szczególną ostrożność, a już z pewnością nie rozdawałby zaufania jak cukierków. Nie zmienia to jednak faktu, że brak współpracy jest nie na rękę przynajmniej z dwóch powodów.
    [akapit]Po pierwsze, bezpieczeństwo. Mayers nie ma zielonego pojęcia czy młody łowca poluje jedynie na pijawki, czy po godzinach wybiera na swój cel, na przykład, ludzi. Jeśli tak, oddanie broni to ostatnie, co zrobić powinien. Z drugiej strony, cała ta akcja opiera się na zaufaniu, że jednak nie dostanie kulki między oczy – inaczej pewnie mierzyłby do chłopa z własnej broni, a nie stał z ręką w kieszeni jakby czekał na zbawienie.
    [akapit]Po drugie, czas. Czym dłużej siedzi w podziemiach, nie dając znaku życia, tym większe prawdopodobieństwo, że ktoś z jego zespołu zaniepokoi się i postawi na nadgorliwość. A jak miałby wytłumaczyć jawne działanie przeciwko jakimkolwiek protokołom? Tym, że ma czuja? Że jakoś temu chłopaczynie z oczu dobrze patrzyło, więc zignorował leżące na ziemi zwłoki? Średnie to, niezbyt pomocne.
    [akapit]Impas.
    [akapit]— A jakie masz wyjście? — pyta czysto retorycznie, bo ryzykują przecież obaj, bez względu na to czy wymienią się amunicją, czy każdy pozostanie ze swoją bronią w dłoni. Tom równie dobrze mógłby mieć schowaną drugą i się nie przyznać. Yausef tak samo. Każdy z nich wykazać musi się zaufaniem tak czy siak, nawet jeśli miałoby to im wyjść bokiem.
    [akapit]Przytakuje jednak, bo stanie w miejscu i dywagowanie nad możliwościami nie zbliży ich do wyjścia wcale. Plus, to nie on ma ciągnąć ciało martwego wampira, a wolne ręce zdają się być okolicznością sprzyjającą podczas wygrzebywania się z tej dziwacznej przygody.
    [akapit]— To do dzieła — mówi równie spokojnie i dopiero, gdy widzi pierwszy ruch dłoni łowcy, wyciąga własną broń z kabury. Wyjmuje magazynek z rękojeści wpatrzony w Yausefa i na moment zapomina o mruganiu. Odciąga zamek do samego końca i puszcza, zaraz łapiąc wyskakujący nabój. Nieswoje to uczucie bawić się w idiotę w podobnych okolicznościach. Robi jeszcze jeden krok do przodu i wysuwa wolną dłoń do przodu, czekając aż łowca odda mu swój sprzęt, jednocześnie, oferując swoją amunicję.
    [akapit]— Żadnych numerów — ostrzega, w akcie głupoty, przekazując obcemu mężczyźnie naboje. Zamiast jednak od razu się odsunąć, sięga do kieszeni po telefon i robi tę jedną rzecz, która zapewnić może mu w tej chwili przewagę: odblokowuje urządzenie i strzela szybkie zdjęcie łowcy trzymającego broń. W tej konkretnej chwili nie ma to większego znaczenia, ale w szerszej perspektywie, każde przewinienie mężczyzny jest na korzyść Toma. Nie musi sprawdzać czy pistolet jest zarejestrowany, ta informacja, wraz ze szczegółowymi danymi Yausefa są na stałe wyryte w głowie Mayersa.
    [akapit]— Niezbyt twarzowe, ale ujdzie — komentuje, chowając telefon do kieszeni i skina głową w stronę wyjścia. — Możemy już?

    OdpowiedzUsuń
  12. Prawy but pokazał język, ale Yausef nawet tego nie zauważył – na wyczucie wciskał stopę, wciąż nie spuszczając z oczu nieznajomego. Gdy w końcu padła zgoda na wymianę, zareagował błyskawicznie. Sznurówki ciągnęły się po ziemi, stukając cicho agletami, a chód miał bardziej niż zazwyczaj nierówny – z jednej strony ciężar ciała opierał się na podeszwie, z drugiej na przemoczonej skarpetce.
    [akapit]Pierwszy raz od dawna ściągnął palec ze spustu. Lufa spojrzała w dół i bok, kiedy kciukiem pchnął zatrzask i zwolnił blokadę bębna, wyłuskując z niego naboje. Jedno, drugie, trzecie, czwarte. Potencjalną wagę żyć zamknął w pięści. Zaskakująco lekkie.
    [akapit]Na wyciągniętą dłoń drugiego mężczyzny przesypał całą amunicję – i wyciągnął rękę po jego magazynek. A więc. Stało się.
    [akapit]Yausef nie był naiwny. Albo raczej – miał świadomość, kiedy naiwnym bywał. Wiedział, że obcy mógł go oszukać. Że to nie musiała być jedyna broń, którą ze sobą przyniósł. Właściwie to wyrażał nadzieję, że miał w zanadrzu coś jeszcze; choć liczył, że tym razem już nic palnego. W kieszeni ciążył mu nóż sprężynowy, ze schowanym srebrnym ostrzem, z którego później trzeba będzie zdrapać krew.
    [akapit]Żeby jednak zrobić z niego użytek, musiałby fizycznie zaatakować przeciwnika; przewaga nie leżała po jego stronie. Czy obcy też coś jeszcze ukrywał? Jakaś część Yausefa wołała, że wolałby stracić życie rażony z daleka. Szybko, z chwilowym tylko bólem, i precyzyjną anonimowością. Inna z kolei mówiła, że to się nie godzi i jeśli umierać, to oko w oko ze sprawcą i w bliskim dystansie, by w ostatnich momentach ujrzeć wyjaśnienie.
    [akapit]Najbardziej jednak nie chciał ginąć w ogóle.
    [akapit]Gdy tylko poczuł pod palcami magazynek i zaczął się oddalać, w drugiej ręce ściskając już bezużyteczny rewolwer, nieznajomy strzelił – zdjęcie. Zdrada, przemknęło przez myśl Yausefa. Choć przecież nie do końca. Nie to sobie obiecywali. Dowód na dotrzymanie umowy trzymał w prawej dłoni.
    [akapit]– Możemy – wymamrotał, wkładając drugiego buta.
    [akapit]Sznurówki wiązał mocno, na podwójną pętelkę, podobną do tej, która – być może – pewnego dnia zaciśnie się na jego gardle. Czuł to już niemal cieleśnie, jakby obcy miał go już na arkanie i jeszcze chwila, a pociągnie i zaciśnie. Już go ciągał w tę i we w tę.
    [akapit]Podszedł do wampira i przykucnął. Złapał martwego pod pachami i ciągnął tyłem, krok po kroku. Pięty szurały po betonie, głowa opadła na bok. Sznur leżał tam, gdzie go zostawił. Yausef ciasno związał ciało i dla pewności szarpnął węzeł. Więzy były rzeczą starą; starszą niż pistolety i może nawet większość słów, którymi ludzie nauczyli się opowiadać niewolę.
    [akapit]– Dobra. Idziemy.
    [akapit]Najpierw należało skłonić się podziemiom i złożyć w ofierze swoją godność. Beton był zimny pod przedramionami, a pył przyklejał się do spoconej skóry, właził pod koszulkę i osiadał na języku, gdy przytulony do niego brzuchem, czołgał się przed siebie. Kilka stóp. Stop. Odwrócić się. Pociągnąć. Sznur się napinał. Po chwili gdzieś za nimi ciało ruszało z miejsca. Łokieć, łokieć, kolano. Oddech. Sznur. Szarpnięcie. Szuranie ciała za plecami. Powtórzyć proces.
    [akapit]W końcu dotarli do wylotu.
    [akapit]Wcześniej światło wpadało tutaj inaczej. Noc przesunęła się nad miastem, księżyc powędrował dalej i blask nie przecinał już przejścia ostrą smugą. Sączył się z góry blady i rozwodniony, rozcierając krawędzie dziury. Yausef zatrzymał się. Po godzinach spędzonych pod ziemią nawet noc wydawała się zbyt jasna.
    [akapit]– Możemy go wciągnąć – powiedział, odetchnąwszy. – Albo tu zostawić.

