⊹
Pisanie wątków
⊹
✧
Pod kartami postaci pozostawiamy jedynie komentarze odautorskie!
✧
Aby rozpocząć rozgrywkę fabularną/wątek/fabułę z inną postacią, opublikuj post z opisem wątku.
Do treści posta możesz (nie musisz) użyć gotowego kodu. Historię rozpisujecie w komentarzach pod tym właśnie postem. Obowiązujące etykiety: imiona i nazwiska postaci biorących udział oraz hasło wątek.
✧
Aby orientować się w prowadzonych wątkach proponujemy, nie jest to jednak obowiązkowe, aby założyć post z chronologią.
Aby założyć post z chronologią możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z chronologią z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj chronologię w karcie postaci.
✧
Stwórz post opisujący istniejące relacje Twojej postaci.
Aby założyć post z relacjami możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z relacjami z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj relacje w karcie postaci.
✧
Wskazane jest publikowanie opowiadań o Twojej postaci, ale nie są one obowiązkowe. Chcemy o twojej postaci wiedzieć jak najwięcej!
Skorzystaj z wzoru na początek opowiadania. Do każdego opowiadania dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, opowiadanie.
✧
Nie musisz, ale możesz pokusić się o założenie posta z telefonem postaci.
Aby założyć post z telefonem postaci możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z telefonem z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj telefon w karcie. Do każdego posta z telefonem dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, telefon.
⊹
Limity czasowe
⊹
✧
Aby nie przysłaniać zbyt często treści innych autorek i autorów, narzucamy limity czasowe.
✧
Pomiędzy kartą postaci a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.
✧
Pomiędzy karta postaci a opowiadaniem — 24h plus minimum 2 komentarze pod opowiadaniem.
✧
Pomiędzy karta postaci a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a kartą postaci — 1h bez limitu względem komentarzy.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a opowiadaniem — 1h bez limitu względem komentarzy.
✧
Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a rozgrywką fabularną — brak limitu.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a opowiadaniem — 24h oraz co najmniej 2 komentarze pod opowiadaniem.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.
✧
Pomiędzy opowiadaniem a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.
⊹
Obecności i urlopy
⊹
✧
Na blogu występują comiesięczne listy obecności trwające tydzień. Karty postaci osób, które nie zgłosiły obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych.
✧
Aby uniknąć przesunięcia karty do wersji roboczych, należy zgłosić urlop w odpowiednim dziale. Maksymalny czas urlopu to dwa miesiące. Po tym czasie karty postaci danej osoby zostaną przeniesione do wersji roboczych.
✧
Jeśli zniknęliście a marzy wam się powrót, chęć tę należy zgłosić w odpowiednim temacie. Cieszymy się, że do nas wracasz! No hard feelings. ☺
Browar Guinessa w Park Royal nie jest miejscem łatwym do zabezpieczenia. Już sama powierzchnia kompleksu sprawia, że zaangażować w obławę trzeba prawie cały oddział. To pierwsza, tak duża, sprawa od kiedy Tom przejął stery i choć wmawia sobie, że w ogóle go to nie rusza, ewidentnie jest inaczej. Może to trema, a może fakt, że zanim jeszcze pojawia się na miejscu, dociera do niego informacja, że w sprawę zaangażowany jest Gallagher, młodszy detektyw, z którym przyszło mu współpracować właściwie raz. Oprócz przeszywających oczu mężczyzny pamięta tyle, że dostał wtedy łatkę trudnego, a pół oddziału gotowe było wybić mu zęby za stawianie się Whittakerowi. Tyle że teraz to on siedzi na stołku byłego szefa i to po jego stronie leży odpowiedzialność, by cała akcja przebiegła bezpiecznie i bezproblemowo.
OdpowiedzUsuńZaczyna się w porządku: a przynajmniej bezproblemowo. Dostrzega Gallaghera, skina do niego głową na powitanie i poprawia kamizelkę kuloodporną by kilkanaście sekund później dołączyć do niego w przejściu pomiędzy budynkiem C i D. Nie odzywa się, bo nie ma teraz przestrzeni by stracić czujność. I ma rację. Kilka minut później, właściwie znikąd, wyrasta przed nimi podejrzany, bronią celując w detektywa i Tom niewiele się zastanawiając, używa swojej. Nie ma miejsca na pytania ani wątpliwości, a przynajmniej nie w pierwszych sekundach, kiedy stoi w bezruchu oddychając ciężko. Gallagher coś krzyczy, ale jego słowa lądują gdzieś poza świadomością, jakby za mgłą. Dopiero kiedy zostaje szturchnięty, dociera do niego, że powinien coś zrobić, odpowiedzieć albo ruszyć się, jakkolwiek zareagować na sytuację dookoła. Detektyw zdaje się być faktycznie zły, tym bardziej że zaraz zostawia go z kilkoma przekleństwami, a sam doskakuje do leżącego na ziemi ciała.
Nie zrobił nic niezgodnego z protokołem, a jednak czuje na sobie zdenerwowane spojrzenie jeszcze długo po opuszczeniu fabryki. Sam nie wie czy wyczulony staje się na tego mężczyznę, czy może naprawdę ich drogi zaczynają przecinać się na tyle często, że widzi go wszędzie. Myśli nawet żeby podejść, pogratulować rozwiązania sprawy: ta mogła przecież skończyć się dużo tragicznej - mogłoby się okazać, że dziewczynki od dawna nie żyją albo że winny zamiast do szpitala trafi do kostnicy. Finalnie trzyma się jednak swoich ludzi, bo tak jest dużo prościej - już i tak poświęca przystojnej twarzy zbyt wiele swojej uwagi. Nawet teraz przygląda się jak jego partner robi sobie z niego żarty i powstrzymać musi uśmiech, zaraz natomiast swój natrętny wzrok, bo Gallagher odwraca się w jego kierunku i jedynym rozsądnym zachowaniem jest ucieczka. Przynajmniej wzrokiem.
Potem jest tylko gorzej, bo jeden z jego kolegów skina głową w stronę detektywa, poruszając sugestywnie brwiami i Tom już wie, że nie jest to gest pozbawiony znaczenia. Zaraz zresztą słyszy kroki i modli się by nikt nie powiedział nic durnego.
— Te, Wick, pies ci uciekł! — Głos Barrowa niesie się przez parking, wypowiedzi towarzyszy śmiech kilku innych funkcjonariuszy i Mayers prawie stęka z udręki. Bo to przecież nawet nie jest zabawne. Mimo to uśmiecha się pod nosem blado dla zachowania pozorów i ten blednie dopiero, gdy kątem oka dostrzega, że pies jest już tuż obok.
Whick próbuje nieskutecznie uspokoić matkę, która nie wiedzieć skąd pojawia się przy taśmie policyjnej, zaaferowana zbiegowiskiem. Jego umiejętność obłaskawiania nieznajomych kobiet tym razem polega z kretesem, bo szatynka dostrzega swoją córeczkę i odpycha go na bok, natychmiast podbiegając do dziecka. Obie płaczą, ściskając się kurczowo.
OdpowiedzUsuńGallagher, wsparty o bok samochodu, obserwuje jednak inną dziewczynkę. Sześciolatka milczy i nie porusza się niemal wcale, ma błędne spojrzenie lalki skupione na zaprzeszłych wrażeniach. Umysł odciął się od ciała, by odseparować się od traumy i Doran myśli, że być może dla tego dziecka lepiej byłoby, gdyby nie przeżyło, a on nie napierał kilkanaście minut temu całym swoim ciężarem na dociskane do obojczyka oprawcy dłonie. Chorego psychicznie oprawcy, który uznany zostanie za niepoczytalnego i zamiast do więzienia o zaostrzonym rygorze trafi na oddział zamknięty, na którym nikt nie potępi go za jego wynaturzone żądze.
Wszyscy bowiem zrobili, co do nich należy.
Kąt oka dostrzega rękę Whicka celującą w jego potylicę, przed którą uchyla się sprawnie tylko jednak po to, by ta dłoń mężczyzny, na której nie skupił uwagi, wyrwała mu spomiędzy warg dopiero co odpalonego papierosa. Tak się składa, że ostatniego, jakiego Doran posiada.
— Kto by przypuszczał, że za tym twoim nieobecnym spojrzeniem kryje się sznurek między uszami. Na pewno nie ja i nie wtedy, kiedy piętnasty raz próbowałem wbić tobie do łba, że dla kolegów po fachu jesteśmy co najmniej uprzejmi, bo będziemy ich potrzebować w przyszłości. Co tak ruszasz tymi brewkami? Na słuchawce cię miałem ja, razem z całym jego oddziałem... — Doran prawie nie słucha, tak jak zapewne nie słuchał i te piętnaście momentów wcześniej, zbyt skupiony na ginącym w zaniedbanym zaroście filtrze, maltretowanym obecnie przez nader wilgotne wargi.
— Podobno rzucasz palenie.
— No rzucam, nie kupię więc przecież całej paczki, jak się chcę raz czy dwa sztachnąć. Masz ci los, przecież się chłopaczek zaraz popłacze. Do następnego razu będzie to przeżywał. Idź go poklep po pleckach, powiedz, że się spisał, zaproś na jakieś piciu. Tylko musisz się uśmiechnąć, no wiesz, unieść kąciki ust do góry, bo jego koledzy pomyślą, że faktycznie chcesz mu naklepać. Na to, że sam będzie, to ty nie licz. Terenowi inteligencją nie grzeszą, poruszają się stadami, bo każdy z nich posiada ograniczony zakres umiejętności. Jeden myśli, drugi słucha, trzeci gada i tak dalej, a ten Twój to najwyraźniej od kukania jest, o, patrz!, znowu tu kuka, kukułka niedojebana. — Gallagher marszczy brwi, odwracając się ku grupie antyterrorystów, i krzyżuje wzrok z Mayersem. Nie pierwszy i nie ostatni tego dnia. Przystojny mężczyzna, jak i wielokrotnie wcześniej natychmiast spogląda w innym kierunku.
