.𖥔 ݁ ˖๋ ࣭ ⭑
.𖥔 ݁ ˖๋ ࣭ ⭑
Realia Londyn roku 2026 niemal nie widzi słońca. Deszcz spływa po szybach wieżowców, zalewa ulice i zbiera się w ciemnych zaułkach miasta. Neonowe światła odbijają się w mokrym asfalcie, a tłumy ludzi przesuwają się przez stacje metra, nie zwracając uwagi na twarze mijane każdego dnia. W tym samym tłumie żyją wampiry.

Wampiry od wieków funkcjonują w cieniu. Część z nich ledwo utrzymuje się przy życiu. Wygłodzone, agresywne i wyniszczone ukrywają się w opuszczonych budynkach, kanałach i podziemiach miasta. Inne należą do starych rodów posiadających ogromne wpływy. Kontrolują firmy, kluby nocne, prywatne kliniki i sieci informatorów. Ich nazwiska pojawiają się wśród elit Londynu.

Za wampirami polują łowcy. Niektórzy działają dla tajnych sekcji rządowych, które od lat ukrywają prawdę przed społeczeństwem. Inni pracują samotnie. Byli żołnierze, policjanci, ludzie szukający zemsty albo ci, którzy całe życie wychowywani byli do walki z nocnymi istotami.
Blog fabularny Londyn wampiry współczesność
highlight
administracja
Kontur; discord: @kon1ur
Aktualia Rok 2026 przyniósł londyńskiej społeczności wampirów okres napięć i politycznych zmian. Istoty nocy nadal funkcjonują w ukryciu, zachowując ostrożność wobec ludzi oraz organizacji zajmujących się tropieniem nadnaturalnych zagrożeń, jednak w ostatnich miesiącach coraz częściej mówi się o możliwym przymierzu zawartym pomiędzy trzema najpotężniejszymi rodzinami wpływającymi na życie londyńskiego podziemia. Według krążących plotek sojusz ma ustabilizować sytuację w mieście, ograniczyć konflikty pomiędzy rodami oraz umocnić ich kontrolę nad najważniejszymi dzielnicami i nocnymi interesami stolicy. Choć żadna ze stron oficjalnie nie potwierdziła tych informacji, przygotowania do wielkiego balu celebrującego zawarcie porozumienia zdają się jedynie podsycać spekulacje.
⊹ Karty Postaci ⊹

Każdy gracz musi stworzyć kartę postaci, która może bazować na gotowym kodzie do karty postaci.


Nie narzucamy treści karty, ale pamiętaj, że jest to wizytówka Twojej postaci.


Kart postaci nie numerujemy.


Wszelkie dodatki do kart postaci należy datować z datą 2020 lub wcześniejszą.


Obowiązkowe etykiety do każdej karty postaci to: imię i nazwisko postaci, wasz pseudonim z blogosfery, karta postaci.


Nie narzucamy tytułu w karcie postaci. Wpisujecie, co wam się podoba.


W treści karty znaleźć się muszą: imię i nazwisko postaci, wiek, wskazanie roli: wampir, łowca czy śmiertelnik.


Po 200 oduatorskich komentarzach pod kartą postaci należy opublikować post z nową kartą i poprosić administrację w odpowiednim dziale o podmianę linków.


Nie posiadamy limitu postaci.


Nie trzeba rezerwować wizerunków, jeśli korzysta się z pojedynczych zdjęć nieznanych osób, ale jeśli zależy ci na rezerwacji, zgłoś to w odpowiednim temacie.
⊹ Posty oraz aktywność ⊹
⊹ Pisanie wątków ⊹


Pod kartami postaci pozostawiamy jedynie komentarze odautorskie!


Aby rozpocząć rozgrywkę fabularną/wątek/fabułę z inną postacią, opublikuj post z opisem wątku. Do treści posta możesz (nie musisz) użyć gotowego kodu. Historię rozpisujecie w komentarzach pod tym właśnie postem. Obowiązujące etykiety: imiona i nazwiska postaci biorących udział oraz hasło wątek.


Aby orientować się w prowadzonych wątkach proponujemy, nie jest to jednak obowiązkowe, aby założyć post z chronologią. Aby założyć post z chronologią możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z chronologią z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj chronologię w karcie postaci.


Stwórz post opisujący istniejące relacje Twojej postaci. Aby założyć post z relacjami możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z relacjami z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj relacje w karcie postaci.


Wskazane jest publikowanie opowiadań o Twojej postaci, ale nie są one obowiązkowe. Chcemy o twojej postaci wiedzieć jak najwięcej! Skorzystaj z wzoru na początek opowiadania. Do każdego opowiadania dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, opowiadanie.


Nie musisz, ale możesz pokusić się o założenie posta z telefonem postaci. Aby założyć post z telefonem postaci możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z telefonem z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj telefon w karcie. Do każdego posta z telefonem dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, telefon.

⊹ Limity czasowe ⊹


Aby nie przysłaniać zbyt często treści innych autorek i autorów, narzucamy limity czasowe.


Pomiędzy kartą postaci a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.


Pomiędzy karta postaci a opowiadaniem — 24h plus minimum 2 komentarze pod opowiadaniem.


Pomiędzy karta postaci a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.


Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a kartą postaci — 1h bez limitu względem komentarzy.


Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a opowiadaniem — 1h bez limitu względem komentarzy.


Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a rozgrywką fabularną — brak limitu.


Pomiędzy opowiadaniem a opowiadaniem — 24h oraz co najmniej 2 komentarze pod opowiadaniem.


Pomiędzy opowiadaniem a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.


Pomiędzy opowiadaniem a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.

⊹ Obecności i urlopy ⊹


Na blogu występują comiesięczne listy obecności trwające tydzień. Karty postaci osób, które nie zgłosiły obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych.


Aby uniknąć przesunięcia karty do wersji roboczych, należy zgłosić urlop w odpowiednim dziale. Maksymalny czas urlopu to dwa miesiące. Po tym czasie karty postaci danej osoby zostaną przeniesione do wersji roboczych.


Jeśli zniknęliście a marzy wam się powrót, chęć tę należy zgłosić w odpowiednim temacie. Cieszymy się, że do nas wracasz! No hard feelings. ☺

⊹ Wartości ⊹
Bunt Ikara powstał z potrzeby tworzenia przestrzeni, w której każdy może czuć się bezpiecznie, widziany i traktowany z szacunkiem.

Wspieramy ludzi — bez względu na płeć, tożsamość, orientację, wyznanie, pochodzenie, neurotypowość czy używane zaimki. Wierzymy, że różnorodność jest wartością samą w sobie i że to właśnie ona napędza literaturę, narrację i wspólnotę.