    OdpowiedzUsuń
  13. [akapit]Przytakuje i czeka. Obserwuje młodego łowcę, czekając aż ten rozpocznie wędrówkę. Wędrówkę ze zwłokami. Decyzja by wyjść do tunelu wydaje się durniejsza z minuty na minutę i kiedy docierają do punktu, gdzie schył nie pozwala na wyprostowaną pozycję, Tom wznosi oczy ku sufitowi. Z jednej strony, pociesza go, że to nie on ciągnie za sobą na sznurze siedemdziesiąt kilogramów, z drugiej zaś, wcale mu się nie widzi schodzenie na klęczki i przeciskanie przez coraz to mniejszą dziurę.
    [akapit]— Pierdolę… — mruczy pod nosem, pocierając wierzchem dłoni podbródek, pozwalając by szorstki knykieć otarł równie szorstką skórę. Yausef znika. Ciało znika. Nie może zwlekać, bo chłopaczyna może go jeszcze oszukać i uciec, gdy tylko znajdzie się po drugiej stronie. Czym głębiej jest w tunelu, czym robi się ciaśniej, tym więcej czarnych scenariuszy pojawia się w głowie Mayersa. A to, że łowca przestanie ciągnąć za sobą zwłoki i zablokuje przejście. A to, że zniknie jakimś bocznym wyjściem, zanim Tom w ogóle się wyłoni. Że ktoś zajdzie go z drugiej strony. Najgorsze w tym to, że żadna z tych opcji nie jest znów aż tak nieprawdopodobna. Gdyby był z tych, co warczą, pewnie by zawarczał. Zamiast tego czołga się (nie)cierpliwie, mając wrażenie że zaraz ukruszy sobie zęby.
    [akapit]Głupie pomysły. Durne. Dzieciak był w areszcie, można go było spokojnie przechwycić, usiadzić w fotelu, zbić po łapach i mieć spokój. Ale nie. Zachciało się teatralnych zagrywek, zachciało się pajacowania. No i masz babo placek. Teraz się trzeba czołgać, jak ten ostatni cioł. Tom przeciera czoło przedramieniem i klnie pod nosem, czując kamień wbijający się w kość udową.
    [akapit]— Chuj wam… — wszystkim w dupę zostawia już dla siebie, bo nie jest to ani czas, ani miejsce na podobne rozważania. Mięsem rzuca dalej już jedynie pod nosem, szczególnie, gdy zahacza łokciem o węższą część tunelu. Kurwa-jego-jebana-w-dupę-niemyta-mać.. Bierze głębszy oddech, obiecując sobie, że następnym razem, jak wpadnie na bystry plan, pozostanie jednak przy tym, który wpisać może w kalendarzu w godzinach pracy.
    [akapit]Na szczęście chwilę później może się podnieść. Najpierw na klęczki, później do pionu. Bierze głębszy oddech, otrzepuje kolana, potem resztę ciała, szybko stwierdzając, że równie dobrze mógłby przyłożyć chusteczkę higieniczną do rany postrzałowej. Robi mu się odrobinę lepiej dopiero, gdy spogląda na Yausefa i dociera do niego, że to nie on ciągnął za sobą martwego dziada. A więc mogło być gorzej!
    [akapit]— Mnie pytasz, chłopie? — odpowiada, słysząc dwie propozycje działania. Przesuwa wzrokiem od twarzy młodego łowcy do ciała na ziemi i z powrotem, jednocześnie czekając aż oddech unormuje się w pełni. — Zrób to, co byś zrobił, gdyby mnie nie było — sugeruje, a chwilę później robi krok w stronę wyjścia. Podciągnąć się i opuścić to piekło. Podciągnąć się i przypomnieć sobie, dlaczego, och dlaczego, nie jest górnikiem ani poszukiwaczem przygód.
    [akapit]Kiedy w końcu wydostaje się z dziury, przez moment leży na asfalcie, wpatrzony w niebo i żałuje, że nie może pozwolić sobie, by ta chwila trwała dłużej. Zagląda z powrotem do tunelu, choć w nastroju dużo przyjaźniejszym niż kilka minut wcześniej, czego oczywiście też pokazać po sobie nie może.
    [akapit]— Ale jeśli go tutaj zostawisz, co stoi na przeszkodzie, by zaraz zjawiła się tutaj policyjna ekipa i znalazła sto trzydzieści dowodów na to, że jesteś zamieszany w morderstwo? — pyta, niby retorycznie, ale gotów jest usłyszeć odpowiedź. Nawet go szczególnie nie obchodzi, że Yausef może powiązać go ze służbami. Po pierwsze, nie miałby racji. Po drugie, Tom jest zbyt zmęczony na to, by się tym przejmować. Teraz myśli jedynie o tym, by napić się porządnego piwa i może zjeść kebaba, a rozmowę przenieść w miejsce, które oferuje stoły i szklanki zamiast pyłu i brudu. — To jak będzie? — dopytuje, spoglądając na zegarek. Przy dobrych wiatrach zdążą do knajpy trzy przecznice dalej, jeśli tylko łowca ma konkretny plan na związane sznurem zwłoki.