— Co oznacza, że pasujecie do siebie idealnie, bo ty też niedojebany jesteś i szczerze mówiąc robi się to już całkiem nie do zniesienia. — Zdolność Whicka do sprowadzenia każdego tematu do jebania emanuje tym razem nader wyraźnie, bo po raz pierwszy mimochodem wpleciona zostaje w faktyczną orientację Dorana. Irlandczyk nie porusza się jeszcze przez ułamek sekundy, ale gdy partner zaciągnąwszy się chmurą dymu zdaje się nosić z zamiarem kontynuowania zagadnienia, z całkowicie niezrozumiałego dla siebie powodu zgodnie z jego oczekiwaniami rusza ku grupce mężczyzn w kuloodpornych kamizelkach.
Komentarz o psie puszcza mimo uszu, w przeciwieństwie do Whicka, który nie omieszkuje odkrzyknąć, że sam go spuścił ze smyczy i żeby Barrow uważał, bo Gallagher nie ma kagańca. Mężczyzna w reakcji zastępuje młodszemu detektywowi drogę i to on przypomina rozjuszone zwierzę, kiedy przybliża się tak blisko, że nieomal trąca go nosem. Doran wpatruje się jedynie z niesmakiem w pozbawione myśli oczy, by zaraz wychylić się zza sylwetki, spojrzeniem powracając do tej pożądanej.
Usuń— Tom, tak? — Widzi napięte ramiona i kark, wyblakły już całkiem uśmiech na pełnych wargach i zawahanie w jasnych tęczówkach.
— Piwo, dziś, 21, Auld Shillelagh. — Zapada grobowa cisza, zmarszczona mimika osiłka przed nim zdaje się kontemplować, czy aby nie padła właśnie jakaś wyszukana obelga, ale Dorana interesuje jedynie reakcja jego przełożonego. Z pociągającej twarzy, zazwyczaj dziecinnie prostej do odczytania, teraz wydobyć nie potrafi jednak niczego.
— W ramach podziękowania? — dodaje powoli, dopiero obecnie stosując być może wcześniej potrzebny pytajnik. Mayers nadal jednak milczy, a Gallagher nagle traci wszelką wiarę w swoje śledcze umiejętności.
Tom żałuje, że nie jest sam. Mógłby wtedy przez litanię emocji przejść w spokoju, zamiast zastanawiać się, na ile może pokazać po sobie entuzjazm. Szczególnie, że ten w połączeniu z dezorientacją sprawia, że w odpowiedzi potrafi jedynie przytaknąć: tak, Tom, tak, piwo w ramach podziękowania. I może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że normalnie buzia mu się nie zamyka. Nawet Burrows zdaje się zauważyć osobliwe zachowanie, bo odwraca głowę od psa i unosi brwi.
OdpowiedzUsuń— Nie wiesz jak się wymiksować? — pyta rozbawiony, ale jego żarty to ostatnie na co tego wieczora Tom na ochotę. Gdyby nie to, że obserwowani są przez kilka innych osób, w tym partnera Gallaghera, pewnie wdałby się w dyskusję; teraz chce jedynie uciąć temat i wymiksować się z towarzystwa.
— Daruj sobie — mówi więc do barczystego mężczyzny, ucinając dalsze pyskówki, po czym zmusza się by spojrzeć na Dorana Gallaghera. — Niech będzie.
Brzmi jak burak i nie ma nic przeciwko, żeby ten tak jego odpowiedź odebrał, ale nie może sobie pozwolić na inną reakcję, nie w tym towarzystwie, i nie po tym jak przez pół dnia obserwował go w każdej wolnej chwili. Jedynym pozytywem w całej sytuacji jest to, że detektyw zrzucić może powody jego niezbyt przychylnego zachowania na niezadowolenie związane z jego wyskokiem podczas akcji. Inaczej nie byłoby powodu do przeprosinowego piwa.
Zdradza go chyba tylko spojrzenie, które nadal utkwione jest w przystojnej twarzy: to z pewnością nie opowiada historii o niechęci. Tak samo zresztą jak nagle spocone dłonie i spięty kark.
Przesuwa wzrokiem od intensywnego spojrzenia, przez kark o konsystencji betonu i luźno opuszczoną wzdłuż ciała rękę po kończącą ją, wilgotną dłoń. Odpowiedź, niezależnie jaka, byle twierdząca, całkowicie by mu wystarczyła, ale wtedy w umysł wdziera się informacja o stadnym życiu mężczyzny i zamiast odejść, odzywa się ponownie.
OdpowiedzUsuń— Jeśli przyjdziesz z kolegami, to nie stawiam — ostrzega więc gwoli ścisłości, a gdyby tego było mało, zamilknąwszy minimalnie unosi prawy kącik warg ku górze.
Dopiero wtedy odwraca się i rusza ku pojazdowi, z irytacją pocierając bolący od wysiłku mięsień twarzy. Whick, choć dotąd go bacznie obserwujący, nie mówi niczego, co już samo w sobie powinno budzić niepokój. Kiedy wsiadają do auta, partner rzuca mu jeszcze paczkę nieotwartych żółtych Cameli na uda. Doran natychmiast odwija celofan i chwyta filtr jednego z papierosów w zęby, ignorując krew na mankiecie koszuli. Kąt oka nadal śledzi jednak nieufnie każdy ruch współpasażera. Przynajmniej do momentu, w którym nie uruchamia silnika i nie zawraca auta, co daje mu sposobność, by ponownie skrzyżować spojrzenie z Mayeresem. Brak czujności prędko musi jednak przypłacić, kiedy sylwetkę antyterrorysty obserwuje jeszcze w lusterku wstecznym.
— Nie mam nic przeciwko. Żebyś wiedział. Że ciepły jesteś. W pewien sposób nawet cię rozumiem. Sam raz kiedyś z Agnes zgarnęliśmy takiego gościa... Napakowany był skurwysyn, ale od tyłu, jak się pochylił, nigdy byś nie powiedział, że chłop. Tak gładko ogolony tam na dole był. A ten twój, też ma całkiem imponujące tyły... — Doran zapomina o przeznaczeniu trzymanego między wargami papierosa, zaskoczenie zaciąga dym do przełyku i wciska pod powieki. Zwalnia, krztusząc się i pocierając oczy.
— Jeszcze jedno słowo, Whick i zgłaszam cię za molestowanie seksualne — charczy, przełykając ślinę i przecierając ją wierzchem nadgarstka z ust.
— Nie odpowiadam za to, że fakty są seksualne, Gallagher. — Ostre spojrzenie kierowcy wystarcza jednak by umilkł choć na kilka minut.
Za dwie dwudziesta pierwsza ponownie siedzi na siedzeniu kierowcy tego pojazdu i tym razem to jemu pocą się dłonie. Pociera z irytacją knykcie jednej z nich, by zaraz wytrzeć je o spodnie, spojrzeniem przelotnie przesuwając po szyldzie irlandzkiego pubu. Dopiero jednak kiedy liczba automatycznego zegarka zmienia się na ósmą pięćdziesiąt dziewięć, wysiada, zamyka samochód i przechodzi na drugą stronę ulicy.
Widzi go niemal od razu, a charakterystyczny uśmiech, zawsze sięgający oczu, paraliżuje go na tyle, że zdolny jest jedynie do kolejnego skinięcia głowy. Nim do niego jednak podchodzi, korzysta z okazji bycia osobno i zamawia bezalkoholowe piwo. Dopiero kiedy trzyma je w dłoni, przychodzi do stolika.
— Cześć — wita się, bo to uprzejme, podobnie jak wyciągnięta ręka, na którą sobie pozwala po odstawieniu kufla na blat.
Czy Gallagher się uśmiecha, czy może mu się przewidziało? Nie ma okazji się upewnić, bo mężczyzna już się odwraca i spoglądać może jedynie na jego smukłą sylwetkę znikającą chwilę później w samochodzie. Ktoś mówi coś do niego, ale z początku wcale nie reaguje, zbyt pochłonięty otrzymanym zaproszeniem. Spojrzenia krzyżują się ponownie i Tom wie, że okropnym błędem będzie pojawienie się gdziekolwiek w towarzystwie tego mężczyzny.
OdpowiedzUsuńZakłada na siebie ciemnozieloną koszulkę i spogląda na odbicie w lustrze, ale coś jest nie tak. Marszczy brwi, rozprostowując materiał na torsie, po czym sięga po swój drugi wybór, klasyczną czerń.
— Zielona lepsza, podkreśli twoje oczy. — Słyszy za sobą i drga, odwracając się natychmiast. Głos matki, niby łagodny, ma w sobie nutę, której Tom nie lubi, tę pewność, że decyzja już zapadła. — Spotykasz się z jakąś miłą dziewczyną?
— Z kolegą z pracy — ucina i sięga po czarny t-shirt. Zakłada go na siebie, drugi odrzucając na ziemię. W odbiciu widzi spojrzenie kobiety, więc sięga materiał i odkłada go na łóżko, wolną dłonią rozmasowując skronie. — Potrzebujesz czegoś zanim wyjdę?
Nie. Nic nie potrzebuje. Jak na kogoś, kto swoim stanem zdrowia wpłynął na decyzję Mayersa o powrocie do rodzinnego domu, jej zachowanie w ostatnim czasie zdaje się nie mieć nic wspólnego z chorobą. Wychodzi więc wcześniej niż to konieczne i ląduje w barze prawie pół godziny przed czasem, co z perspektywy zdaje się rozwiązaniem durnym, bo daje to zbyt wiele możliwości na rozmyślanie o nieprzystępnej twarzy pewnego detektywa.