Nie akceptujemy treści ani postaw, które naruszają prawa człowieka, promują nienawiść lub wykluczenie.

Jednocześnie stawiamy jasne granice: nie publikujemy ani nie promujemy tematów związanych z gwałtem, przemocą seksualną ani brutalnym, pornograficznym okrucieństwem, przemocą wobec zwierząt, torturami, gloryfikacją nadużyć, mową nienawiści, dehumanizacją, wykorzystywaniem nieletnich ani treściami służącymi szokowaniu kosztem cudzej krzywdy.

Bunt Ikara to miejsce dla osób, które chcą tworzyć treści odpowiedzialnie, z wrażliwością na innych i odwagą w eksplorowaniu świata, ale nie kosztem czyjegoś bezpieczeństwa.
Za kodowanie oraz grafikę Buntu Ikara odpowiada Kontur. Wszelkie prawa autorskie do kodów są zastrzeżone.
krok po kroku strona główna karty postaci realia FAQ zapisz się discord administracja poszukiwania

niedziela, 14 czerwca 2026

CHESS-BEATING BASTARDS

16.06.2026SZACH-MAT, MATOLE pisane przez Vazha Baptiste oraz Gordon GoffMONARCHIA (KRÓLOBÓJSTWO) PATRIOTYZM (GOD SAVE THE QUEEN) SZACHY W życiu nic nie jest czarno-białe, chyba że szachy – czyli o tym, jak Gordie Goff chciał wylać herbatkę, a Vazha Baptiste uznał, że to zaproszenie do gry i plotek.

13 komentarzy

  1. Gordie Goff wierzył w rytuały, bo był Anglikiem, a porządny Anglik musi trzymać fason, nawet jeśli ten cholerny kraj już dawno przestał. Skoro w 1952 roku zaczął chadzać do parku, żeby o pierwszej trzydzieści napić się herbaty i poczytać gazetę, to miał moralny obowiązek kontynuować tę tradycję – i nie ma, że się nie chce, nie ma, że ulewa, susza, tornado, kwaśne deszcze, nie ma, że to tamto, nie ma, że się umarło. Śmierć to nie wymówka. Wampiryzm to nie wymówka. Pozwala co najwyżej zmienić PM na AM.
    Trzeba wstać, chociaż się nie spało. Pójść do łazienki i charczeć jak potępieniec, tak żeby nie było wiadomo, czy to plucie flegmą czy jednak powód do wezwania egzorcysty. Zaparzyć Earl Greya, położyć torebkę na łyżeczce, owinąć ją sznurkiem i wycisnąć do ostatniej kropli. Dolać mleka. Przelać do termosu. Włożyć go razem z gazetą do reklamówki. Wziąć worek ze śmieciami, żeby przy wychodzeniu wywalić go do zsypu. Zajrzeć do kontenera na plastik i wkurzyć się na skretyniałego debila, który wrzucił tam karton. Zanotować, by poruszyć temat na zebraniu wspólnoty mieszkalnej. Pójść do parku.
    Jedyna przyzwoita ławka stała pod platanem, więc cała była w syfie, który spadał z gałęzi. W dodatku na oparciu ktoś wydrapał serduszko. Krzywe. Tak krzywe, że Gordie złościł się mniej niż powinien, bo wandal ewidentnie miał udar czy coś.
    Inne ławki wyglądały identycznie – minus chuliganizm, minus pyłki z drzewa – więc Gordie nawet nie myślał o siadaniu na ich skurwiałych deskach. Wyciągnął z reklamówki The Daily Telegraph z poniedziałku, znalazł stronę z działu Zdrowie, gdzie jakiś patałach rozpisywał się o wellnessie i detoksie od stresu – choć detoks to ewidentnie se zrobił od rozumu, frajer.
    Wyrwał ją. Zmiótł to gówno z siedziska i dopiero wtedy się na nim umościł. Wyciągnął termos, odkręcił, nalał herbaty do kubka, postawił go przy prawym boku, złożył reklamówkę w kosteczkę, włożył do kieszeni, założył nogę na nogę, rozłożył gazetę, pociągnął nosem i zaczął czytać.
    Rząd brał się za NHS. Diego Garcia, Chagos, Amerykanie. Kolej w nowych barwach. Czerwone, białe i niebieskie. Great British Railways. Great, kurwa. Wielkie to były jej opóźnienia. Pies z trzema nogami przeszedłby do Birmingham szybciej, z przerwą na sranie. Harry Styles na Wembley. Problem z mieszkalnictwem. Anglia okradziona przed meczem z Chorwacją.
    Autor pisał, że to może zachwiać przygotowaniami, bo reprezentacja potrzebuje spokoju, rytmu i pełnego zaplecza. Gordie aż sapnął. Pełnego zaplecza? Chryste Panie, kiedyś chłop wychodził na boisko po paczce fajek i dwóch piwach, a teraz potrzebował psychologa, analityka snu i chuj wie czego, żeby trafić w piłkę.
    Dalej ten sam niedorozwój twierdził, że Anglia mimo wszystko pozostaje faworytem, bo ma głębię składu, młodość, ale i doświadczenie. Akurat. Miała co najwyżej autobus pełen chłystków o głupich fryzurach, którzy kopią się po czołach. Chorwacja się po nich przejedzie.
    Ale, dodawał pismak, nie należy lekceważyć przeciwnika.
    Gordie zerknął na zdjęcie Modricia i prychnął. Jeśli największy gwiazdor Chorwacji wyglądał, jakby pamiętał budowę Stonehage, to powodzenia. Bez jaj. Nie mają szans z Synami Albionu.
    Zamknął gazetę i chciał sięgnąć po kubek z nietkniętą herbatą, żeby wylać ją na trawę – i wtedy TO zobaczył. Jakiś wypolerowany cherubinek rozkładał na ławce szachy.
    Na jego ławce!
    Miał już wybuchnąć, ale przypomniał sobie, że jest przyzwoitym Anglikiem, więc trzeba wziąć głęboki oddech i policzyć do dziesięciu, tak na uspokojenie.
    – Z chujem się na głowy zamieniłeś? – warknął, doliczywszy do dwóch. – Głupi jaki i to od urodzenia… A może dopiero wczoraj koń cię w hetmana kopnął?
    Szachy! Na jego ławce! Szachy! Prędzej się twoje ciało rozłoży w ziemi niż dam ci skończyć rozkładać te figury… Które, swoją drogą, były bardzo akuratne. Nie jakieś plastikowe gówno z kiosku wszystko po dwa funty.
    Gordie niechętnie docenił, bo znał się na szachowaniu. W końcu tam, gdzie inni wołali ciszej, panowie, on wolał wrzeszczeć sza, chuje!