    OdpowiedzUsuń
  14. Im dalej nieznajomy oddalał się od mroku podziemi, wznosząc się ku otwartej przestrzeni, tym bardziej jego sylwetka ciemniała w oczach Yausefa, odcinając się od jaśniejącego nieba. Księżyc zdążył się gdzieś skryć, słońce wciąż czaiło pod horyzontem. Przedświtem uciekały wszelkie cienie, jakby sama noc wycofywała się przed krwistą czerwienią poranka.
    [akapit]Szorstkie włókno powrozu drapało rękę Yausefa. Zacisnął na nim dłoń, by uspokoić rozkołysany po wspinaczce sznur. Słońce miało objawić się chwilę po piątej, bezwstydnie wystawiając się na widok każdego, kto zechciałby popatrzeć.
    [akapit]Yausef chciał.
    [akapit]Wystawić twarz do promieni, poczuć smagnięcie gorąca na karku, spojrzeć wprost, aż oczy zaszłyby najpierw łzami, potem chwilową czernią. Pomyślał o wszystkich królestwach, które obróciły się w proch, i o wojnach, które przeczołgały się przez świat; a ono wciąż wschodziło. Słońca nie dało się ubłagać ani zatrzymać z woli człowieka – uparcie promieniało po nocy, niezmiennie od zarania dziejów, przynosząc ze sobą obietnicę, której nic na ziemi nie mogło złamać.
    [akapit]– Świt go zabierze ze sobą – powiedział cicho, ale w otaczającej ich ciszy nawet to zabrzmiało dostatecznie wyraźnie.
    [akapit]Najpierw, kucnąwszy, rozebrał wampira z więzów, które przed chwilą sam splatał na jego ciele. Potem pozbawił go również ubrań. W innych okolicznościach by tego nie zrobił. W innych okolicznościach zostawiłby upiora w podziemiach, skontaktował się z Heresem i jego bracia z siostrami odpowiednio zajęliby się ciałem. Przecież tego nie zrobi. Nigdy nie planował – przecież nie wydałby swojego zakonu! – a już tym bardziej po usłyszeniu groźby i straszeniu policyjnymi służbami.
    [akapit]Przetoczył wampira na brzuch i przyciągnął mu ręce do boków, a nogi – związał razem. Potem ciasno owinął liną tors i biodra. Przez otwór nad nimi wpadało blade światło poranka, razem ze smrodem śmieci. Kiedy wyjdzie, będzie mógł wyciągnąć wampira z mroku prosto pod słońce.
    [akapit]Yausef wepchnął ubrania pod bluzę i złapał za sznur. Szorstki splot parzył skórę, ale on zdawał się tego nie odczuwać – piął się z małpią zręcznością, blokując linę między stopami i podciągając się krótkimi szarpnięciami ramion. Kiedy ujrzał już krawędź, chwycił się, wychynął i wreszcie podziemia wypluły go na zewnątrz.
    [akapit]Wstając z klęczek, obrzucił obcego mężczyznę spojrzeniem. Ten odpoczywał. Wydawał się bielszy niż wcześniej, choć nie aż tak jak gwiazdy blednące na niebie, coraz mniej wyraźne, coraz mniej, aż ledwie można było je dostrzec, bo w końcu – szykowały się na kilkunastogodzinny odpoczynek. Yausef też by takiego chciał; na razie jednak musiał dokończyć sprawy.
    [akapit]Część odzienia wampira odrzucił na bok, na ziemi rozłożył tylko bluzę. Dołożył do niej swoją, przed chwilą ściągniętą z grzbietu. Potem na powrót chwycił za sznur i nie bez wysiłku, wciągnął na górę martwe ciało upiora, jak gdyby zaczerpywał ze studni wody. Najwyraźniej wplątał się w kolisty cykl ciągłego rozsupływania i zawiązywania, bo po chwili już kucał i ułożywszy wampira na ubraniach, pozbawiał go więzów.
    [akapit]– Teraz – powiedział – musimy poczekać na słońce.
    [akapit]Stanął kilka kroków dalej; złączył nogi, pochylił głowę, wziął głęboki oddech, wpuszczając do płuc powietrze, ale i odór nieczystości. Wciąż było to lepsze niż stęchlizna podziemi – tu czuł, choć tak niedoskonałe, życie. Tam tylko rozkład. Serce się ściskało na myśl, że takie to niegodne, pozbawione szacunku – to ciało wroga, tak, ale już pokonane, już bezbronne, zasługuje na inny rytuał niż nagie wystawienie na śmietnik.
    [akapit]Wiedział, co już za chwilę się stanie, gdy tylko nad horyzontem zajaśnieje najważniejsza z gwiazd, gdy tylko sięgnie promieniem wampira. Wystarczy parę sekund, by pobliźnić ciało, kilkanaście, by stworzyć oparzenia. Po paru minutach tkanki, zewnętrzne i wewnętrzne, będą już czernieć, odpadać płaty skóry wielkości kart do gier, a po dwudziestu czy trzydziestu minutach, to zależy – zwęglone, pokurczone truchło, kruszejące pod dotykiem, stanie się nie do rozpoznania.