Zamawia piwo i siada przy stoliku, wyjmuje paczkę papierosów i rzuca ją na blat. Nie ma znaczenia, co ma na sobie, a jednak denerwuje się zupełnie jakby miało. Musi przeżyć to jedno piwo, a potem wszystko wróci do normalności i nie będzie miał z Doranem Gallagherem styczności aż do następnej wspólnej akcji. To z pewnością ułatwi sytuację. Jego obecność w pracy nie pomaga w utrzymaniu skupienia, to lawiruje wokół przystojnej twarzy, wokół smukłych palców i, jeśli dobrze widział, delikatnego uśmiechu. Nie może jednak pozwolić sobie na zauważanie podobnych niuansów. Nie w robocie. A najlepiej nigdzie.
Tyle, że mężczyzna pojawia się w pubie jakiś czas później i Tom ma problem z zachowaniem neutralnej mimiki. Uśmiecha się, wstając z miejsca i ściska wyciągniętą w jego kierunku dłoń, zaraz wskazując miejsce naprzeciw siebie, zapraszając go by się dosiadł. Nie wie, co robi z nim większy nieporządek: faktura męskiej skóry czy fakt, że gdy siadają miejsca wcale nie ma zbyt wiele i prawie stykają się kolanami. Mayers prostuje się, co by zyskać choć odrobinę autonomii.
— Byłem chwilę wcześniej — tłumaczy, wskazując podbródkiem na rozpoczęte piwo. — Możesz kupić następne.
I następne, dodaje w myślach. Prędko dociera do niego jak niebezpieczny okazać może się alkohol, jeśli tylko nie będzie ostrożny. Do tej pory nie miewał podobnych problemów. Jego zainteresowanie mężczyznami opierało się głównie na wyborze kategorii podczas oglądania filmów pornograficznych albo skupieniu wzroku na Brendanie Fraserze, gdy po raz kolejny wypożyczał Mumię.
— To jak z tymi przeprosinami? — pyta chwilę później, oferując mężczyźnie łagodny uśmiech, bo to jedyne, czego może się w tej chwili chwycić bez odnoszenia się do pełnych ust towarzysza.
Uścisk ma łagodny jak na mężczyznę, który kilka godzin temu nieomal nie rozszarpał tętnicy podobojczykowej drugiego człowieka, a skórę dłoni gładką i ciepłą. Na tyle, że Doran z opóźnieniem opuszcza swoją własną do guzika marynarki, który odpina nim opada na ławkę naprzeciwko rozmówcy. Na komunikat o piwie kiwa krótko głową, zbyt zajęty wyciąganiem z wewnętrznej kieszeni paczki papierosów i zapalniczki. Odkłada je obok cudzych, dokładnie tej samej marki i to drugi komentarz odrywa jego wzrok od gładkich kartoników.
OdpowiedzUsuń— Przeprosinami? — powtarza z niezrozumieniem, analizując przystojne oblicze, a kiedy sens pytania do niego dociera, wygina wargi w parodii uśmiechu. — Jesteś uroczy, Mayers. Stałeś jak kołek pośrodku wąskiego korytarza między mną a wykrwawiającym się podejrzanym, który wtedy jako jedyny znał położenie swoich trzech ofiar. Musiałem podnieść głos, żebyś ruszył się z miejsca.
Krzyżuje przedramiona na torsie, rozlokowując się wygodniej na ławce, a ton głosu bynajmniej nie wskazuje na to, by Doran uważał kolegę za uroczego. Co innego spojrzenie, intensywnością przyszpilające go do oparcia siedziska po jego drugiej stronie.
Stresuje się. O wiele za bardzo jak na niewinne piwo i zadawanie głupich pytań jest tego efektem. Nie ma mu za złe ani podniesionego głosu, ani odepchnięcia - w zasadzie nie zwróciłby uwagę na żadną z tych rzeczy, gdyby później nie zostały mu one przypomniane kilkukrotnie przez kolegów z oddziału. W końcu więc wziął do siebie to, że powinien być zły i teraz siedząc naprzeciw niego znów nie potrafi przypomnieć sobie dlaczego.
OdpowiedzUsuń— Dopiero co przejąłem stanowisko dowódcze — mówi, jakby to tłumaczyć mogło jego własne zachowanie, choć w zasadzie próbuje wyjaśnić zupełnie inną sprawę. — Mój zespół jeszcze nie do końca… szanuje tę zmianę — dodaje, szukając odpowiedniego słowa, ale i ten szacunek nie do końca mu gra. Chciałby wyjaśnić mu, że jednocześnie stara się zostać jednym z nich, jak i zdobyć reputację, że razem kończyli szkołę, a potem razem dołączyli do oddziału i teraz wydaje im polecenia, i nikomu nie jest z tym do końca po drodze. Zamiast tego, bo to przecież byłoby za wiele, mówi coś zupełnie innego. — Wybacz jeśli byli dla ciebie nieuprzejmi.
Wolałby przeprosić go i dziesięć razy niż skupić się na tym, że Doran Gallagher nazwał go uroczym, a jego przeszywające spojrzenie zdaje się wiercić mu dziurę w czaszce. Sięga po kufel piwa, upija dwa spore hausty, a chwilę później już wyjmuje z paczki papierosa i odpala go by zająć czymś dłonie.
— I jeśli utrudniłem dzisiaj tobie pracę — dodaje jeszcze, bo musi paplać cokolwiek.
Zaciąga się dymem, wzrokiem uciekając w stronę baru.
Drobne uszczypliwości, którymi nauczył się komunikować za dzieciaka, by przetrwać, zwykle nie zostają przyjęte z pokorą. Kiedy więc tak się dzieje teraz, Doran zbity z tropu milczy dłuższą chwilę, nieomal przestając mrugać.
OdpowiedzUsuń— Wiem — mówi powoli, choć Mayers musi zdawać sobie sprawę, jak szerokim echem odbiła się korupcja w antyterrorze. Jeszcze dzisiaj słyszał całą opowieść przynajmniej kilka razy, co zresztą pozwoliło mu zapamiętać imię obecnego rozmówcy. — I gratuluję. Chociaż awans musi być wyjątkowo niesatysfakcjonujący zważywszy na okoliczności. A zmiana trudna. Z racji ilorazu inteligencji twoich podwładnych.
Mimika twarzy nie drga, ale palec wskazujący prawej dłoni zawzięcie skubie skórkę przy paznokciu sąsiadującego z nim kciuka. Język porusza się niespokojnie w otworze gębowym, a wzrok przesuwa po sylwetce mężczyzny. Wtedy ręka Dorana opada na jego ramię. Jeden raz, a potem drugi.
— Ostatnim razem rozcięli mi skórę na łuku brwiowym. A ty zaoszczędziłeś mi dzisiaj poobijanych żeber. I za to dziękuję, jeśli to nadal nie jest jasne — mówi i orientuje się, że dalej go ponad stołem klepie, więc wciska palce na powrót pod pachę. Usta zaciska w wąską linię, nieprzesadnie zadowolony z faktu, że udzielają mu się reakcje Whicka w manierze człowieka po rozległym udarze, którego żaden z nich nigdy nie przeszedł.
Powstrzymuje się, żeby nie powiedzieć, że jeszcze miesiąc temu najpewniej uznałby, że i jego iloraz inteligencji jest podobny, nic bowiem nie różniło go od reszty chłopaków z oddziału, poza może odrobiną szczęścia. Wymagałoby to jednak, żeby sobie umniejszył w jego oczach, a to zaś zdaje się być straszną głupotą. Tylko idiota strzelałby sobie w kolano. Przyjmuje więc cudze pocieszanie przytaknięciem.
OdpowiedzUsuńA potem zaczyna się to klepanie. Spodziewa się, że mężczyzna wykona gest raz, ewentualnie trzy, ale Doran nie przestaje i brwi Toma unoszą się powoli do góry, choć całkowicie mimowolnie. Gdyby bowiem ktoś czytał mu w myślach z pewnością dowiedziałby się, jak niepoprawnie wiele przyjemności czerpie i z tego niewinnego gestu. Tyle, że znów musi napić się piwa, by pozbyć się suchości w gardle.
— Do usług, mogę cię ratować, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba. — Już gdy zaczyna mówić bierze go przerażenie, bo to tragiczny tekst. W trakcie więc z kiedy tylko będziesz chciał przeskakuje na zajdzie taka potrzeba, ale i to niewiele pomaga, więc kluczy dalej. — Albo Whicka. Z jego głupimi tekstami ktoś w końcu będzie chciał sprawdzić czy mu nos pasuje do pięści.
Ostatnie dwa zdania dodaje na prędko, licząc że uratują sytuację. I może rzeczywiście trochę pomagają, choć pewien jest, że bardziej wprawiony obserwator na pewno dostrzegłby, że w słabym świetle barowych lamp jego uszy nabrały prawie już brunatnego koloru.
Wzrok opuszcza na ukrytą pod pachą rękę, w głowie wibrują słowa służbowego partnera o klepaniu po pleckach, powiedzeniu, że się spisał, zaproszeniu na piciu i potrzebie uśmiechnięcia się. Coś go skręca w środku, bo słuchanie Whicka bezwzględnie zawsze kończy się tragicznie. Zaraz drga, a potem prycha, kiedy nazwisko mężczyzny pada z ust antyterrorysty.
OdpowiedzUsuń— Widziałeś jego nos? — pyta, a wzrok bezwiednie osadza się na bordowych, odstających uszach. Ponownie ma ochotę Toma dotknąć, palce ściśnięte między tułowiem a ramieniem rozprostowują się niespokojnie i zginają, bo przecież Doran wielokrotnie nie miał racji. Fakt, że z Mayersem pracuje, nie sprzyja pomyłce, co popycha go do wstania.
— Kibel — mówi tylko. A potem kładzie uspokajająco rękę na jego ramieniu. Już idąc do wspomnianego pomieszczenia z irytacją przeciera dolne partie twarzy.