    OdpowiedzUsuń
  2. [akapit] Vazha widywał drugiego wampira w parku regularnie. Sam lubił przychodzić właśnie tam, siadać pod drzewem i grać w szachy online na telefonie. Miał ulubione drzewo, które prawdopodobnie było najstarszym w okolicy, choć nie posiadał na to żadnego dowodu. Tak czuł, wiedział, jakby liście starych gałęzi mu to podszeptywały. Światła latarni rozlewały się po trawie, a cień dębu, pod którym siadał, zawsze wydawał się trochę gęstszy niż powinien. Vazha lubił tę gęstość, działała kojąco na gonitwę myśli w jego głowie.
    [akapit] Przyglądając się mężczyźnie, a ostatnio pomyślał, że wielokrotnie na filmach widział sceny, w których starzy ludzie grali w parku w szachy. On lubił grać, mężczyzna był niezaprzeczalnie stary fizycznie i przychodzili do tego samego parku. Wraz z tą myślą zrodziło się postanowienie, żeby następnym razem przynieść ze sobą szachownicę.
    [akapit] Siadł obok, nie prosząc o pozwolenie, nie witając się, po prostu zajmując wolną przestrzeń ławki.
    [akapit] Podwinął jedno kolano pod brodę, kierując się przodem do nieznajomego, był tak pochłonięty rozkładaniem pionków, że niemal nie dotarł do niego ten zrzędliwy ton.
    [akapit] – Jesteś bardzo zabawny – stwierdził po prostu, uśmiechając się do mężczyzny szczerze. Spojrzał na jego naznaczoną zmarszczkami twarz i odruchowo dotknął własnego nieskazitelnie gładkiego policzka. Gest był krótki, prawie nieświadomy, jak sprawdzenie, czy nadal pozostawał niezmienny. Pozostawał. – Vazha jestem. Od urodzenia – przedstawił się, odrywając rękę od swojej twarzy i ustawiając ostatni pion na jego właściwym miejscu.
    [akapit] Spojrzał na rozłożoną szachownicę, przyglądając się ładnym, drewnianym figurkom. Dawno nie miał okazji grać z kimś na żywo, a już na pewno nie w parku w środku nocy, ale zwykłe przesuwanie figur na ekranie dotykowym zaczynało go nudzić. Wszystko z czasem zaczynało mu powszednieć.
    [akapit] Westchnął przeciągle, znów przyglądając się wampirowi.
    [akapit] – Znasz zasady? Możesz zacząć białymi – powiedział, nawet nie zaprzątając sobie głowy grzecznościowym proszę pana. Po chwili jednak, jakby myśl przyszła z opóźnieniem, dodał:
    [akapit]– I jeszcze jedno… po co przynosisz termos?

    OdpowiedzUsuń
  3. Oczywiście, że był zabawny. Dawno dawno temu, za lasami i pubami, Gordie Goff jednym zdaniem potrafił sprawić, że ze śmiechu paru chłopa piwo nosem wypuszczało. I kto wie, może też popuszczało.
    Miał nawet popisową anegdotę o Mary Toft, babie z Surrey, i jej króliczej norce chowanej pod spódnicą. Bo wpychała sobie zajęce do cipy i udawała, że je rodzi. Dziwa, dziwa nad dziwami. Z Londynu zaraz zjechały doktory z tytułami dłuższymi niż kutasy. O, błogosławionaś między nogami i błogosławiony zając żywota twego! Cmokali nad tą norką jak nad cudem, a byle dzieciak z podwórka wiedział, że jak z baby wychodzi zwierz, to niekoniecznie Pan Bóg go tam wpuścił. Królik sam do raju nie wskakuje.
    Tyle że teraz nic do śmiechu nie powiedział.
    – Jedyny żart to siedzi przede mną – odwarknął.
    Gordon był zdegustowany manierami gładkolicego, który zachował się bardzo niegrzecznie. Nawet się nie przywitał, nie zapytał o samopoczucie, a zamiast tego posłał obelgę w postaci szerokiego uśmiechu, który pojawił się na jego gębie. Głąbie, z czego ty się tu tak cieszysz!
    Czy młode gnoje nie miały nic lepszego do roboty niż napastowanie starszych dżentelmenów w środku nocy? Chyba że… Piękniś człowiekiem nie śmierdział, a swój swego pozna – więc równie dobrze wampirzątko mogło być zdziadziałym dziadem z dziadolandu. I tak nie miał prawa do pouczania.
    – Zacznę, czym będę chciał – wściekł się i przesunął czarnego konia na H6.
    Znasz zasady! Dobre sobie. Synek, Gordie znał zasady jeszcze z czasów, kiedy w klubie robotniczym przy Mile End jeden stary drań z paznokciami czarnymi od smaru ogrywał wszystkich po kolei, nie mówiąc ani słowa. Było to w czasach zamierzchłych, gdy pewnie tego-tutaj kły były jeszcze mleczakami. Albo wręcz przeciwnie: było to już tyle lat po jego przemianie, że zwampirzony mózg zdążył mu już dawno spleśnieć.
    Z drugiej strony – nawet Gordie Goff nie był tak nieczuły, by nie poczuć litości nad chłopcem pokrzywdzonym od urodzenia, bo jakiś chuj Vazhą go nazwał. Biedny. Do tego ewidentnie opóźniony.
    – Żeby herbata nie wystygła – powiedział jak do idioty, czyli jak do typa, który przed nim siedział. Znaczy, czyli jak do idioty. – Żeeeeeby. Heeeerbaaaataaaa. Nieeeeee. Wystyyyygła – powtórzył na wszelki wypadek, mówiąc głośniej i wolniej niż poprzednim razem.
    Teraz powinien zrozumieć.