    OdpowiedzUsuń
  15. [akapit]Niewiele wiedzą – cały ten ich zakichany oddział zdaje się mieć mniejszą wiedzę na temat wampirów niż ten jeden chłopaczek. To myśl niezbyt pocieszająca, ba!, wręcz dołująca, bo jak pracować w takich warunkach? A no ciężko. Dlatego wchodzi w dziury w ziemi i niszczy sobie portki: bo ktoś musi w końcu dowiedzieć się więcej niż kołek w serce, zakreślone kilkukrotnie czerwonym flamastrem na pierwszej stronie teczki, którą wręczono mu pierwszego dnia roboty. I naprawdę się starał! Tyle że od ustalenia, że ciało wyssane z krwi jest sprawką wampira do faktycznej styczności z jakimś jest niesamowicie daleka droga. A już w ogóle, gdy żadna porządna dokumentacja nigdy nie była prowadzona.
    [akapit]Głównie dlatego marszczy brwi. Całe jego gadanie zdaje się bowiem nie mieć sensu, skoro wystarczy zostawić zwłoki na słońcu. Przypomina sobie, że gdzieś w papierach faktycznie było zapisane słońce, choć przy tym zabrakło nawet flamastra. I nikt nie wysilił się by dodać, co faktycznie słońce w tym kontekście miałoby oznaczać. Jedno jest pewne: potrzebuje lepszego sposobu na analizowanie i zbieranie danych niż zaufanie do swoich poprzedników.
    [akapit]— Będzie się palił? — pyta, podnosząc się do siadu, bo w tym momencie żadne pytanie nie wydaje się głupie. Yausef musiał zdążyć zorientować się, że jak na kogoś kto wlazł za nim w dziurę, jego wiedza na temat pijawek jest niezbyt rozwinięta. Nie ma to zresztą większego znaczenia: jeśli sobie chłopak pomyśli, że pytanie głupie to to mu zada kolejne. Głupsze.
    [akapit]No i jest zwyczajnie ciekawy. Będzie się jarał? Będzie skwierczał? Czy do czynienia mają bardziej z sytuacją ludzkiej pochodni czy sterty palonych śmieci? Czy spali się wszystko, czy tylko skóra? Ktoś naprawdę powinien to dokładnie udokumentować, co by kolejny frajer w tej robocie nie musiał się zastanawiać.
    [akapit]Spogląda na Yausefa kątem oka, zaraz jednak powraca wzrokiem do leżącego na ziemi wampira i postanawia wziąć przykład z tego pierwszego. Wstaje i odsuwa się kilka kroków, ręce krzyżując na piersi. W końcu nie wiadomo czy palenie nie zacznie się od wybuchu. A przynajmniej on nie wie, a to wystarczający powód by wyjść z pola rażenia.
    [akapit]— Często tak sobie obserwujesz wschód słońca? — Zadaje kolejne pytanie, bo o ile cisza jest dla niego od lat naturalnym towarzyszem, tak teraz gryzie w gardło. O wiele łatwiej milczy się, gdy przed oczami, na ziemi nie leży martwe ciało wampira. To bowiem sprawia, że chciałby dowiedzieć się wiele, o wiele więcej niż pozwala mu w tej chwili rozsądek.
    [akapit]Łowca wciąż nie wie z kim ma do czynienia, a przez to nie ma również powodu by mówić cokolwiek. Tom bierze pod uwagę, że ten może zaraz ruszyć z kopyta: może wykorzystać moment nieuwagi i zniknąć albo chociaż spróbować swojego szczęścia. I ma ogromną nadzieję, że tak się nie wydarzy, bo noc zmęczyła go wystarczająco by odpuścić sobie poranny jogging.
    [akapit]Czas mija. Powoli. Ślamazarnie. Mija go jednak wystarczająco dużo by promienie słońca zaczęły leniwie oblekać przestrzeń dookoła. Tom łapie się na tym, że cały jest napięty w oczekiwaniu na to, co się wydarzy. Tyle że wcale nie jest to tak spektakularne jak sobie początkowo wyobrażał. Ciało wampira zdaje się tracić na objętości, zwęglać, kurczyć, ale nie wyrywa z gardła ochów i achów. Nie oznacza to, że śledczy nie jest zainteresowany całym procesem, jedynie że zwyczajnie spodziewał się efektowniejszego widowiska. Rozczarowanie komentuje krótkim mlaśnięciem i odwraca się w stronę Yausefa. Kładzie dłoń na jego ramieniu, palce zaciskając jak imadło.
    [akapit]— To co, śniadanie? — oferuje, choć przecież wyboru nie pozostawia mu żadnego.

    OdpowiedzUsuń
  16. – Tak jakby – powiedział niewyraźnie Yausef.
    [akapit]Skinął głową. Słońce – tak nieodłączne wszelkiemu istnieniu, pod którego dyktatem wykwitały rośliny, mnożyły się zwierzęta i wzrastali ludzie – zsyłało zagładę. I to tymi samymi promieniami, niosącymi zwykle życiodajną energię. To pod nim można było się skryć i mieć pewność, że nie sięgną cię kły upiora.
    [akapit]Yausef był dzieckiem niedawno z kolebki wyrwanym, gdy po raz pierwszy widział, jak Heres zdusił wampira, życiu ofiarę wydarł i oddał słońcu, by przywrócić go do właściwego obiegu dusz. Obrazy mniej wżarły się w serce Yausefa niż wspomnienie dusznej, odświętnej atmosfery, z którą nie umiał sobie wówczas poradzić. Czy spodziewał się języków ognia, pożerających przywiązanego do stosu potwora? Nie był w stanie powiedzieć. Być może, choć – najpewniej nie.
    [akapit]Wampir w półmroku wyglądał przerażająco, u zarania dnia – przepięknie. Jego wrzaski zagłuszyła melodia Heresu. Gdy karlał, pieśń wzrastała. Kiedy członkowie zakonu szarpali za struny instrumentów, słońce zniszczyło struny głosowe upiora. Najpierw zgasł wrzask, potem też życie.
    [akapit]Publiczne egzekucje wcale nie odbywały się tak często. Wtedy, gdy trzeba było pojednać z jasnością tych najciemniejszych – lub wtedy, gdy ceremonia skrywała w sobie dodatkowy cel. Większość pochwytanych oddawano promienistości na odosobnieniu.
    [akapit]Za każdym razem, gdy się to działo, Yausef nie potrafił oderwać wzroku. Gdzieś pomiędzy żebrami kłębiły się emocje, których nie sposób rozplątać, wielobarwne niteczki, które łatwiej przerwać niż rozsupłać.
    [akapit]Na czyste wschody słońca, pozbawione pieśni, wrzasków, istot zamkniętych w łańcuchy, patrzeć po prostu chciał.
    [akapit]– Jeśli tylko nie śpię – odparł cicho, choć nie był pewien, czy obcy rzeczywiście wymaga odpowiedzi.
    [akapit]W sczerniałej, skurczonej resztce trudno było dopatrzyć się ciała wroga, jeszcze godziny temu tak potężnego. Kruszyło się nawet przy powiewie wiatru i Yausef całym sobą chciał wierzyć, że to nie tylko przypadek i podobieństwo brzmienia, ale rzeczywiście – wtedy w podziemiach, tuż przed śmiercią, kiedy przed oczami błysnęło srebro noża, wampir odczuł skruchę.
    [akapit]Yausef ją czuł, przemieszaną z żalem i smutkiem, że w tak niegodny sposób go chowa. Przyklęknął przy nim i, cicho inkantując pieśń, delikatnie, starając się jak najmniej cokolwiek uszkodzić, wysunął sznur, przed chwilą jeszcze napięty, teraz luźno pokładający się na materiałach.
    [akapit]Zwinął dwie bluzy i tak sporządzony tobołek przesunął po ziemi, by na końcu spuścić go do jamy; tylko na koniec złapał jeszcze swoje hoodie, by nie zostawiać go na miejscu zbrodni. Ruszył po właz, by zakryć otwór i przysypać go kamieniami, kiedy nieznajomy znowu zaskoczył.
    [akapit]Śniadanie?
    [akapit]Po ceremoniach Heresu odbywała się uczta. Ale nie byli w Heresie, żałosny występek nie miał nic wspólnego z ceremonią, a Yausef, choć coraz wścieklej głodny, wiedział, że ściśnięte gardło nie przepuści żadnego pokarmu. Nawet jeśli – nie uważał, by jedzenie w towarzystwie obcego, niebezpiecznego mężczyzny było dobrym pomysłem.
    [akapit]– Czego pan właściwie ode mnie chce? – zapytał, nie przerywając roboty.
    [akapit]Ciężki właz przeniósł oburęcznym chwytem. Kamieniami obkładał go powoli, metodycznie, znowu wylądowawszy na klęczkach. Przerwał tylko na chwilę, maksymalnie na sekundę, gdy poczuł ciężką dłoń na ramieniu. Stężał. Złapał się za płatek ucha. Odczucia, wcześniej stłamszone w trybie przetrwania, zaczęły dochodzić do ciała; zakłuło go coś w boku, ale to nic. Drobne drżenie rąk potrafiło zdradzić więcej.
    [akapit]Dlatego był ostrożny, nie chcąc, by dało się cokolwiek po nim poznać. Kamień po kamieniu i kamień na kamieniu, jeden po drugim i czwarty po trzecim, układane obok siebie i na sobie, z pieczołowitością, wydawało się, godną ambitniejszego zadania. Czy Yausef maskował wejście – czy budował pogrzebny stos?
    [akapit]Tak naprawdę, różnica nie była zbyt istotna.