Przez kilka długich minut wpatrywania się we własne oblicze w przybrudzonym lustrze intensywnie wmawia sobie, że bynajmniej nie uległ urokowi Toma i absurdalnemu kaprysowi Whicka i jest tutaj tylko i wyłącznie po to, by poprawić swoje stosunki z antyterrorem w razie ponownej współpracy, która prędzej czy później nastąpi. Kupi gościowi piwo i wróci do domu. Jest tego pewien, kiedy myje dłonie i wychodzi z łazienki.
Wtedy jednak widzi krótko ścięte włosy porastające tył znajomej głowy i jedno z odstających uszu, a jego kształt ponownie przywodzi na myśl przymiotnik, którym już Mayersa dzisiaj określił.
— Miałem kupić kolejne — mruczy z dezaprobatą, kiedy rozlokowawszy się na swojej ławce dostrzega na blacie pełen kufel piwa i miskę orzeszków.
Doran ciągle go dotyka. A może nie, ale takie sprawia wrażenie, gdy po raz kolejny jego dłoń ląduje na ramieniu i Tom ma ochotę przycisnąć swój policzek do cudzej skóry. Powstrzymuje się, bo to strasznie nie na miejscu. A do tego strasznie głupie.
OdpowiedzUsuńGdy tylko mężczyzna znika z zasięgu jego wzroku, dopala pospiesznie papierosa i w takim samym tempie opróżnia kufel piwa. Przez moment jeszcze próbuje udawać przed sobą, że nie próbuje zrobić na nim wrażenia, a kiedy w końcu godzi się z porażką, wstaje z miejsca i udaje się do baru po kolejne piwo. Przy okazji zgarnia orzeszki, bo każdy sposób by zapchać sobie mordę i przestać gadać głupoty jest dobry.
Chwilę później słyszy znajomy głos i podnosi wzrok na przystojną twarz. A potem sięga po orzeszki, bo to dobry moment by wypróbować jak działa nowa metoda nie gadania głupot. Kiepsko.
— Zaschło mi w gardle — tłumaczy. — W końcu mi postawisz, słowo.
Uśmiecha się łagodnie, przez dłuższą chwilę nie zdając sobie sprawy z dwuznaczności wypowiedzianych słów, a kiedy ta do niego dociera, musi bardzo się postarać by ją zignorować i nie zacząć się tłumaczyć. Doran najpewniej nie zwróci na to uwagi. I jeśli tylko Tommy weźmie się w garść, i on będzie w stanie normalnie funkcjonować na tym przyjacielskim spotkaniu.
— Długo pracujesz z Whickiem? — pyta, zmieniając temat na dużo bezpieczniejszy.
Upija łyk piwa, potem następny i powoli się rozluźnia. Czuje jak napięcie opuszcza ramiona i nie jest pewien czy to kwestia procentów, czy może w końcu do niedotlenionego mózgu zaczyna docierać powietrze.
Mayers kupił sobie piwo, Doran może wypić więc swoje i zostawić napiwek. Bierze więc pierwszy łyk odrażająco gorzkiego, bezalkoholowego napoju dokładnie w momencie, w którym kolega po fachu się odzywa. Wtedy w treść myśli wkrada się komentarz Whicka o tym, że ten jego też ma dobre tyły, a zaraz za nim obraz pośladków w ciemnych, służbowych spodniach. Ciecz wpada do tchawicy, Gallagher zaczyna się dusić. Tom na niego nie patrzy, ma więc szansę uporać się z kryzysem niepostrzeżenie. Odwraca w tym celu głowę w bok, ale wtedy Mayers ponownie wspomina starego zboczeńca, Doran wydaje z siebie bliżej nieokreślony bulgot i wypuszcza trunek z ust, krztusząc się.
OdpowiedzUsuń— Paskudne — mamrocze, ścierając z brody wilgoć, bo w tej jeszcze chwili woli wyjść na piwnego purystę niż napalonego pedała. Wyszarpuje ze stojaka kilka serwetek i wyciera skórę szyi, twarzy i torsu, ale niewiele zrobić może z zachlapanymi spodniami.
— My, Irlandczycy, tak już mamy — mówi dalej, jak gdyby w natłoku informacji zatopić mógł zbereźne myśli i reakcje. — A z Whickiem pracuję właściwie odkąd wylądowałem w wydziale zabójstw, ale od roku utknąłem z nim za partnera. Nikt nie może zdzierżyć ani jego ani mnie, więc dogadujemy się fantastycznie.
Drwina nie polepsza jego sytuacji, podobnie jak brak kontaktu wzrokowego z rozmówcą, którego nawiązać nie może, dopóki nie weźmie się w garść. Wymawia to płynnie sięgnięciem po paczkę papierosów i wsunięciem filtra jednego z nich między wargi.
Niepatrzenie na Dorana sprzyja zachowaniu neutralnego tonu, a nawet i toru myśli. Tyle że mężczyzna zaczyna wydawać z siebie dziwne dźwięki, to zaś sprawia, że powraca do niego wzrokiem, obserwując jak ten pozbywa się resztek piwa z brody, a później dalej, z szyi, z torsu i Tom nie może sobie przypomnieć, kiedy ostatnio miał tak brudne myśli. Prawie stęka. Siedzenie tutaj to tortura.
OdpowiedzUsuń— Mogę ci oddać moją przepustkę do kibla, jak musisz iść drugi raz — oferuje jednak rozbawiony, bo Gallagher z miejsca się nie rusza, a wygląda jakby wyjście do toalety przydało mu się dużo bardziej właśnie teraz. Chciałby by luźna nuta w głosie przekładała się również na głowę. Ta jednak pełna jest niepokojących obrazów, w których Doran ściąga z siebie ubrania, by pozbyć się plam od piwa. Ogarnij się, chłopie.
— Może wezmę ci to samo, co sobie? — proponuje, zaraz spoglądając w stronę baru. Gotów jest wstać choćby i teraz, byle dłużej nie spoglądać przez stół na wilgotny materiał. — Nie jestem Irlandczykiem, ale sprzedali mi dobre bez problemu — zapewnia.
Spogląda na filtr papierosa ginący między pełnymi wargami i wie, że musi natychmiast skupić się na czymś innym.
— Ciężko mi uwierzyć, że ciężko cię zdzierżyć — mówi więc, przesuwając zamówione orzeszki w stronę Dorana. — Przecież taki miły z ciebie gość.
Zapalniczka pstryka, płuca Dorana wypełniają się dymem, a on wbrew sobie ulega pokusie, podnosząc wzrok na rozmówcę. Jego uśmiech go uspokaja i rozluźnienie zdaje się udzielać także i jemu.
OdpowiedzUsuń— Miałem na sobie dzisiaj krew pedofila, kilka plam piwa to żadna niedogodność — mówi z całkowicie niezrozumiałego dla siebie powodu, pewien, że przebywanie z nim musi być prawdziwą gratką. Wydycha spomiędzy warg szary obłok, nadgarstek dłoni, w której ściska mokre serwetki, a między palcami filtr opiera o kant blatu stołu, spojrzeniem wodząc od jasnych oczu, przez usta, które wydają się zawsze uśmiechać, po kufel cudzego piwa. Gardło uwiera pustynia i Gallagher chce powiedzieć, że tak, weź mi to samo, co sobie, bo doskonale wie, że jeden browar to preludium dla całej butelki wódki.
Unosi wzrok na powrót na błękitne tęczówki i zaciąga się mocno papierosem.
— Jakiż ty czarujący, Mayers. Próbujesz ze mną flirtować? — Kącik warg drga minimalnie w zaczepnym uśmiechu.
Woli nie myśleć o krwi pedofila, za to za plamami od piwa podąża wzrokiem i spojrzenie to gubi go straszliwie. Z jednej strony żałuje, że dzieli ich stół, a z drugiej zaś bez niego byłoby dużo ciężej.
OdpowiedzUsuńDoran nie odpowiada na jego pytanie, a on nie ciągnie tematu, bo zbyt rozstraja go to zadane przez mężczyznę. Wypuszcza głośno powietrze z płuc i całe szczęście, że akurat nic nie pije, bo mógłby zawtórować koledze. Widzi drobny uśmiech błąkający się na pełnych ustach i nie może oderwać od niego wzroku i jest to tragiczne połączenie. Co najmniej frajerskie.
— Nie bardzo w ogóle flirtuję — zaczyna, zaraz marszcząc brwi, bo odpowiedź to żadna. Już więcej mówią spocone dłonie. Za to w końcu może patrzeć gdzieś indziej, więc spuszcza wzrok na mokrą koszulę. — Znaczy wiesz, przystojny z ciebie facet, nie myśl że nie, ale chciałem być miły, więc jeśli zabrzmiało to jakbym próbować osiągnąć coś więcej to strasznie niefortunnie. I w ogóle romanse w pracy to jakiś straszny pomysł, tylko idiota by się w to mieszał, ja się nie mieszam, więc nie flirtuję.
Milknie, bo ma sucho w gardle. Kark natomiast jest mokry i to słabe połączenie. Chrząka znacząco w końcu postanawiając ponownie spojrzeć na Dorana. I wtedy dopiero dociera do niego, że ten nie pytał serio.
— Ha, pewnie nie wiedziałeś, że masz do czynienia z takim kawalarzem? — rzuca jeszcze, szczerząc zęby, ale ma wrażenie, że ta desperacka próba ratowania się pomoże tyle, co betonowe buty.
Próba pokarania rozmówcy za wodzenie go na pokuszenie kończy się jego zapowietrzeniem oraz rozległym słowotokiem i Doranowi nawet jest mu go szkoda. Nie na tyle jednak, by podjąć próbę przerwania wypowiedzi, bo zdenerwowanie mężczyzny jest nader urocze. Tkwi więc w bezruchu, obserwując krople potu zbierające się przy linii krótko ostrzyżonych włosów.