    OdpowiedzUsuń
  4. [akapit] Spojrzał na figurę, którą poruszył wampir, i zmarszczył brwi. Policzył do trzech, bo na więcej nie miał ochoty, ale wystarczyło to, żeby jego krew zwolniła do zwyczajnego, mozolnego tempa. Zasady w szachach były stare i należało je szanować. Mężczyzna siedzący z nim na ławce powinien szczególnie dobrze zdawać sobie z tego sprawę.
    [akapit] – Jakbyś znał zasady, to byś wiedział, że zaczynają białe – powiedział pod nosem, przewracając oczami. Miał szczerą nadzieję trafić na miłego starszego wampira, ten może i był starszy fizycznie (tak wyglądał i brzmiał), ale wyjątkowo nieprzyjacielski. Może był niedawno przemieniony i paliło go w gardle? To jednak nie stanowiło przeszkody, żeby mimo wszystko rozegrać partię do końca. Wypadałoby ją jednak najpierw zacząć właściwie.
    [akapit] Przesunął pionka z E2 na E4.
    [akapit] – W takim razie ja wykonam pierwszy ruch za białe, a ty możesz udawać, że nie oszukiwałeś. Tym razem.
    [akapit] Vazha przechylił głowę, wsłuchując się w przeciągle wypowiadane słowa. Czy starszemu mężczyźnie coś dolegało? Czy wampirowi mogło coś dolegać, jeśli został przemieniony za późno?
    [akapit] – Zmarłego byś obudził, będąc tak głośno, przecież siedzę naprzeciwko ciebie – odpowiedział. – To nadal nie ma sensu, nie pijesz tej herbaty – stwierdził po prostu i wzruszył ramionami. – Noszenie tam ze sobą krwi byłoby zdecydowanie rozsądniejsze niż herbata. A może to jakiś brytyjski zwyczaj? – Nie znał się za bardzo na tutejszych obyczajach, przeprowadziwszy się ze swoją rodziną do Londynu dopiero kilka lat wcześniej.
    [akapit] Uniósł wzrok na starszego wampira. Z bliska wyglądał jeszcze bardziej nieprzystępnie. Zmarszczki przecinały jego twarz gęstą siecią linii, jakby przez całe życie marszczył brwi częściej, niż się uśmiechał.
    [akapit] – Ja ci powiedziałem swoje imię, ty też powinieneś się przedstawić czy coś – pouczył mężczyznę, choć już teraz był w stanie ocenić, że w zamian za te słowa czekała na niego jakaś marudna riposta. Musiał jednak przyznać przed samym sobą, że mężczyzna był przynajmniej interesujący i konsekwentny w wyrażaniu swojego niezadowolenia.

    OdpowiedzUsuń
  5. – A ty jakbyś znał zasady, to wiedziałbyś, że musisz zamknąć gębę i nie przeszkadzać w ruchach przeciwnika – odburknął Gordie.
    I zamilkł, skupiając się na szachownicy. Zauważył, że biały goniec został odblokowany, na razie tylko w jedną stronę. Żaden czarny nie stał mu na drodze, dobrze. Trzeba teraz stworzyć jakąś zmyślną strategię, żeby dojechać przeciwnika. Chciał pomyśleć, ale zniecierpliwił się po sekundzie. Zrobił ruch bliźniaczy do Vazhy. Pion z E7 na E5. Patrzyły teraz na siebie złowrogo, niemal dorównując spojrzeniu, jakie Gordie posyłał rywalowi.
    On naprawdę był głupi, bez żartów. Co źle wróżyło, bo od istoty głupiej bardziej niebezpieczna jest tylko istota mądra. Chyba że mowa o ludziach, to wtedy sprawa trochę się komplikuje. Od głupiego człowieka bardziej niebezpieczny jest tylko mądry człowiek albo głupi wampir. Mądry w sumie też, ale o to Vazhę nie podejrzewał. Raczej o przeciętniactwo, ale to i tak za dużo, jak widać.
    Bo krew w termosie?! I co, miałby se ją najpierw podgrzać? Przed wytoczeniem jej z organizmu czy po, przepraszam bardzo?
    Chociaż od wysłuchiwania takich durnot wrzała przecież w żyłach, więc może rozwiązanie samo się znalazło. Brać ze sobą kretyna, żeby wkurzał nosicieli krwi. Z drugiej strony – tylko by jej napsuł i smak przy okazji też.
    – A gdzie miałbym wtedy trzymać herbatę? – zapytał. – W dupie?
    Podniósł kubeczek, niuchnął sobie, przytknął do niego usta. Przechylił naczynie, ale tylko na tyle, by nie dotknęło warg. Odłożył z powrotem obok siebie.
    – O, przepraszam pana bardzo, gdzie moje maniery – skinął głową. – Mr. Big Bollocks z tej strony.
    Był podobny do tego debila z kłami z przeszłości. Bardzo go Gordiemu przypominał. Tylko wyższy, z dłuższymi włosami, mniej kanciastą szczęką, a jego nos nie wyglądał jak kartofel. Poza tym identyczny. Też z obsesją na punkcie imion.
    Wampir, który przemienił Gordona – a żebyś żreć musiał same skrzepy – i potem wyciągnął z grobu, też miał obsesję na punkcie imion. Poradził, żeby przybrać jakieś fałszywe, gdy usłyszał, że Gordon nie zamierza opuścić Anglii. (I tak poszedł na ustępstwa, bo w pierwszych latach zmienił dzielnicę!)
    Propozycja Gordona: Abraham Hurst. Debil zapytał, czy na pewno Abraham jest dobrym pomysłem, brzmi żydowsko, a ty nie wyglądasz… Idiota! Nie wyglądał. Abraham, bo lubił szynkę i chciał ją mieć w imieniu, skoro już musiał wybrać nowe.
    (I znowu ustępstwo – został Geoffem Moore’em. Do Gordona wrócił po śmierci Mags).