    OdpowiedzUsuń
  17. [akapit]Nie ma pojęcia czy to dobry moment, żeby zdradzić mu szczegóły. O wiele lepiej byłoby to zrobić przy stole, z kawą, jak ludzie, a nie umorusani przy zakrytej właśnie dziurze w ziemi. Yausef układa kamienie, Tom patrzy na niego i miejsca na rozmowę nie widzi wcale. Marszczy więc brwi, cofa ręce i krzyżuje je na torsie, podejmując ostateczną decyzję.
    [akapit]— Tu obok jest knajpa. Mają otwarte całą dobę i przede wszystkim mają kawę — mówi, głowę odwracając w kierunku oddalonych od nich budynków. — Usiądziemy tam, zjemy coś i powiem ci wszystko, co musisz wiedzieć. A potem rozejdziemy się w swoje strony, gra?
    [akapit]Ma nadzieję, że informacja o rozejściu się da chłopakowi wystarczające poczucie - chociażby względnego - bezpieczeństwa, a co za tym idzie, w końcu się ruszą. I rzeczywiście, obserwuje jak Yausef pakuje sprzęt do plecaka, zakłada go, a następnie przesuwa śmietnik. Tom skina więc głową w kierunku, w którym znajduje się knajpa i rusza. Idzie blisko łowcy, ciągle na niego zerkając. Gdyby ten zaczął teraz biec, pewnie udałoby mu się zwiać. Mayers wyobraża sobie tę pogoń i spina się cały.
    [akapit]Nikt jednak nie ucieka i docierają do restauracji jakiś czas później. Żółto-czerwone dekoracje, ściany w brudnej bieli. Dostrzega dwóch klientów, ale ci nawet nie odwracają głów w stronę wejścia. Ciekawe czy sprzedają salmonellę?
    [akapit]— Tutaj — mówi spokojnie, wskazując otwartą dłonią stolik w rogu pomieszczenia. Siada na twardym krześle, a kiedy Yausef do niego dołącza, uśmiecha się, najłagodniej jak potrafi. A potrafi, bo tego wymagało rodzicielstwo; tego wymagało małżeństwo. Łagodność sięga oczu, a te śledząc ruchy łowcy.
    [akapit]Mayers nie chce rzucać informacjami przy przypadkowej widowni, to zbyt poważny temat. Czeka więc. Kelnerka w końcu podejdzie. I może wtedy, gdy pójdzie z ich zamówieniem do kuchni, Tom znajdzie moment by powiedzieć cokolwiek. W międzyczasie obserwuje Yausefa, jakby z jego ruchów również dowiedzieć miał się jak działają łowcy, jakie mają motywacje, jak odkrywają, że ktoś jest wampirem. Ma wiele pytań i nikogo, kto mógłby na nie odpowiedzieć. To tragiczne położenie w tej robocie, w której przecież miał się w końcu spełnić, miał zalepić dziurę, która od lat tylko się powiększała. Tyle, że póki co nie osiągnął nic oprócz nowego gabinetu. Ma ładne okna, ale beznadziejną bazę danych.
    [akapit]Wysoka kobieta w kucyku podchodzi do nich po kilku minutach. Nie wygląda na zadowoloną, ale Tom również nie byłby zadowolony, gdyby tutaj pracował, więc doskonale rozumie. Bierze menu do ręki i od razu prosi o kawę. Rzuca spojrzeniem na ofertę śniadaniową, prosi o jajecznicę i oddaje lepki papier.
    [akapit]— Ja stawiam, możesz szaleć — mówi, kącik ust drga ku górze. Żart jest słaby, ale potrzebny, bo zmęczenie sprawia, że obniża się tomowe skupienie. A to jest potrzebne przynajmniej do zakończenia tej rozmowy.
    [akapit]Obawia się wielu rzeczy, na czele z tym, że Yausef stwierdzi, że zaryzykuje ucieczką. A potem zniknie z miasta lub kraju. Skoro potrafi zabić pijawkę, pewnie potrafi się też ulotnić. Wtedy natomiast Tom wraca do punktu zero. Punkt zero jest przereklamowany. Gdyby mógł tupnąć nóżką to by tupnął, ale że jest dorosły to tylko westchnąłby głośno i może wypił browara. Ma jednak nadzieję, że finalnie, rozmowa zakończy się po jego myśli: jakby nie patrzeć, ma na niego haka. Może popsuć mu życie. Może je zmarnować jednym telefonem. Tak jak jednym telefonem sprawił, że został wypuszczony.