OdpowiedzUsuń— Tom — mówi i dopiero to zdaje się skupiać na nim spojrzenie antyterrorysty. — Oddychaj.
Ma ochotę dotknąć rozgrzanego przedramienia, ale zamiast tego mieli w palcach wilgotne serwetki, a na języku wachlarz potencjalnych odpowiedzi. Wreszcie zaciąga się nikotynowym dymem i dopiero kiedy ten opuszcza jego usta, gotowy jest się odezwać.
— Tylko się z tobą drażnię. I zrozumiałem. Nie jesteś gejem. Okej? — Rzecz ma się wprost przeciwnie. Teraz nabiera niemal stuprocentowej pewności, że w gruncie rzeczy, owszem, Tom gejem jest. W dodatku całkowicie niedoświadczonym i przerażonym tym faktem. Nie chce go więc płoszyć, niezależnie od tego, jak wiele uroku prezentuje, kiedy się stresuje.
Możliwe, że własne imię na cudzych ustach brzmi w ocenie Toma o wiele za dobrze. Jakby stworzone było właśnie do tego. I rzeczywiście oddycha, tylko trochę za szybko. I za płytko.
OdpowiedzUsuńUszy wciąż ma czerwone, bo mimo zapewnień mężczyzny, nie potrafi obejść się wrażeniu, że kopie pod sobą dół i lawiruje niebezpiecznie blisko krawędzi. Niby wszystko, co powiedział jest prawdą: z drugiej zaś strony wyobraźnia podsyła mu obraz, w którym nieprzystępny detektyw najpierw wymawia ponownie jego imię, a potem przykrywa jego usta własnymi. I jak z tym walczyć?
— Okej — przyznaje więc Doranowi rację, bo to najprostsze rozwiązanie. To, że podobają mu się faceci nie oznacza, że jest gejem. A już na pewno, że szczegółami swojej orientacji powinien dzielić się z tym przystojnym gościem z magnetycznym spojrzeniem, który sprawia, że znów ma mokre dłonie.
Sięga po kufel piwa i opróżnia je w tempie niemal kreskówkowym, bo połowa znika od razu. Zaraz zresztą wpycha sobie w usta orzeszki i dłuższą chwilę gryzie je z uporem, przyglądając się wystrojowi baru, wyżłobieniom w blacie, tym że jego t-shirt mogłby być o rozmiar większy, a że pieprzyk przy nadgarstku jest chyba nowy.
— Normalnie nie jestem taki nieporadny, wziąłeś mnie z zaskoczenia — dodaje w końcu, ale i to tłumaczenie brzmi raczej marnie. — Plamy po piwie na pewno schodzą z ubrań łatwiej niż krew pedofila — dodaje więc, oficjalnie stwierdzając, że Doran najpewniej jutro pojawi się na komendzie i zapyta, dlaczego w antyterrorze władzę sprawuje debil.
Cudzy brak kontroli normuje reakcje ciała Dorana, jak gdyby jedynie jeden z nich mógł zachować opanowanie. To z kolei sprawia, że Gallagher traci chęć gotowości do asekuracyjnej ucieczki, a co za tym idzie, chwyta w zęby filtr papierosa i ściąga z siebie marynarkę, zaraz przewieszając ją przez oparcie ławki, na której siedzi.
OdpowiedzUsuń— Tego empirycznie nie zweryfikujemy. Wyrzuciłem tamtą koszulę — mówi i wie, że równie skutecznie usunąłby z głowy wspomnienie reanimacji człowieka o wynaturzonych żądzach. Odpina mankiety i podwija niechlujnie rękawy, byle zająć czymś ręce, bo kąt oka mimochodem wyłapuje na wpół pusty kufel alkoholowego piwa.
— Co pijesz? — pyta, krzyżując spojrzenie z cudzym, podczas gdy ręka gasi niedopałek w popielniczce, a potem sięga do miseczki z orzeszkami. Spotyka tam inną dłoń. Jej skóra jest gorąca i wilgotna, oprószona drobinami soli z przekąski. Gallagher nie wycofuje się jednak, wpatrzony w atrakcyjną twarz jej właściciela.
Gallagher zamiast wstać i wyjść, zdejmuje marynarkę, dając tym samym znać, że najpewniej zamierza zostać dłużej niż początkowo zamierzał i Tom uśmiecha się słabo na ten widok, bo pewien jest, że dał mu wystarczająco powodów by uciec. Nigdy nie uważał się za kompletnego frajera, ale frajerstwo ewidentnie jest mu pisane w towarzystwie przystojnego detektywa, bo nie może w pełni skupić się na niczym poza wachlarzem ciemnych rzęs okalających oko. Ogarnij się, matole, myśli więc jedynie, bo przecież nie jest gejem.
OdpowiedzUsuń— GK Ipę — mówi i nawet ma zamiar myśl rozwinąć, że poleca, że to całkiem niezłe piwo, że jak chce to nawet da mu posmakować. Nie mówi jednak żadnej z tych rzeczy, bo czuje przy swoich palcach cudze i na moment traci wątek. A potem przypomina sobie, że podobne zachowanie z pewnością nie sprawi, że Doran spojrzy na niego przychylniej, jednocześnie zdając sobie sprawę, że finalnie, to właśnie tego chce: żeby zamiast gościem z antyterroru być dla niego Tomem. Stwierdza, że nigdy nie może powiedzieć podobnych słów na głos, bo ckliwe to i mdłe, wciąż frajerskie.
Gdy suchość w gardle robi się nieznośna, a cudza dłoń wciąż jest obok, wyjmuje swoją z miseczki i sięga nią po kufel piwa, w ostatniej chwili powstrzymując się przed wlaniem alkoholu w gardło.
— Nie kumam czemu tak mało dają tych orzeszków — mówi, wzruszając przy tym obruszony ramionami, jakby sprawa przekąsek faktycznie spędzała mu sen z powiek. — I jeszcze w takich płytkich miseczkach.
Drapie się po karku, a potem szybko stwierdza, że może jednak wlanie alkoholu w gardło nie jest najgorszym rozwiązaniem. I czemu bliskość cudzej dłoni sprawiła mu tyle przyjemności?
— Ja to bym mógł wciągnąć i całe wiaderko, ale pewnie zdążyłeś zauważyć, że spust to mam rynnowy — dodaje, wskazując skinieniem na prawie opróżniony kufel. Po raz kolejny tego wieczora każe sobie zamilknąć i jak przy poprzednich próbach, już teraz wie, że polegnie.
Ręka rozmówcy wycofuje się i nagle obecność własnej w miseczce wydaje się Doranowi całkowicie zbędna. Dla niepoznaki jednak chwyta przekąskę i wsuwa między wargi, by zaraz parsknąć krótko, podczas gdy usta całkowicie poza jego kontrolą wyginają się w wyraźnym tym razem uśmiechu.
OdpowiedzUsuń— Kupię ci orzeszki, Tom — zapewnia, otrzepując dłonie z soli, po czym zgarnia z marynarki portfel, z blatu ledwo co tknięte bezalkoholowe piwo i rusza ku barowi. W trakcie wędrówki kontempluje, czy sok pomoże tym szczynom, ale prędko decyduje, że nie.
— Wylej to — prawie błaga, stawiając kufel przed barmanem.
— Ostrzegałem.
— London pride, cydr zero procent i solone orzeszki. — Wzrok z półki z trunkami prędko przenosi na powrót na kolegę z pracy. Obserwuje, jak ten wyciera spocone dłonie w spodnie, a później chowa w nich twarz. Nagła chęć podejścia do niego i przeczesania uspokajająco palcami krótkich włosów jest tak silna, że Doran asekuracyjnie wsuwa ręce do kieszeni spodni.
— Sympatyczny facet. Napiwki daje przy każdym zakupie. — Gallagher przenosi spojrzenie na barmana, wycelowany w niego przytyk komentując krótkim prychnięciem. Przykłada kartę do terminala, ale nim zdąża cofnąć rękę, Aidan chwyta go za nadgarstek.
— Zanim w coś się wpakujesz, musisz mu powiedzieć. — Przyjaciel zniża głos do szeptu, ale nim Doran zdąża cokolwiek odpowiedzieć, Tom pojawia się obok. Dokładnie w tym samym momencie do baru wlewa się grupa mężczyzn, jeden z nich wpada na detektywa z krótkim sorry, mate w akompaniamencie, Gallagher natomiast zamiast trącić kolegę z pracy, opiera dłoń o oparcie barowego krzesła za nim, zamykając mężczyznę między nim, swoim ciałem a barem. Nawet mimo tego ruchu Mayers jest bliżej niż kiedykolwiek i Doran spłyca oddech, by jakkolwiek go kontrolować.
— Nic się nie bój, browara też ci wziąłem — mówi, starając się nie zaciągać mieszaniną zapachu cudzej skóry, wody po goleniu i płynu do prania, ale nie potrafi się powstrzymać przed przesunięciem wzroku od czerwonego ucha przez krople potu na skroni do jasnych tęczówek.
Jest w tarapatach. Doran odchodzi od stolika, a Tommy myśleć potrafi jedynie o tym, że od samego początku tego spotkania robi z siebie totalnego durnia. Wyciera spocone dłonie w spodnie, a potem próbuje uspokoić się, przykrywa twarz rękoma, kciuki masują skronie, a on stęka ledwo słyszalnie, komentując w ten sposób własne położenie. Bierze głębszy oddech. Potem kolejny. I podejmuje jedyną, logiczną decyzję w tej sytuacji: wstaje by kupić shoty.