    OdpowiedzUsuń
  6. [akapit] – Nie wiedziałem, że Brytyjczycy są aż tak oddani herbacie – odpowiedział, wzruszając lekko ramionami. W jego głosie nie było nawet odrobiny kpiny. Vazha naprawdę próbował zrozumieć. Do tej pory zdążył zauważyć, że ludzie mieli różne dziwne przyzwyczajenia, a z czasem nauczył się, że najlepszym sposobem na odkrycie ich sensu było po prostu obserwowanie. Mężczyzna miał przynajmniej okazję długo być człowiekiem, Vazha niekoniecznie dostał od losu to samo, choć nigdy nie żałował podobnego obrotu spraw. Był to dar, który szanował.
    [akapit] Spojrzał ponad ramieniem mężczyzny. Chłodny nocny wiatr zawiał lekko, poruszając liśćmi drzew. Vazha lubił nocne powietrze, było rześkie, ale nie tak czyste jak kiedyś, nie tak nieskazitelne jak w gruzińskich górach. Tutaj zawsze było w nim coś obcego.
    [akapit] – Nie dziwię się, że jesteś taki zdenerwowany, też bym był, nazywając się w ten sposób – stwierdził, siląc się na poważne brzmienie swojego głosu.
    [akapit] Vazha przesunął swojego białego gońca na C4, przyglądając się wciąż figurze konia, którego Big Bollocks ustawił w swoim pierwszym (nielegalnym) ruchu. Stał samotnie, jakby został odesłany do kąta za coś, czego nawet nie zrobił. Było to co najmniej dziwne otwarcie, sprzeczne z założeniami.
    [akapit] Ze skoczka przeniósł uwagę na termos, a później na wampira, który mógł sobie po prostu iść, jeśli aż tak nie odpowiadało mu to niespodziewane towarzystwo, nic nie stało na przeszkodzie, żeby zabrał gazetę, herbatę i swoje niezadowolenie gdzie indziej.
    [akapit] Ukrył uśmiech, opuszczając wzrok na szachownicę. W przeciwieństwie do drugiego wampira figury wydawały się przynajmniej przewidywalne. Nie obrażały ludzi, nie nosiły ze sobą termosów pełnych herbaty, której nie mogły wypić, i zazwyczaj przestrzegały zasad gry.
    [akapit] – Nazwę to otwarcie obroną termosową – stwierdził, wskazując na figurę ruchem głowy. Brzmiał przy tym tak poważnie, jakby właśnie odkrył nowy wariant znany tylko najwybitniejszym szachistom świata, a nie próbował znaleźć sens w ruchu, który prawdopodobnie złamał połowę zasad obowiązujących przy rozpoczęciu partii. A może przeciwnik tylko w ten sposób usiłował odwrócić jego uwagę, żeby zaraz zaatakować w najmniej spodziewanym momencie?
    [akapit] Baptiste przyjrzał się staruszkowi. Jego skrzywiona mina wskazywała niezadowolenie, ale może był to tylko bardzo skuteczny blef?
    [akapit] Opuścił głowę, znów przyglądając się szachownicy.
    [akapit] Nie, raczej nie sądził, żeby kryła się w tych ruchach jakaś prawidłowość. Może staruszkowie wcale nie byli z definicji dobrymi graczami?

    OdpowiedzUsuń
  7. Gordie Goff nigdy w życiu nie poznał mądrego nastolatka – a wampir siedzący przed nim stanowczo nie wyglądał na kogoś, kogo wiek kończył się przyrostkiem dzieści. To mogłoby wiele wyjaśnić! Bo bez względu na to, ile Vazha chodził już po tym świecie, umysł najwyraźniej utknął mu w tym samym miejscu, w którym znajdował się w dniu przemiany. Dlatego teraz miał tak nakiełbaszone we łbie.
    Bo serio? Nie wiedział o herbacie?!
    Gordie gotów był się poświecić. Wstać i poleźć do najbliższego marketu, pomimo tego, że już dawno się zamknął. Doczłapać się do działu z herbatami i zgarnąć z półki wszystkie najtańsze, żeby potem zaparzyć ją hektolitrami, wlać do basenu i utopić tam Vazhę. A niech ci herbata nosem wyjdzie, wleje się w uszy i oczodoły, chłoń ją wszystkimi zmysłami, póki nie zrozumiesz.
    A powinien zrozumieć, że herbata to nie była kwestia oddania. Oddany to możesz być żonie albo, jeśli masz nie po kolei, królowi chociażby. Herbata to rzecz ważniejsza. Pokój na świecie, myślał Gordie, byłby jeszcze bardziej nieobecny, gdyby nie ona. Pamiętał, jak w dzieciństwie, gdy atmosfera robiła się bardziej napięta, pani mama zawsze pytała, czy naparzyć herbatki. Tak na rozluźnienie. W dorosłości pytanie wciąż funkcjonowało, zadawane przez Mags, Mags, która i Gordiemu, i dzieciakom potrafiła zrobić awanturę, a potem przynieść herbatę i ciasteczka zamiast słowa przepraszam. I bardzo dobrze, nikt nie potrzebuje słów.
    Więc zdziwienie Vazhy było bardzo obraźliwe. Tak jakby w tym wszystkim znajdował coś niestosownego! A przecież herbata stosowna jest zawsze. No, prawie. Prawie, bo Gordie poznał kiedyś osobę, która zrobiła herbatę z człowieka.
    Niby niecelowo, ale Gordie nie ufał. Typ nazywał się Crouch i zawsze drżały mu ręce, szczególnie gdy zdejmował okulary. Po pogrzebie najwyraźniej je zdjął i nie wiedział, co czyni, Boże, kopnij go w dupę za to.
    Krótka historia bądź, jak Gordie lubił bardziej, krótka piłka – działo się to na stypie po starym Nelsonie. Wdowa Nelsonowa nie chciała zostawiać męża samego w aucie, więc postawiła urnę w kącie i oddaliła się na chwilę, poprzyjmować kondolencje i pochrupać kanapki z korniszonami. Sproszkowany Nelson znalazł szybko towarzystwo, bo a to ktoś postawił z boku czajnik, a to ktoś dołożył mleka. Wystarczyło dodać dwa do dwóch, a właściwie – dodać wrzątku i mleka do prochu, i mamy herbatkę nelsońską.
    A ten tutaj dziwił się, że Brytyjczyk nosi termos!
    – Mocne słowa na kogoś, kto ma na imię Vazha – odburknął, ale nie włożył w głos dostatecznie tyle niechęci, ile powinien. – To nie jest francuskie imię? – zaniepokoił się nagle.
    To byłoby przykre. Musiałby zacząć być niemiły, a szkoda – przecież do tej pory całkiem przyjemnie gaworzyło się z tym dzieciakiem, który był wrzodem na dupie. Jeśli to Francuz, to gorzej. To znaczy, że trzeba wygrać partię. Jeszcze bardziej trzeba.
    Dobrze. Więc na spokojnie. Co teraz zrobić? Przesunął drugiego skoczka na C6. Ha! W kawalerii siła.
    – Spadłeś kiedyś z konia? – zapytał uprzejmie, dla podtrzymania towarzyskiej konwersacji.