    OdpowiedzUsuń
  18. Poranek coraz śmielej sobie poczynał i kwitł na niebie, ale wzrok Yausefa dalej tkwił w kamieniach, wciąż jeszcze chłodnych po nocy. Już niedługo i one zaczną się nagrzewać. Chwycił ostatni, kiedy dobiegły go słowa nieznajomego.
    [akapit]Zważył bryłkę w dłoni. Palce nerwowo przebiegły po krawędziach, paznokciem poskrobał w chropowatą powierzchnię. Kamyk wrzucany w jezioro odchodzi z chlupotem – Yausef z przyjemnością poszedłby w jego ślady. Chciałby przepaść, zniknąć ze świadomości obcego; chciałby też zanurzyć się w wodzie i zmyć trudy oraz hańbę minionych godzin.
    [akapit]– Dobrze – powiedział zamiast tego i odłożył ostatni kawałek.
    [akapit]Stos milczał. Nieznajomy też nie odpowiedział. Yausef powstał z ziemi i otrzepał lekko kolana. Był tak bardzo zmęczony, a mimo że dniało – nic nie zapowiadało, że mrok zostanie rozpędzony, nie całkowicie. Wyciągnął schowany na tyłach plecak i wepchnął do niego ekwipunek; a potem natarł na jeden ze śmietników, by go przesunąć nad ukryty właz. Zaprzeć się o kontener było łatwo; szkoda, żałował czasami, że nie potrafił zaprzeć się sam siebie.
    [akapit]W ciszy przeskoczył przez ogrodzenie. Całą drogę też milczeli, za jedyny akompaniament mając dźwięki powoli budzącego się Londynu. Ciężarówki już jeździły, w brzuchu miasta nie zatrzymywało się metro; a mimo wszystko, mimo że codzienny zgiełk już narastał, wciąż jeszcze dało się pochwycić świergot ptaków, chwalących poranek.
    [akapit]Do knajpki dotarli jeszcze przed szóstą, więc w środku – poza zaspaną obsługą, która w pełni obudzi się do życia dopiero wraz z nadejściem pierwszych kolejek – byli praktycznie sami. Yausef nie znał tego miejsca, co wcale nie zdarzało się nader często. Najwyraźniej nie sprzedawali tu jedzenia z dowozem.
    [akapit]Usiadł przy stoliku, do którego podprowadził go mężczyzna. Czego chciał i czy nie mógł zostawić go w spokoju? Niepokój supłał się w Yausefie. Wytarł wierzch dłoni o spodnie, nie mając odwagi położyć ich na blacie. W kieszeni ciążył nóż sprężynowy, w drugiej – magazynek broni, która nie należała do niego. Ciekawe, czy uda się odzyskać srebrne naboje.
    [akapit]Wkrótce powinien zdać raport Heresowi – jeszcze trochę, a zaczną się zastanawiać, co się wydarzyło. Czy stracili kolejnego brata w akcji? Przełknął nerwowo ślinę. Bogowie nie umierają. Poczuł, jak – obok zmęczenia, rozpleniającego się po całym ciele, i napięciu, atakującym od środka – kiełkuje coś jeszcze. Małe, wykrzywione uczucie, które nieopanowane w porę gotowe gwałtem przejąć każdą myśl. Gniew narastał powoli, niespiesznie, jakby wiedział, że przecież ma jeszcze czas, ma jeszcze dużo czasu.
    [akapit]Yausef zacisnął prawą rękę na swoim lewym nadgarstku i wbił paznokcie w skórę. Ból przyniósł chwilowe otrzeźwienie – w samą porę, bo pod nos dostał kartę z daniami. Rzucił okiem na menu, ale nie wczytywał się uważnie.
    [akapit]– Poproszę wodę – powiedział. – I owsiankę. Dziękuję.
    [akapit]Wolałby ograniczyć się do picia – ale uznał, że skoro jego towarzysz zamówił jajecznicę, niegrzecznie będzie siedzieć przed nim z samą tylko szklanką. Kelnerka odeszła, a on wstał gwałtownie, jakby coś przerażającego się stało – choć nie stało się nic, jeśli zignorować wszystkie wydarzenia z podziemi.
    [akapit]– Toaleta – poinformował i nie czekając na odpowiedź, odszedł. Przy stoliku jednak zostawił plecak.
    [akapit]Zapach taniego mydła mieszał się z chemikaliami; przynajmniej z niczym gorszym. Yausef podszedł do umywalki i oparł się ciężko o wilgotny marmur. Z lustra spojrzała na niego twarz o podkrążonych, matowych oczach. W jarzeniowym, drgającym świetle wyglądał jak popękane naczynie, splamione grzechem, bez drogi do odkupienia.
    [akapit]Gwałtownym ruchem przekręcił kurek. Pod lodowatą wodę wsunął dłonie, brudne od kamiennego pyłu i podziemi. To wszystko wymagało oczyszczenia. Przebiegł kciukami wzdłuż linii papilarnych, jakby próbował zetrzeć samą pamięć upiorze kruszejącym w podziemiach. Czy woda mogła zmyć tchórzostwo? Czy mogła zmyć milczenie stosu, przed którym klęczał?
    [akapit]Gdy wrócił do stolika, napoje już stały.
    [akapit]– Więc? – zapytał, siadając.