OdpowiedzUsuńPodchodzi do baru w niesamowicie niefortunnym momencie i zanim w ogóle ma okazję się odezwać, jest w potrzasku. Mruga kilkakrotnie. Doran jest tak blisko, że może liczyć pory na jego nosie. Tom odchyla głowę do tyłu, ale wpada tym samym na dziada, który siedzi na krześle i może wydukać jedynie sorry, mate i to dlatego, że usłyszał słowa przed chwilą.
Ma wrażenie, że kręgosłup zamienił się w drut, a jego płuca wypełniły cementem. A jednocześnie wie, że nie chciałby być nigdzie indziej. Doran wydaje się nieporuszony całą sytuacją, przyjmuje ją chłodno, żartuje. Dla Toma to udręka. Może dlatego, że w końcu przyznaje przed sobą, jak atrakcyjny jest Gallagher albo jak bardzo chciałby go teraz dotknąć. Oddycha przez nos, szybko, niedbale, ale zapach detektywa i tak uderza w nozdrza, głęboki żywiczny, z nutą przyprawy, której nie potrafi rozpoznać. Mógłby wsunąć nos w zagłębienie pod żuchwą i spróbować jeszcze raz…
— To bardzo miłe z twojej strony, Gallagher — mówi, starając się brzmieć neutralne. Naśladuje więc Dorana, bo to dobry przykład, a przy okazji ma go przed sobą. Potrzebuje kamiennej twarzy i oczu, które nie błądziłyby wygłodniałe po przystojnej twarzy. — To dla mnie? — pyta, wskazując podbródkiem kufel.
Powinien się odsunąć. On. Albo Doran. Którykolwiek z nich powinien ruszyć się z miejsca i zakończyć spektakl, zanim nie będzie czego ratować. Czuje jak tężeje mu kark, jak włoski na rękach unoszą się, jak oddech spłyca się i spłyca i wie, że znów musi wybrać. I znów podejmuje jedyną, logiczną decyzję w tej sytuacji: jednym ruchem odsuwa się na bok, zgarniając przy okazji orzeszki. Cudza ręka blokująca przejście nie zatrzymuje go przy natarciu i chwilę później stoi w głębi pomieszczenia. Nie pamięta o oddychaniu.
— Popularna knajpa — stwierdza, spoglądając na grupę mężczyzn, szybko jednak powraca do przystojnej twarzy, bo to temu nie potrafi się oprzeć. — Chciałem shota, ale chyba sobie odpuszczę przy tej kolejce.
Nie ma pojęcia, po co właściwie to mówi. Mógłby opowiedzieć mu o stanie tapety w pokoju albo jak włączyć kuchenkę w jego mieszkaniu i wciąż byłby zadowolony, że może z nim rozmawiać. Nie ma pojęcia dlaczego ani czy Gallagher w tym czasie nie planuje zakupu grubej taśmy, którą mógłby obkleić mu mordę.
— Przy stoliku będzie wygodniej — dodaje, choć wygoda to ostatnie czego potrzebuje. Nie mówi mu jednak o tym, że jego zapach miesza mu w głowie. Nie wie nic na temat tego faceta, oprócz pojedynczych sytuacji z pracy, które nie należały do najlepszych. A jednak nie może oderwać od niego wzroku ani zmusić się by zakończyć spotkanie. Doran Gallagher wygląda jak mężczyzna, który budzi się rano z piękną kobietą u boku, całuje ją czule, a potem zapomina jej imię. Nie ma jak zweryfikować swojej wizji, ale ta uwiera, gdy patrzy na ostre rysy kolegi.
Stoi jak kołek. Z miseczką orzeszków. I nie ma pojęcia, co zrobić z wolną ręką, więc rozmasowuje spięty kark, wzrokiem odnajdując Dorana.
— Świetne mają te orzeszki. W sklepie nigdy nie mogę dorwać takich odpowiednio słonych, a te tutaj są idealne. Nie za miękkie, nie za słone, w sam raz — mówi, mając wrażenie, że uszy zaraz eksplodują z gorąca, które go zalewa. I nie wie czy to wstyd, czy pożądanie.
Polega z kretesem, wypełniając płuca zapachem cudzej skóry i to gubi go od razu. Korzystając z okazji, że Tom odwraca wzrok, opuszcza swój na pełne wargi, które wydają się stworzone do całowania. Powietrze robi się gęste i duszne, skóra nachalnie mrowi z braku dotyku, a ruchliwy język z trudem utrzymuje się w obrębie jamy ustnej. Nalewający cydr Aidan kręci z dezaprobatą głową, ale Doran tego nie widzi, w całości skupiony na tracącym dech przystojnym mężczyźnie. Wtedy Mayers wyrywa się z potrzasku, Gallagher opuszcza dłoń wzdłuż ciała, wpatrując się w nazbyt owłosiony kark faceta na krześle. Przełyka ślinę i odwraca głowę, kontynuując oglądanie spektaklu odwalanego przez zestresowanego kolegę.
OdpowiedzUsuń— Tequila? — pyta, kiedy Tom milknie. Nim dostaje odpowiedź, odwraca się do baru i poleca Aidanowi polać szota. Płaci gotówką, a że jest człowiekiem od rozwiązywania problemów wszelkiego rodzaju, przesuwa spojrzeniem po barmańskim blacie, natrafiając na laminat po orzeszkach. Przechyla się przez bar i zgarnia go, czytając na głos markę.
— Zachowaj opakowanie, łatwiej zapamiętasz — mówi, odwracając się i wciskając je w tors rozmówcy. Kiedy ten je odruchowo chwyta, sam zaciska palce na nadgarstku jego wolnej ręki i szarpnięciem przyciąga na powrót w przestrzeń między nim a krzesłem. Jak się prędko okazuje po to, by w zagłębieniu między palcem wskazującym a kciukiem dłoni Toma wysypać szczyptę soli.
— Pij — żąda, stawiając przed nim szota i dopiero wtedy puszcza go. Stara się nie patrzeć na cieknącą po skórze cytrynę, w zamian skupiając się na sterczącym uchu, które równie nieznośnie go rozprasza.
— Musisz wyluzować, Tom — zauważa przy cudzej skroni, zgarnia oba kufle i wraca do stolika, stawiając naczynia na blacie. Sięga po kolejnego papierosa i czuje, że być może to dla Mayersa za dużo. Powinien zachować swoje jestem alkoholikiem na podniebieniu pod językiem, złapać marynarkę i wyjść. Z irytująco zrozumiałego powodu zaciąga się jedynie głęboko dymem.
Automatycznie chwyta podane mu opakowanie. Automatycznie też podąża za ciągnącą go dłonią – ciało zdaje się oddawać ruchom mężczyzny i dla Toma naturalnym okazuje się podążać za wskazanym kierunkiem. Nie wyrywa się więc tylko wraca w ciasnotę, cudzy zapach znów uderza w nozdrza, bliskość porusza każdy nerw. Chowa opakowanie do kieszeni, nawet na nie nie patrząc, zbyt skupiony jest na twarzy rozmówcy. Dlatego też dłuższą chwilę zajmuje mu zorientowanie się, co właściwie dzieje się dookoła.
OdpowiedzUsuńSpokój Dorana sprawia, że ma wrażenie, że może wymyśla sobie zarówno tę bliskość jak i ciągły dotyk czy wzrok śledzący jego ruchy. Detektyw niby przeciąga spojrzenie, niby znajduje sposób by go dotknąć, ale wszystko jest na tyle subtelne, że Tom nie ma żadnej pewności czy czasem wszystkiego nie wymyślił.
Spogląda na trzymanego shota, a potem w oczy Gallaghera. Może to coś podpowie. Tyle, że ten odwraca wzrok, kiedy tylko przesuwa językiem po własnej dłoni. Wypija shota, a potem wgryza się w kawałek cytryny, nie bardzo interesując się tym, że lepki sok spływa mu po brodzie i dłoni. Potrzebował tego: ogień powoli rozchodzi się po ciele, a to w połączeniu z ogólnym zmęczeniem dają natychmiastowy efekt delikatnego upojenia. To dobry start.
Doran znów jest blisko, słowa trafiają w sedno, ale myśleć może jedynie o tym, że gdyby pochylił się bardziej, mógłby ustami przesunąć po płatku. Może rzeczywiście musi wyluzować. Czuje w ramionach i karku napięcie, które normalnie przecież towarzyszy mu rzadko. Odprowadza mężczyznę wzrokiem, bierze głębszy oddech, przeciera twarz dłonią i w końcu podąża za nim. Siada naprzeciwko i uśmiecha się niemal pobłażliwie, choć pobłażliwość kieruje raczej w swoją stronę.
— Już jestem wyluzowany — stwierdza półżartem, dłonie kładąc na blacie. Sięga po przyniesione piwo, ale póki co obejmuje jedynie zimny kufel. — A słyszałeś żart o dżinie? — pyta, a gdy mężczyzna kręci głową, postanawia pokazać mu jak bardzo jest wyluzowany. — No więc tak, Irlandczyk idzie przez pustynię, patrzy, lampa. Pociera ją, bo jest cała w piasku i bum, nagle pojawia się Dżin. Dżin mówi, że za to że mnie uwolniłeś to spełnię trzy twoje życzenia, a Irlandczyk na to, żeby mu dał butelkę, w której nigdy nie zabraknie Guinessa. No i Dżin spełnia życzenie, jest butelka Guinessa. Wypija piwo i patrzy, a ta butelka natychmiast wypełnia się nową porcją. I Irlandczyk mówi wtedy: Mój Boże, to niesamowite! Daj mi zaraz jeszcze takie dwie!
Żart kończy szerszym uśmiechem, po czym w końcu sięga unosi kufel i bierze pierwszy łyk swojego piwa.