    OdpowiedzUsuń
  8. [akapit] Zmarszczył brwi. Oczywiście, że jego imię nie było francuskie. Czy miał francuski akcent? W jego mniemaniu każdy Francuz, który mówił w innym języku, nadal używał swojego akcentu, żeby podkreślić, że był Francuzem. Miał kiedyś do czynienia z wampirami pochodzącymi stamtąd i uważał, że strasznie zadzierały nosa. Nie żeby znał wielu Francuzów. Właściwie znał zaledwie garstkę. Ale wszyscy zachowywali się podobnie, a to wystarczało, żeby uznać to za prawidłowość.
    [akapit] – To gruzińskie imię – odpowiedział, starając się nie brzmieć na urażonego. – Czy brzmię na zadzierającego nosa dupka? – zapytał wyraźnie zaniepokojony tym faktem.
    [akapit] Chciał poznać odpowiedź. Słyszał, że był niepokojący, że był dziecinny, dziwny, ale chyba nigdy nikt go nie oskarżył o bycie Francuzem.
    [akapit] Przyjrzał się dwóm koniom na szachownicy podejrzliwie. Sięgnął po swojego skoczka i przestawił go z G1 na F3 z cichym stuknięciem. Atak na pionka, który znajdował się na E5.
    [akapit] – Nie spadłem z konia, ale spadłem z góry i prawie umarłem – powiedział po chwili zastanowienia. – Właściwie to umarłem – poprawił się po chwili.
    [akapit] Zastanawiał się czasami, czy gdyby wtedy został w domu i pomógł swoim siostrom, tak jak go prosiły, to nadal spotkałby swojego Ojca. Może wcale nie byłby tu i teraz? Może nigdy nie poznałby zasad szachów i nie rozgrywał teraz partii z Mr. Big Bollocks w środku nocy w londyńskim parku. Nie był jednak pewien, czy naprawdę chciałby zamienić swoje obecne życie na tamto. Lubił noc, lubił istnieć i lubił szachy.
    [akapit] – Koń mnie kiedyś ugryzł, a byłem dla niego całkiem miły i dawałem mu jabłko. Konie są czasami zupełnie nieprzewidywalne – powiedział, nie odrywając swojej uwagi od szachownicy. Zaczynał czuć ekscytację w oczekiwaniu na każdy kolejny ruch przeciwnika. – Zupełnie jak Francuzi – zakończył swoją myśl, przypominając sobie tamtą wampirzą rodzinę i to, jak najmłodsza z ich córek ugryzła go w dłoń. Może i dopiero niedwano przeszła przemianę, może też nie jemu było oceniać, ponieważ sam do tej pory nie był najlepszy w kontrolowaniu swoich odruchów, gdy konał z pragnienia, ale rana na dłoni goiła się podejrzanie długo.
    [akapit] Może młoda wampirzyca nie myła zębów? Czy Francuzi nie myją zębów?
    [akapit] Zastanowił się przez chwilę nad tą kwestią, już prawie wypowiadając to pytanie na głos.
    [akapit] – Myślisz, że Francuzi myją zęby częściej czy rzadziej od Brytyjczyków? – zapytał w końcu, podnosząc wzrok znad szachownicy. Nigdy nie był szczególnie dobry w gryzieniu się w język. Zdecydowanie lepiej wychodziło mu gryzienie innych.

    OdpowiedzUsuń
  9. Młody Vazha zdecydowanie nie brzmiał jak zadzierający nosa dupek.
    – Brzmisz – odpowiedział Gordie Goff. – Choć nie aż tak strasznie jak Francuzi – dodał po chwili wahania, albowiem był miłosierny, dobry, pokornego serca i nie chciał nikomu krzywdy zrobić.
    W końcu gdyby zrobił już na starcie, to wampir by pewnie zwiał, więc nie dałoby się z nim w szachy wygrać, a i głupiej rzucać obelgami w nieobecnego. No, doprawdy, ci przewrażliwieńcy to ostatnią dobrą rzecz chcą człowiekowi przyzwoitemu odebrać.
    – To po coś właził na tę górę? – burknął Gordie. – Jest takie przysłowie: gdyby kózka nie skakała, toby z góry trupem nie zleciała. A poza tym kto za górą wzdycha, temu matka w łeb nakicha.
    Pewnego lata, gdy Linda i Alan byli jeszcze smarkaci, Goffowie pojechali do Lake District. Mordęga! Wdrapywanie się na Helvellyn było jednym z najstraszniejszych wspomnień Gordiego, bo nie dość, że dzieciaki non stop utyskiwały – tata, jeść, tata, pić, tata, srać, tata, nogi mnie bolą, tata, daleko jeszcze? – to jeszcze on sam musiał milczeć, bo Mags kazała mu dawać dobry przykład. Nie mógł się jej sprzeciwić, bo w trakcie podróży strasznie się pokłócili, więc potem starał się ją obłaskawić.
    Ech, człowiek jedzie na wakacje, wydaje ciężko zarobione pieniądze i nawet nie może ponarzekać, że mu giry w dupę wchodzą i zaraz odpadną. Zero przyjemności.
    – Koń myśli zębami.
    Dziwne uczucie – sam zaskoczył się swoimi słowami. Jakby wyciągnął z dna schowka coś strasznie starego, o czym istnieniu dawno zapomniał. To nie była jego myśl, przynajmniej nie do końca. Tak mówił Jerry, Jerry Końskie Zęby, o którym żartowano, że urodził się w stajni, ze źrebięciem jako bratem bliźniakiem. Jerry Końskie Zęby imponował każdemu chłopakowi z podwórka, bo potrafił wybić się z ziemi i wskoczyć prosto na grzbiet wierzchowca, bez pomagania sobie strzemionami. Poza tym wygrywał bitwy w charaniu na odległość.
    Z tego wszystkiego Gordie przesunął pionka z F7 na F6. Nie będzie koń pluł mu w szacha.
    – A myślisz, że czemu tak bełkoczą, jakby mieli chuja w gardle? Bo mają próchnicę w przełyku. Albo chuja w gardle. Na jedno wychodzi.
    Dzieciak zaplusował, na szczęście Gordie miał zbyt dużo samokontroli, by to przyznać. Nawet w duchu. Mimo wszystko dzieciak zasłużył na odrobinę wiedzy, szczególnie takiej, która kiedyś może mu życie uratować. Chociaż bez sensu, już był martwy.
    – Słuchaj mnie uważnie – powiedział. – Francuzi się nie myją. Przecież tak powstał ser pleśniowy. Pewien francuski mnich schował ser pod łóżkiem, bo był chytry, i o nim zapomniał, bo był głupi. Wyciągnął dopiero po trzech miesiącach, totalnie spleśniały. Mnich powąchał, ze wzruszenia aż mu pociekło po policzku i po nogawce, i powiedział: ach, cóż za zapach, przywodzi mi na myśl dzieciństwo i najszczęśliwsze czasy! Stopy mojej matuli po żniwach! No. I teraz to żrą, perwersi. Rusz pionem, synu.