    OdpowiedzUsuń
  19. [akapit]Spodziewa się, że Yausef zamówi wodę albo kawę i na tym zakończy. Owsianka zaskakuje go na moment, choć sam nie potrafi do końca zrozumieć dlaczego. Coś w zachowaniu łowcy wydaje mu się na tyle wstrzemięźliwe, że posiłek nijak mu pasuje do tego obrazu. Daje sobie więc moment na przetrawienie nowej (choć pewnie tylko dla niego) wersji siedzącej przed nim.
    [akapit]Uśmiecha się do kelnerki, zanim ta się odwraca, po czym całe skupienie przenosi na chłopaka siedzącego przed nim. A przynajmniej na moment, bo ten zaraz znika i zostaje przy stoliku sam. Bierze głębszy oddech, pierwszy raz czując w karku i barkach, jak bardzo jest napięty. Z pewnością w dużej części jest to wina tarzania się po ziemi i czołgania. Reszta to stres. Mógłby to nazwać ekscytacją, gdyby nie ból przy potylicy, który od lat towarzyszy mu w podobnych momentach.
    [akapit]Kelnerka pojawia się z napojami, spoglądając na Toma niezbyt przychylnie i kiedy kobieta odchodzi, ten spogląda po sobie, otrzepuje niedbale, bierze do ręki metalowy stojak na serwetki, ale odbicie twarzy jest na tyle zniekształcone, że zaraz przedmiot odkłada.
    [akapit]Głowę w stronę toalety odwraca akurat w momencie, gdy otwierają się od niej drzwi.
    [akapit]To jest ta chwila. Ma pewność, że może zjebać wszystko jeśli podejdzie do sprawy w zły sposób. Nie obawia się, że Yausef się nie zgodzi, bo finalnie nie będzie miał wyboru, jeśli nie chce skończyć za kratkami za przestępstwa z nagrań, które trafiły do Toma. O wiele bardziej zależy mu by rozmowa przebiegła spokojnie, by doszli do porozumienia, które nie wymagałoby żadnych drastycznych środków. Tym bardziej, że cała ta akcja oznacza, minimum, sporadyczne spotkania, a Tom wolałby jednak usiąść spokojnie i wypić piwo, a nie zaciskać zęby ze złości i walczyć o każdą informację.
    [akapit]— Więc interesuje mnie to, co robisz — mówi, dłonie kładąc na stoliku.
    [akapit]Spogląda na łowcę, przesuwa wzrokiem po jego twarzy jak po otrzymywanych dokumentach - i tak jak przy nich, każdy wyraz studiuje. Yausef wygląda na spokojnego. Tom nie ma pojęcia na ile faktycznie nie przejmuje się obecną sytuacją, a na ile jest to maska, która pomóc na w zachowaniu pozorów.
    [akapit]— Nazywam się Tom Mayers, pracuję dla ministerstwa obrony — mówi, po czym zatrzymuje się, kątem oka dostrzegając kelnerkę niosącą ich śniadanie. Znów się uśmiecha, a kiedy w końcu zostają sami, zniża głos. — Jestem śledczym w oddziale, który zajmuje się incydentami specjalnymi. Oznacza to wiele różnych spraw, ale nas interesowała będzie jedynie część dotycząca wampirów.
    [akapit]Zatrzymuje się, żeby napić się kawy, gardło ma suche jak wiór. Nie pamięta kiedy ostatnio musiał się przedstawiać komukolwiek - a tym bardziej czy kiedykolwiek na głos powiedział słowowampir. Nawet w biurze pewne tematy nie były poruszane, jakby wypowiedzenie nazwy miało wywołać upiora. Coś jednak trzeba z tym zrobić, jakoś się zająć. Spogląda na jajecznicę, ale nie rusza jej mimo głodu. Odkłada kawę, wzrok wciąż wbity ma w młodego chłopaka naprzeciw siebie.
    [akapit]To ta część jest dla niego problematycza – że to właściwie dzieciak, że Tom obserwował jak ten chłopaczek zamordował kogoś z zimną krwią, a następnie wystawił na słońce. Że na pewno robił to wcześniej i zrobi ponownie. Coś ściska go w dołku, bo choć próbuje zahamować myśli o Troy’u, te i tak napływają, powodując, że przerwa w wypowiedzi jest dużo dłuższa niż zamierzał. Wpycha je z powrotem do czarnej dziury, zapija równie czarną kawą i chrząka, prostując się.
    [akapit]— Jakiś czas temu trafiło do mnie nagranie, pewnie wiesz jakie. Dla chłopaków i sędziego sprawa jest prosta, i pewnie potoczyłaby się nie po twojej myśli. Dla mnie sprawa zaś prosta nie jest, bo jestem prawie pewien, że nie oglądałem aktu terroryzmu tylko coś zupełnie innego. Dlatego wyszedłeś wolno, dlatego nie siedzisz teraz w pierdlu. To jest dobry moment, żebyś potwierdził lub zaprzeczył i uzupełnił luki — mówi miękko, choć brwi unosi wyczekująco, ponownie sięgając po kawę.

    OdpowiedzUsuń
  20. Woda była chłodna, a usta Yausefa – spierzchnięte. Na dolnej wardze, grubszej i pełniejszej od górnej, czerwienił się ślad po zerwanej skórce, jeszcze przed chwilą skubanej zębami. Teraz każde dotknięcie wody potwornie piekło.
    [akapit]Dopiero pierwszy łyk uświadomił Yausefowi, jak bardzo był spragniony. Ale to dobrze. Pragnienie. Głód. Parcie na jelita. Wszystko pochodziło od Boga. Nawet burczenie, które zakołysało się po żołądku, choć niezręczne – to przecież ludzkie. Odstawił szklankę na stół i w zakłopotaniu poprawił koszulkę na brzuchu.
    [akapit]Naciągnął materiał, zakrywając pępek – ten splot na ciele, od którego zaczynało się każde ssące stworzenie. Albo może tym wieńczyło; tak, bardziej w ten sposób. Mała okrągła blizna jak kropka po zdaniu albo o, omega, jakby na tym skończono pisać jego ciało, supłając węzeł nad flakami, które teraz tak głośno domagały się swojego.
    [akapit]Yausef podrapał się po karku. Ssało go od środka, ale dobiegający z kuchni zapach jedzenia tylko odrzucał. Zresztą – jak tu czekać na śniadanie, gdy prześwietla cię wrogie spojrzenie.
    [akapit]Mężczyzna przemawiał spokojnie, niemalże przyjacielsko; Yausef znał ten ton, przynajmniej tak mu się zdawało. Sam nieraz przyklękał na ziemi i wyciągał rękę przed siebie, smakołykami i miękkim tonem wabiąc do siebie któregoś z kundli chowanych w Heresie. Byleby nie spłoszyć. Byleby nie przestraszyć. Czasem chcesz tylko pogłaskać, a innym razem – wsadzić obrożę, przypiąć smycz i prowadzić przy nodze. Nie sądził, by teraz ktoś chciał jego poklepać po głowie.
    [akapit]Ministerstwo. Śledztwo. Incydenty. Więc – człowiek władzy. Władzy, która od dawien dawna pozwalała wampirom pustoszyć ulice. Dopóki krew sączyła się z rynsztoków, a nie marmurowych posadzek – wszystko było w porządku. Dopóki bestie żarły odpady społeczeństwa – nikt się aż tak bardzo nie przejmował. Dopóki można uznać, że cały ten podejrzany zamach to po prostu robota chłopaka o bliskowschodniej urodzie, choć wszystko wokół było podejrzane – nie ma sensu grzebać dalej.
    [akapit]Yausef zacisnął zęby. Gniew uderzał do głowy, a język sztywniał w ustach; nieufność? To za mało powiedziane. Rozciągające się widmo powrotu do aresztu nie pozwoliło mu jednak milczeć.
    [akapit]– Potwierdzam – mruknął, przesuwając palcem po wyżłobieniach w stole. – To nie ja… Tam, wtedy… To nie ja podpaliłem, tylko on. Ten z podziemi.
    [akapit]Głos mu nie zadrżał, choć w gardle wciąż czuł suchość. Patrzył prosto na Toma Mayersa, żądającego od niego prawdy, całej prawdy, której przecież nie mógł mu dać. Kłamstwa jednak – również nie. Potrząsnął głową i dla zajęcia ręki, chwycił za łyżkę. Bezwiednie rozgrzebywał owsiankę, nie biorąc nic do ust.
    [akapit]– Co konkretnie mam powiedzieć, panie Mayers? – zapytał. Tak będzie łatwiej, wiedzieć, na co odpowiadać. – Wampirów nie da się zobaczyć na zdjęciach i tak dalej. A ja… Poluję na nie.
    [akapit]Metal zaskrobał o dno miski. Przynajmniej rozwiązała się tajemnica, czemu tak nagle go wypuszczono. Tym trudniej będzie wywinąć się z rąk tego człowieka. W końcu powinien być mu wdzięczny.