— Zaczynam rozumieć tego Irlandczyka, co to jest? — pyta, biorąc kolejny łyk, bo nie pamięta by pił lepsze piwo. I czuje, że może powiedział za dużo, a jednocześnie, że nie powiedział nic wartościowego, a co gorsza, że Doran zaraz znajdzie powód by wrócić do domu. — Denerwuję się przy tobie — dodaje w końcu, mocniej zaciskając palce na kuflu i żałuje, że nie dostał piwa w butelce, bo z pewnością skubałby teraz etykietę by się uspokoić. Wzrok przesuwa się powoli z ostrej szczęki, przez pełne usta, przez nos, aż do oczu.
Wpatruje się w atrakcyjne rysy, wbrew wszelkiej myśli wzrok na dłużej zawieszając na rozciągniętych w uśmiechu wargach i pewien jest, że mógłby oglądać je wiecznie. Być może dlatego, gdy pada pytanie o żart, kręci głową, by moment później zza obłoku dymu obserwować entuzjazm, z jakim mężczyzna go opowiada. Tom milknie, Doran parska niekontrolowanym, krótkim śmiechem, jednocześnie kręcąc głową z dezaprobatą dla swojego poczucia humoru.
OdpowiedzUsuńPytanie o trunek ściąga jego wzrok do kufla, Gallagher czuje, jak pod językiem zaczyna mu się zbierać obficie ślina, ale nagłe wyznanie natychmiast ściąga całą uwagę ku jasnym oczom Toma. Grdyka przesuwa się płynnie w tę i z powrotem po szyi Dorana, gdy ten pozbywa się z ust nadmiaru wilgoci i jest pewien, że to teraz.
Jestem alkoholikiem.
— Na twoje szczęście po tym piwie muszę się zwijać — pada jednak, podczas gdy palec wskazujący prawej dłoni natrętnie skubie skórkę przy kciuku. Detektyw przenosi wzrok na ciemną ulicę i nie wie, czy palące uczucie w przełyku to wstyd czy rozczarowanie.
— W każdym razie nie masz czym. Plotki o mnie są mocno przereklamowane — łagodzi ostateczność wcześniejszej wypowiedzi, w końcu, tym razem bez ekscesów, upijając łyk cydru.
Podoba mu się, że Doran na niego patrzy – i to nie tak, jak patrzy się na drugiego człowieka w sklepie, patrzy na niego jak na dzieło sztuki. To przyjemne i onieśmielające, ale że Tom onieśmielony jest od samego początku, prawie nie odczuwa różnicy. Robi mu się jedynie trochę cieplej, ale to zrzuca na wypity alkohol.
OdpowiedzUsuńJeszcze bardziej podoba mu się, że Doran śmieje się z jego durnego żartu i że śmiech ten jest prawdziwy. Mógłby go słuchać w nieskończoność. Siedzieć albo leżeć, albo nawet stać i móc słuchać śmiechu tego mężczyzny, a jednocześnie czuć jego dłoń przy swojej.
Moment później Gallagher mówi o wyjściu i Tom ma ochotę go zatrzymać. Wymyślić powód by został. Nic jednak nie przychodzi mu do głowy: to piwo w ramach podziękowania. Wie, że coś się dzieje, że to jak Doran na niego patrzy nie jest normą, że coś się kryje za tym czujnym spojrzeniem. I nie jest to na pewno trudność, o której plotki krążyły po komendzie od dawna. Tym szczególniej, że sam go nie doświadczył, nie w formie, która sprawiłaby, że chciałby za chwilę się z nim pożegnać.
Prostuje się, jedna noga zahacza kolanem o cudzą i choć początkowo chce się cofnąć, zmusza się by jednak się nie poruszać. Drapie się nerwowo po karku, mieląc kolejne słowa.
— Dobrze wiesz, że nie o tym mówię — dorzuca i ściąga usta w wąską linię. Sięga po piwo, licząc że to uspokoi jego nerwy i bierze dwa porządne hausty. Powraca wzrokiem do Dorana i uśmiecha się łagodnie, odrobinę mocniej naciskając swoim kolanem na cudze. Może nie potrafi o tym rozmawiać, ale z pewnością nie chce uciec ani udawać, że nic się nie dzieje.
Przeszywa spojrzeniem niebieskie oczy, które zawsze zdają się być w zasięgu tego uśmiechu, jak gdyby wyczytać chciał z nich treść cudzej woli. W gruncie rzeczy dostrzec chciałby jednak własną. Wiedzieć, czy po pięciu, dziesięciu, piętnastu latach wleje w gardło wódę, dokładnie tak, jak ostatnio wlał po czterech. Być może nie. Być może już nigdy tego nie zrobi, a więc i nie ma sensu o tym mówić.
OdpowiedzUsuńNaiwny tchórz.
Język usycha na wiór, koi go więc słodyczą cydru i wtedy czuje trącenie przy kolanie. Początkowo bliski jest spojrzenia w tamtym kierunku, ale dostrzega paznokcie drażniące skórę cudzego karku i zamiera w bezruchu. Padają słowa, serce poczyna walić Gallagherowi w klatce piersiowej jak młot i w pierwszym odruchu chce wstać i wyjść natychmiast.
— Być może właśnie nie wiem — mówi w zamian, niemalże leniwie odchylając nogę w bok i wpuszczając napierające na nią kolano między swoje własne. Prawie nie mruga, nie przerywając kontaktu wzrokowego.
— Być może wbrew obiegowej opinii chujowy ze mnie detektyw. — Kącik warg drga ledwo zauważalnie ku górze, podczas gdy Doran unosi but i łydką na wysokości ścięgna Achillesa ociera się o cudzą nogawkę.
Wie. Nie jest możliwym, żeby nie wiedział. I gra. Gra uśmiechem, gra gestem, niewinne przesunięcie nogi Tom traktować może jedynie jako zaproszenie, by mu w tej grze towarzyszyć. A przecież chce. Oblizuje suche wargi i jest pewien, że zaraz powie temu mężczyźnie więcej niż powiedział komukolwiek, mimo że nie zna go wcale. Coś go jednak ciągnie. Coś klika. Coś mówi mu, że ma się go trzymać.
OdpowiedzUsuń— Ja… dużo myślę o zostaniu detektywem — mówi w końcu, spoglądając gdzieś w bok, znów sięgając po orzeszki. Bierze garść, ale do ust wkłada pojedynczo, bo potrzebuje zrobić coś z rękami. Wciąga powietrze nosem, wzrok przesuwa gdzieś w okolicę cudzych ust. Ledwo może się skupić, Napiera nogą na cudzą stopę, szukając w niej zachęty. — Jestem w antyterrorze, bo tak wyszło. Wszyscy byli, więc ja też. I w porządku. Znaczy się… jest okej. Tyle że nie mogę przestać myśleć o tym, że byłbym dobrym detektywem. — Kończą mu się orzeszki, więc zaciska dłonie na udach. Bierze kolejny oddech, tym razem głębszy, ale spokojniejszy i w końcu przenosi wzrok na cudze oczy. Nie bądź tchórzem, myśli, gdy unosi kącik ust do góry. — Nigdy nie byłem, ale czasem się wie, czasem wystarczy obejrzeć film detektywistyczny… — Znów przerywa, bo metafora metaforą, ale o wszystkim nie musi mu mówić. Tom czuje, że oczy Dorana powinny go stresować, ale jest zupełnie odwrotnie. Kiedy w nie patrzy czuje większy spokój. To wtedy kark nie napina się boleśnie, to wtedy dłonie pozostają suche, a on może wypuścić powietrze z płuc i uśmiechnąć się słabo.
Wpatruje się w niego nieustannie, cudze milczenie nakręca rytm bicia jego własnego serca, paznokieć palca wskazującego zdziera skórę z kciuka tej samej dłoni do krwi. Dociska stopę do napierającej na nią łydki i marszczy brwi, zachęcając Toma do mówienia, bo początkowo metafora staje się złudzeniem zmiany tematu i Doran nie rozumie. Prędko jednak zaczyna i skupia swoje ręce, by w bezruchu tkwiły w dotychczasowej pozycji. A potem przytrzymuje nogę rozmówcy między swoimi i wydaje z siebie krótki pomruk zrozumienia. Po części wypowiedzi mężczyzny, a po części faktu, że zgodnie z nią moment temu zasugerował, że chujowy z niego pedał. Kąt warg wygina się w półuśmiechu.
OdpowiedzUsuń— Chujowy z ciebie detektyw, Tom — odgryza się pięknym za nadobne, nie spuszczając oczu z jasnych tęczówek, przede wszystkim jednak w celu upewnienia mężczyzny, że owszem, jego dotyk tego wieczora nie był przypadkiem, a on sam serwował mu szereg zaproszeń do flirtu, które to zaproszenia nie zostały wykorzystane.
— Ale wiesz, co mówią. — Pochyla się minimalnie, zniżając głos do przyjemnego pomruku. — Praktyka czyni mistrza.
Upija łyk cydru, oblizując z niego moment później wargi i z precyzją dbając o zachowanie kontaktu wzrokowego.
— Dużo tych detektywistycznych filmów oglądasz? — Być może z premedytacją wpycha go pod pociąg, by ponownie zobaczyć burgund rozkwitający na odstających uszach.
To pierwszy raz, kiedy mówi na głos kim jest. Nie bezpośrednio, ale jednak. Doran przecież rozumie, a skoro tak, ciężko Tomowi traktować to inaczej. I wcale go to nie obezwładnia, wcale nie sprawia, że traci dech. Jest zestresowany, bo cudza obecność wywołuje w nim nieznane emocje, nad którymi nie do końca panuje, ale poza tym, Doran ma niebywałą umiejętność przypadkowego uspokajania go: mocniejszym przyciśnięciem nogi, drobnym uśmiechem, spokojnym spojrzeniem.