    OdpowiedzUsuń
  10. – Góry w Gruzji są piękne, trudno na nie nie wchodzić – odpowiedział odrobinę melancholijnym tonem. Dopiero teraz dotarło do niego, że od tamtych gór minęło bardzo dużo czasu, ale i tak wydawało mu się, że chociaż one nie powinny były się wiele zmienić, w przeciwieństwie do całej reszty otaczającego go świata.
    Jego wioska była przyklejona do zbocza góry i nawet po tak wielu latach nadal pamiętał, że co rano wokół chat unosił się zapach owczego mleka, dymu z palenisk i powietrza tak rześkiego, że aż piekło go w płuca przy pierwszym głębszym wdechu.
    W Londynie nie było takiego powietrza, co zasmuciło go na chwilę, przygniatając swoją oczywistością.
    Vazha oderwał wzrok od czarnego pionka z F6 i uniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu, starając się nie myśleć już o przeszłości, a znów skupić na rozgrywce.
    – Można by uznać, że wampiry też myślą zębami – stwierdził po chwili, przypominając sobie nieznośny głód, który mu towarzyszył czasami tak dotkliwie, że kły go świerzbiły.
    Słuchał starszego wampira z uwagą. Nawet lekko skinął głową, jakby opowieść o francuskim mnichu i serze była kolejnym fragmentem wiedzy, który należało zapamiętać. Nie miał pewności, czy była prawdziwa. Z drugiej strony, wiele rzeczy na świecie brzmiało niedorzecznie, dopóki nie okazywały się prawdą. Natomiast siedzący naprzeciwko wampir mówił z takim przekonaniem, że chyba sam w tę anegdotę wierzył, jakby wcale nie zmyślił każdego słowa.
    – Myślałem, że pleśń oznacza, że coś umarło drugi raz – powiedział całkiem poważnie.
    Przyjrzał się twarzy rozmówcy. Zmarszczki przecinały ją gęstą siecią linii. Zastanowił się, czy musiał być naprawdę starym wampirem, skoro wyglądał w ten sposób. Jego Ojciec był przecież znacznie starszy (nie znał nikogo starszego), a mimo to wciąż sprawiał wrażenie stosunkowo młodego.
    A może ten wampir właśnie... pleśniał?
    – Ile masz lat? – zapytał podejrzliwie.
    Nikt nigdy nie wspominał, że po odpowiednio długim czasie wampiry również mogły się starzeć. Byłoby to fascynujące, choć trochę niepokojące. Czy bolały je wtedy plecy? Czy po źle przespanym dniu w trumnie sztywniał im kark? Czy z wiekiem pogarszał się wzrok? I czy kły także mogły się zepsuć?
    Przestawił niespiesznie swoją figurę konia z B1 na C3.

    OdpowiedzUsuń
  11. – I to właśnie problem takich jak ty! – zaperzył się Gordon. Przed chwilą jeszcze pochylony nad szachownicą, teraz się wyprostował i oskarżycielsko wycelował palcem w Vazhę. – Piękne, piękne – gderał. – Sranie w banie, kał w kolorowym papierku. Leziecie za tym jak stado baranów, a potem wielkie zdziwienie, że kończycie z gównem na ryju i w dupie. Leć za pięknem, to się stoczysz. A zresztą, kurwa, już się stoczyłeś.
    Miałam ci ja jabłko – mawiała matka Gordiego – piękne, czerwone, z najlepszego drzewa w sadzie, aż się prosiło, żeby je zeżreć. I co? I chuj! Bo jak coś wygląda tak, że każdy chce się wgryźć, to znaczy, że już ktoś to zrobił. Chrupiesz, a tam tłusty, biały robal, trzaska pod zębem i już go z mordy nie wyplenisz.
    Na końcu wypowiedzi zazwyczaj unosiła gniewnie dłonie, na wysokość twarzy, wierzchem skierowane ku własnej głowie, z rozczapierzonymi palcami. Gordie automatycznie odtworzył ten gest, a do tego poruszył się na ławce – nogą macnął szachownicę, przez co wszystkie pionki się poprzemieszczały.
    Mamrocąc coś pod nosem, poprawił niektóre na swoich pozycjach, a potem bez głębszego namysłu ponownie chwycił skoczka – i przestawił go z C6 na A5. Posunięcie zaakcentował głośnym, przerysowanym stuknięciem figury o planszę.
    Gdy znów łypnął na przeciwnika, zobaczył, że Vazha uważnie mu się przygląda. Mógłby wybuchnąć od razu, ale jako wampir opanowany – odczekał dwie sekundy, a dopiero potem się wkurzył.
    – No – warknął przez zaciśnięte zęby. – Napatrzyłeś się już? Fałdy na dupie też chcesz se obejrzeć?
    Kiedy Gordie Goff przyszedł na świat, był pomarszczony bardziej niż własny dziadek. Tak przynajmniej twierdziła jego matka, a że nie istniały żadne zdjęcia na potwierdzenie lub zaprzeczenie, a sam Gordie nie miał wspomnień z tego okresu, to trzeba jej wierzyć na słowo. Zresztą – jeśli kobieta krwią i wysiłkiem wypchnęła dziecko z własnej cipy, to może o nim mówić, co jej się żywnie podoba.
    Więc urodzony 9 sierpnia 1902 (w dniu koronacji króla Edwarda VII!) Gordie Goff już od pierwszych chwil swojego życia zaczął pracować nad starością. Nie będzie mu teraz jakiś pierd nietoperza wpierał, że to coś nieodpowiedniego.
    – Wiesz, gdzie jeszcze je mam? – zapytał. – Tam, gdzieś ty piękny i gładki. Czyli na mózgu. A ile mam lat? Hmmmm, muszę pomyśleć, więc daj no gębę, a zara ci zrobię zmarchę od ślepia do nosa.
    Masz swoje myślenie zębami! Wyszczerzył się jak stary pies nad kością, a kły wysunęły mu się trochę, tak z czystej złośliwości. Nachylił się w stronę Vazhy, cmoknął z obrzydzeniem i zaraz cofnął głowę.
    – Albo nie, bo pewnie dostanę chlamydii i szkorbutu.