    OdpowiedzUsuń
  21. [akapit]Nie potrafi ocenić w jakim stanie jest Yausef. Nie wygląda na wystraszonego ani zastraszonego, nie reaguje złością, owsianka wciąż jest w misce, a nie na tomowej twarzy. Jakieś emocje muszą mu jednak towarzyszyć, mniej lub – tu się skłania – bardziej ukryte. W innych okolicznościach odbijałby się od tych reakcji. To najprostszy, najbardziej efektywny sposób. Z Yausefem stawia jednak na inną taktykę, niezbyt rozsądną, bo istniejącą pod nazwą improwizacja.
    [akapit]Ciężko nie improwizować, kiedy spotkanie zaczyna się od martwego wampira i czołgania w brudzie, gdzie zamiast wschodu słońca ogląda się rozpadające zwłoki. To jego pierwszy raz.
    [akapit]Przytakuje powoli, słuchając potwierdzenia, na pytanie zaś w pierwszej chwili reaguje zmarszczeniem brwi i podrapaniem po potylicy. To czego od niego chce nie zamyka się przecież w jednym spotkaniu ani konkretnej informacji. Tom chce wszystkiego. Jest zachłanny. Przede wszystkim jednak jest wściekły, że jego poprzednicy nie zrobili tak naprawdę nic, że oddział wygląda jakby powstał w zeszłym tygodniu, a dokumentacja zawiera śladowe ilości informacji. Byłoby to śmieszne, gdyby nie stawiało go w tak żałosnym położeniu. Przedstawił się jako osoba u władzy – czuł się jednak, jakby władzę zyskać mógł dopiero, gdy będzie wiedział, co robi.
    [akapit]Przesuwa kciukiem po krawędzi kubka, ścierając ślad pozostawiony przez kawę, zaraz jednak unosząc go do ust i tworząc kolejny. Tym razem zostawia go w spokoju. Sięga za to po widelec i nabiera pierwszy kęs jajecznicy. Bierze go do ust i połyka w zasadzie bez gryzienia. Straszne paskudztwo, przesolone i suche jak wiór. Bierze kolejny kęs i jeszcze jeden, zagryza zimną grzanką. W międzyczasie nie odrywa wzroku od Yausefa. Znów pozwala milczeniu rozgościć się między nimi i ma wrażenie, że to osiada naturalnie, jakby miało stać się częścią ich interakcji. Nie ma z tym problemu, nawet jeśli z mówienia, w dużym stopniu, jest stworzony. W pracy może nie być. W pracy może być milczący.
    [akapit]Odkłada widelec na pusty talerz, wyciera usta serwetką i dopija kawę, wzrokiem odnajdując kelnerkę. Pokazuje na pusty kubek, a chwilę później ta pojawia się ze świeżą porcją, przy okazji zabierając brudne naczynia.
    [akapit]— I tak dalej. To mnie interesuje — mówi w końcu, dłoń automatycznie ucieka na napięty kark. Wciska w niego kciuk starając się rozmasować mięsień, ale bezskutecznie. Dłonie wracają na stół, splata je i pociera kciukiem o kciuk. — Potrzebuję kogoś kto ma informacje, kto może mi powiedzieć, że słońce je zabija, że trzeba mieć srebrne kule, i tak dalej. I potrzebuję kogoś, kto da mi znać, gdy będzie się coś działo.
    [akapit]Opiera się przedramionami o kant stołu i pochyla nieznacznie do przodu, starając się by głos wciąż był miękki, by nie brzmiał jak rozkaz. Pewien jest jednak, że bez względu na intonację i dobór słów, obaj wiedzieć będą, że wolna wola niewiele ma z tą sytuacją wspólnego.
    [akapit]— Słuchaj, wyglądasz na dobrego chłopaka i ja ci wierzę, że nic tam nie zrobiłeś. Problem jest taki, że oni nie bardzo i czekają na moją decyzję. Czy będziesz przydatny, czy przydatny nie będziesz i wracasz do paki. Jasne, będzie rozprawa, ale obaj wiemy, jakie masz tam szanse.
    [akapit]Oblizuje suche usta i sięga po kawę. Czasami nienawidzi tej pracy.
    [akapit]— Muszę wiedzieć, gdzie i kiedy coś się dzieje. Muszę wiedzieć czy ciała, które znajdujemy są sprawką wampirów, czy nie. Jest coraz więcej zaginięć, coraz więcej zgonów. I muszę wiedzieć o nich wszystko, co tylko można wiedzieć.
    [akapit]Odchyla się na krześle, w końcu przykładając do ust trzymany kubek. Bierze łyk, odkłada i krzyżuje ręce na torsie. Chce mu powiedzieć, że jeśli to cokolwiek zmienia to on również nie jest zachwycony i wolałby nie uciekać się do szantażu, ale wie, że to go osłabi. Nie może sobie na to pozwolić, nie teraz.

    OdpowiedzUsuń

Aktywni: 0

Cieszymy się, że tu jesteś. Trafił_ś na blog fabularny Bunt Ikara, gdzie możesz wcielić się w wampira, łowcę wampirów albo zwykłego śmiertelnika.

Wiemy, że nasza oprawa wizualna może różnić się od klasycznych blogów fabularnych, dlatego przygotowaliśmy krótki poradnik, który pomoże Ci odnaleźć się na start.

Przejdź do poradnika