OdpowiedzUsuńNie boi się więc. I jest na tyle spokojny, na ile w danej sytuacji może. Uśmiecha się na pierwsze słowa. To jednak drugie brzmią jak wyzwanie i robią na nim większe wrażenie. Nie wie czy to prowokacja, zachęta czy może tylko komentarz. Podejmuje jednak decyzje, że musi zrobić coś, co upewni Dorana, że mimo iż nie nazywa rzeczy po imieniu, jest gotowy. A przynajmniej częściowo. Na pewno, że chce.
Zanim jednak ma okazję zdecydować jak mu to pokazać, Doran odzywa się ponownie i Tom może jedynie przewrócić oczami, a potem rzucić w niego orzeszkiem. Trafia w środek klatki piersiowej, obserwuje jego drogę w dół, aż ginie za krawędzią stołu.
— Wystarczająco żeby wiedzieć, że jesteśmy w złym miejscu, żeby kontynuować tę rozmowę — mówi, bo jest przekonany, że za moment metafora go przerośnie. Chwyta swoje piwo, jest spragniony, ma suche gardło, wlewa w siebie prawie wszystko. Nie wie, co Doran miał na myśli, mówiąc, że będzie musiał iść. Nie ma jednak zamiaru tego zostawić. — Wyjdę z tobą — oferuje więc hardo (choć wcisnąć musi w te kilka słów całą odwagę jaką posiada), mając nadzieję, że mężczyzna nie zdecyduje, że praktykować powinien z kimś innym.
Uśmiecha się szerzej, kiedy orzeszek uderza go w pierś i rozchyla mocniej nogi, pozwalając mu opaść na ziemię. Waha się jedynie przez chwilę. Ponieważ jeśli wstanie i wyjdzie z nim, będzie musiał mu powiedzieć, a choć jestem alkoholikiem utknęło w krtani już jakiś czas temu, nie potrafił go dotąd przepchnąć na spotkanie z jamą ustną.
OdpowiedzUsuńWyplątuje nogi z cudzych i wstaje jednak, wciąga na siebie marynarkę i wychodzi z baru za mężczyzną. Przez krótką chwilę stoi w bezruchu z dłońmi wciśniętymi w kieszenie spodni, wpatruje się w te doskonale znajome już oczy i myśli o tym, że nie pamięta, kiedy ostatnio mięśnie twarzy bolały go tak bardzo od nadmiernego ich używania. Wtedy Mayers rzuca krótkie to pa, odwraca się i oddala się z zaskakującą prędkością. Doran mruga zaskoczony.
— Tommy — zaczyna i zawiesza się, bo jeszcze żadne zdrobnienie nie pasowało tak doskonale do żadnej osoby. Mężczyzna odwraca się. Gallagher ma pewność, że tym razem to zdecydowanie teraz.
Jestem alkoholikiem.
— Podwiozę cię.
Tym razem to on się odwraca, z irytacją przecierając dolne partie twarzy i rusza ku zaparkowanemu po drugiej stronie ulicy pojazdowi. Odblokowuje zamki w drzwiach, opiera się o bok pojazdu tuż przy przednim kole i chwyta klamkę, otwierając drzwi od strony pasażera. Wpatruje się intensywnie w przystojną twarz, w zbliżające się do niego gorliwie ciało i w momencie, w którym Tommy gotów jest wsiąść do środka, opiera dłoń o przeciwległy bok ramy drzwi, uniemożliwiając mu to. Ich twarze dzieli podobna ilość centymetrów, co jeszcze przed kilkoma minutami przy barze.
— Jestem alkoholikiem — wyrzuca z siebie z równą naturalnością, co wydychane powietrze, by wreszcie zdać sobie sprawę z absurdalności tego wyznania. Ledwo zna tego człowieka. I zdradza mu informację, której nie obwieścił nawet własnemu ojcu. By zaraz potem uświadomić sobie, że Tommy chwilę wcześniej najprawdopodobniej zrobił to samo.
— A mówię o tym, bo nie interesują mnie jednorazowe przygody. Podobasz mi się i to dzisiaj — zaczyna powoli, bliżej nieokreślonym ruchem dłoni wskazując pub, choć wzroku ani na moment nie spuszcza z Mayersa — to miała być randka, ale notorycznie chodzisz z tymi swoimi kolegami i po prostu nie chciałem cię przed nimi przypadkiem wyoutować. Chciałbym cię lepiej poznać. Chciałbym cię lepiej poznać, bo jesteś przystojny, uroczy, śmieszą mnie twoje chujowe żarty, lubię cię słuchać i podobają mi się twoje czerwone uszy. I chciałbym cię zabrać na faktyczną randkę, do kina, teatru, na wrotki albo na kolację. Umiem być dyskretny, ale jeśli to dla ciebie za dużo, mogę też ugotować coś u mnie, puszczę jakiś film albo możemy po prostu rozmawiać. I nie piję od trzech lat, ale powinieneś wiedzieć, jeśli też jesteś zainteresowany.
Mówi płynnie, spokojnie. Oddycha swobodnie. Jak gdyby podobne wyznania deklarował z lekkością codziennie. Wszystko jest w porządku. Wszystko jest w porządku poza tym, że Tommy nie odpowiada.
Wstaje, bo on wstaje, a potem wychodzi przed nim, a serce wali mu jak młot. Nagle cała odwaga opuszcza go wraz z oddechem, bo przecież nie może zaryzykować wszystkiego, do czego dążył, żeby sprawdzić teorię. Może zapomnieć o tym piwie, o wszystkim, co mu powiedział, może nawet zrzucić to na te kilka piw, które wypił. Musi uciec. Szybko. Zanim ponownie na niego spojrzy.
OdpowiedzUsuń— To pa.
Uciekaj, myśli i jednocześnie wszystko w środku wywraca się na drugą stronę. Tchórz. Słowo osiada w nim głęboko, bo jeśli kimś nie chciał być to właśnie tchórzem. To tego obawia się dużo bardziej niż bycia blisko z mężczyzną. Jakby na potwierdzenie pada jego imię w formie, która często budzi w nim irytację, bo brzmi pejoratywnie. Ale nie z ust Dorana. Nie potrzebuje więcej, żeby się odwrócić.
Przytakuje na propozycję podwiezienia i rusza w kierunku samochodu. Musi tylko nie być tchórzem, to jedyne zadanie. A przynajmniej tak mu się wydaje, bo gdy chce wejść do środka, Doran zatrzymuje go w potrzasku, przypominającym ten w barze. Oddech automatycznie przyspiesza i Tom patrzeć może wszędzie, tylko nie w oczy mężczyzny.
Jest pewien, że Gallagher go pocałuje. Jeśli nie, to że zapyta czy może. To dwie opcje jakie pojawiają się w głowie Toma, dlatego wyznanie całkowicie go zaskakuje. Wszystko, co następuje później, jeszcze bardziej. Słucha wszystkiego i nie umie znaleźć dobrych słów, żeby ujęły, co robi z nim to wyznanie. Wiele rzeczy pojawia się bowiem jednocześnie.
Po pierwsze z alkoholikami do czynienia miał całe życie. Jego ojciec, jego wujowie, starsi koledzy ze służby – właściwie większość mężczyzn, których znał dopadał kolejny los, choć niewielu z nich potrafiło nazwać się alkoholikami. Ba, prędzej zapiliby się na śmierć niż wypowiedzieli te słowa na głos. Doran jest więc inny. Tom zdaje sobie sprawę, że się nie martwi, że informację tę przyswaja, ale nie boi się jej konsekwencji, nie teraz. I, że naprawdę byłby chujowym detektywem, bo przez cały wieczór nie zorientował się, że ten pił bezalkoholowe trunki.
Po drugie, że Doran wiedział o nim dużo wcześniej niż dzisiejsze spotkanie. Pojawia się oczywiście znajoma, tchórzliwa myśl co jeśli nie tylko on?, ale nie wie, co z nią zrobić. A potem przypomina sobie o wszystkich spojrzeniach kierowanych w jego stronę. O tym jak zawieszał na nim wzrok ilekroć go widział, że wyłapywał go każdorazowo i łapał się jak mucha na lep. I przestaje się dziwić.
Po trzecie, że poszedłby z nim na randkę i do kina, i do teatru, i na wrotki, i kolację. Wszędzie. Jednocześnie czuje jak faktycznie się czerwieni, bo bliskość cudzego ciała i kierowane w jego stronę komplementy robią z nim wiele: w tym zawstydzają do stopnia niemal komicznego.
Nie ma pojęcia, gdzie wędruje jego wzrok, czy wpatrzony był w cudze usta, w klatkę piersiową czy szczękę. W końcu jednak decyduje się spojrzeć mężczyźnie w oczy, czerwony czy nie, odrobinę zmieszany, modląc się by tchórzostwo, które popchnęło go do powiedzenia to pa nie przejęło nad nim władzy. Mija chyba rok. Unosi jednak dłonie, kciuki głaszczą gładkie policzki, a kącik ust unosi się ledwo widocznie. Najchętniej wszystko przekazałby mu swoim spojrzeniem, ale wątpi by Doran mógł bezbłędnie rozszyfrować chaos, który dzieje się tam tego wieczoru.
— Bardzo chciałbym cię teraz pocałować, ale piłem piwo i tequilę, i myślę, że powinieneś zabrać mnie do domu, żebym mógł zaprosić cię do siebie i umyć zęby — mówi na jednym oddechu, zapominając o najważniejszym. — A potem pocałować.
Gdy tylko to mówi dociera do niego, że przecież tragiczny start. Nie ma jednak nic innego poza jednym, czego stara się nie mówić. Kciuk zahacza o ostrą kość policzkową i Tom myśli o sposobie w jaki Doran wymówił jego imię.
— Też jestem zainteresowany — dodaje więc, nie mając pojęcia, co to oznacza i w co właściwie się wpakowuje. Wie natomiast, że wystarczyło mu jedno spotkanie (nie-randka), by całkowicie się nim oczarować i obawia się, co może zrobić z nim kolejne.