    OdpowiedzUsuń
  12. [akapit] Nie widział nic złego w dostrzeganiu piękna ani próbie dosięgnięcia go. To jego rozmówca zdawał się rozumieć wyjątkowo mało o świecie, zamknięty w ciasnym pudełku własnych przekonań. Vazha natomiast podczas swojego całkiem długiego już istnienia nauczył się, że piękno należało dostrzegać. Góry, stare drzewa, śnieg skrzypiący pod stopami, gwiazdy widoczne nad szczytami, dobrze rozegrana partia szachów czy ładna wiązanka na świeżo zasypanym grobie. To było wszystko warte podziwiania.
    [akapit] Vazha wypuścił ostentacyjnie powietrze z płuc, celowo zrobił to nieco zbyt głośno, bardziej zmęczony niż zirytowany tą niepotrzebną tyradą, która zawierała zastanawiająco dużo nawiązań do ludzkich odchodów, po czym doszedł w myślach do wniosku, że wampir musiał wieść strasznie smutne i brzydkie nieżycie. Niemal zaczął mu współczuć. To musiało strasznie osuszać z sił i odbierać przyjemność z wieczności.
    [akapit] Spojrzał na nieco nerwowe ruchy pana Big Bollocks, bacznie pilnując, aby wszystkie figury wróciły na właściwe dla siebie miejsca. Nie podejrzewał go o ponowną próbę oszustwa, choć nadal pamiętał ten pierwszy nielegalny ruch, po prostu chciał, aby reszta partii przebiegła bez większych zakłóceń. Szachy miały proste zasady, a proste rzeczy miały kojące właściwości.
    [akapit] Przesunął swój pion na D4 z pozycji wyjściowej niemal od razu, gdy mężczyzna wykonał swój ruch. Miał pewną rękę, wiedział, co chciał zrobić, przejmowanie centrum było naturalnym postępowaniem i wolał to uczynić, zanim przeciwnik się zorientował. Prawdopodobnie i tak był zbyt zajęty wysyłaniem gońców na brzegi planszy.
    [akapit] – Napatrzyłem się – odpowiedział spokojnie, jakby przed chwilą nie padła żadna groźba. – Ktoś, kto cię przemienił, musiał cię bardzo nie lubić. Albo uznał to za wyjątkowo dobry żart.
    [akapit] Kiedy wampir się wyszczerzył, Vazha odruchowo odpowiedział tym samym. Rozciągnął usta w szerokim, niemal upiornym uśmiechu, odsłaniając rząd równych zębów i ostre kły. Robił tak czasami wobec nieuprzejmych, hałaśliwych dzieci, które próbowały sprawdzić jego cierpliwość. Zwykle działało. Po chwili jednak uśmiech zniknął równie szybko, jak się pojawił, pozostawiając na jego twarzy zwyczajny, pogodny wyraz.
    [akapit] Spojrzał znów na planszę, powiódł spojrzeniem po rozsianych na niej figurach.
    [akapit] – Rozstawiasz je po kątach, zupełnie tak, jak od początku próbujesz rozstawić mnie – zauważył spokojnie. Przechylił lekko głowę w zastanowieniu. – To jakaś strategia? Czy po prostu lubisz, kiedy wszyscy wokół są równie zdenerwowani jak ty?

    OdpowiedzUsuń
  13. Gordon Goff znał się na żartach.
    Żartem było, kiedy młody Briggs wykradł kartę BHP z zakładu i wykreślił zasadę Nie wkładać rąk między walce, a zamiast niej nabazgrał Nie wkładać głofy w dupę przełorzonego bez zgody. Przełożony zorientował się dopiero po tygodniu, bo nie zwykł czytać dokumentów, które podpisywał. Dopiero inspektor zwrócił uwagę.
    Żartem było, kiedy Peter Wilkins podmienił tabliczki na drzwiach ubikacji w pubie i przez pół wieczoru mężczyźni wchodzili do kobiet, a kobiety do mężczyzn – oczywiście tylko ci, którzy patrzyli na napisy, znaczy, byli nowi. Stali bywalcy chodzili po staremu. Najwięcej rabanu narobił jakiś młodziak, który zobaczył panią Dobbins poprawiającą podwiązkę.
    Żartem było, kiedy Alan, mając osiem lat, nasmarował fajkę pastą do butów, i żartem było też, kiedy Linda wsypała sól do cukierniczki. Ba, żartem było nawet to, gdy oboje wycięli skądś głowy członków rodziny królewskiej i poprzyklejali je do torsów piłkarzy i dopiero tak przygotowany dodatek sportowy podali ojcu do popołudniowej herbaty. Tego dnia wzbogacili swój wokabularz o kilka nowych przekleństw, podawanych z naturalną czułością, bo przecież nie zrobili nic złego.
    To były żarty. Czasem niebezpieczne, czasem podłe, najczęściej po prostu głupie. Ich cechą wspólną było jednak to, że miały koniec.
    – Ech, synu, co ty wiesz o żartach – żachnął się Gordie, patrząc na Vazhę spod przymrużonych powiek. – Żart kończy się puentą. Wampir, kurwa, nie. A ten twój to co, jebany nekrofil od zatapiania kłów w martwych chłopcach, uznał, że tak będzie lepiej?
    Mały skurwiel trafił – nieważne, czy wbijał palec na oślep czy z precyzją, udało się go wrazić między oczy, nawet jeśli celował dużo niżej. Gordie zacisnął szczękę, żeby nic nie powiedzieć, bo jeszcze przypadkiem wyszłaby prawda, zanim zdążyłby ją ponownie kopnąć w gardło.
    Posłał wampirzątku spojrzenie starego bezzębnego kundla, który patrzy na szczeniaka szczerzącego mocne zęby – ale jednocześnie wie, że skoro sam dziąsłami nie ugryzie, to może zaszkodzić inaczej. Podrapać w jaja albo rozsadzić łeb wiecznym ujadaniem. Nie odrywając od niego oczu, przesunął gońca z F8 na D6.
    Dopiero po chwili dotarło do niego, że został oskarżony o bycie zdenerwowanym. Zdenerwowany! On! Jebana oaza spokoju – posądzony o większe emocje? Siedzi se grzecznie, gra w szachy, niczego nie zniszczył i nie przewrócił, jedynie padło kilka kurw w gadce… Ojoj, wielkie mecyje, teraz to wszyscy tacy delikatniusi, że człowiek nie może uprzejmie komuś naubliżać, bo zaraz traumy i inne sraty pierdaty.
    – To normalna spokojna pogawędka – warknął. – Jakbym był zdenerwowany, to wierz mi, wieżę miałbyś w gardle, a króla w dupie. Chociaż ja go tam mam, jebany Karol, niech mu gilotyna ciężką będzie. Znaczy kat – poprawił się prędko, gilotyna ha tfu, francuscy durnie.

    OdpowiedzUsuń

Aktywni: 0

Cieszymy się, że tu jesteś. Trafił_ś na blog fabularny Bunt Ikara, gdzie możesz wcielić się w wampira, łowcę wampirów albo zwykłego śmiertelnika.

Wiemy, że nasza oprawa wizualna może różnić się od klasycznych blogów fabularnych, dlatego przygotowaliśmy krótki poradnik, który pomoże Ci odnaleźć się na start.

Przejdź do poradnika