.𖥔 ݁ ˖๋ ࣭ ⭑
.𖥔 ݁ ˖๋ ࣭ ⭑
Realia Londyn roku 2026 niemal nie widzi słońca. Deszcz spływa po szybach wieżowców, zalewa ulice i zbiera się w ciemnych zaułkach miasta. Neonowe światła odbijają się w mokrym asfalcie, a tłumy ludzi przesuwają się przez stacje metra, nie zwracając uwagi na twarze mijane każdego dnia. W tym samym tłumie żyją wampiry.

Wampiry od wieków funkcjonują w cieniu. Część z nich ledwo utrzymuje się przy życiu. Wygłodzone, agresywne i wyniszczone ukrywają się w opuszczonych budynkach, kanałach i podziemiach miasta. Inne należą do starych rodów posiadających ogromne wpływy. Kontrolują firmy, kluby nocne, prywatne kliniki i sieci informatorów. Ich nazwiska pojawiają się wśród elit Londynu.

Za wampirami polują łowcy. Niektórzy działają dla tajnych sekcji rządowych, które od lat ukrywają prawdę przed społeczeństwem. Inni pracują samotnie. Byli żołnierze, policjanci, ludzie szukający zemsty albo ci, którzy całe życie wychowywani byli do walki z nocnymi istotami.
highlight
administracja
Kontur; discord: @kon1ur
Aktualia Rok 2026 przyniósł londyńskiej społeczności wampirów okres napięć i politycznych zmian. Istoty nocy nadal funkcjonują w ukryciu, zachowując ostrożność wobec ludzi oraz organizacji zajmujących się tropieniem nadnaturalnych zagrożeń, jednak w ostatnich miesiącach coraz częściej mówi się o możliwym przymierzu zawartym pomiędzy trzema najpotężniejszymi rodzinami wpływającymi na życie londyńskiego podziemia. Według krążących plotek sojusz ma ustabilizować sytuację w mieście, ograniczyć konflikty pomiędzy rodami oraz umocnić ich kontrolę nad najważniejszymi dzielnicami i nocnymi interesami stolicy. Choć żadna ze stron oficjalnie nie potwierdziła tych informacji, przygotowania do wielkiego balu celebrującego zawarcie porozumienia zdają się jedynie podsycać spekulacje.
⊹ Karty Postaci ⊹

Każdy gracz musi stworzyć kartę postaci, która może bazować na gotowym kodzie do karty postaci.


Nie narzucamy treści karty, ale pamiętaj, że jest to wizytówka Twojej postaci.


Kart postaci nie numerujemy.


Wszelkie dodatki do kart postaci należy datować z datą 2020 lub wcześniejszą.


Obowiązkowe etykiety do każdej karty postaci to: imię i nazwisko postaci, wasz pseudonim z blogosfery, karta postaci.


Nie narzucamy tytułu w karcie postaci. Wpisujecie, co wam się podoba.


W treści karty znaleźć się muszą: imię i nazwisko postaci, wiek, wskazanie roli: wampir, łowca czy śmiertelnik.


Po 200 oduatorskich komentarzach pod kartą postaci należy opublikować post z nową kartą i poprosić administrację w odpowiednim dziale o podmianę linków.


Nie posiadamy limitu postaci.


Nie trzeba rezerwować wizerunków, jeśli korzysta się z pojedynczych zdjęć nieznanych osób, ale jeśli zależy ci na rezerwacji, zgłoś to w odpowiednim temacie.
⊹ Posty oraz aktywność ⊹
⊹ Pisanie wątków ⊹


Pod kartami postaci pozostawiamy jedynie komentarze odautorskie!


Aby rozpocząć rozgrywkę fabularną/wątek/fabułę z inną postacią, opublikuj post z opisem wątku. Do treści posta możesz (nie musisz) użyć gotowego kodu. Historię rozpisujecie w komentarzach pod tym właśnie postem. Obowiązujące etykiety: imiona i nazwiska postaci biorących udział oraz hasło wątek.


Aby orientować się w prowadzonych wątkach proponujemy, nie jest to jednak obowiązkowe, aby założyć post z chronologią. Aby założyć post z chronologią możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z chronologią z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj chronologię w karcie postaci.


Stwórz post opisujący istniejące relacje Twojej postaci. Aby założyć post z relacjami możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z relacjami z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj relacje w karcie postaci.


Wskazane jest publikowanie opowiadań o Twojej postaci, ale nie są one obowiązkowe. Chcemy o twojej postaci wiedzieć jak najwięcej! Skorzystaj z wzoru na początek opowiadania. Do każdego opowiadania dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, opowiadanie.


Nie musisz, ale możesz pokusić się o założenie posta z telefonem postaci. Aby założyć post z telefonem postaci możesz (nie musisz) skorzystać z gotowych kodów. Opublikuj post z telefonem z datą na 2020 rok lub wcześniejszą i podlinkuj telefon w karcie. Do każdego posta z telefonem dodajemy następujące etykiety: imię i nazwisko, pseudonim z blogosfery, telefon.

⊹ Limity czasowe ⊹


Aby nie przysłaniać zbyt często treści innych autorek i autorów, narzucamy limity czasowe.


Pomiędzy kartą postaci a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.


Pomiędzy karta postaci a opowiadaniem — 24h plus minimum 2 komentarze pod opowiadaniem.


Pomiędzy karta postaci a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.


Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a kartą postaci — 1h bez limitu względem komentarzy.


Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a opowiadaniem — 1h bez limitu względem komentarzy.


Pomiędzy rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią a rozgrywką fabularną — brak limitu.


Pomiędzy opowiadaniem a opowiadaniem — 24h oraz co najmniej 2 komentarze pod opowiadaniem.


Pomiędzy opowiadaniem a kartą postaci — 3h oraz co najmniej 2 komentarze pod kartą.


Pomiędzy opowiadaniem a rozgrywką fabularną/wątkiem/fabułą z inną postacią — brak limitu.

⊹ Obecności i urlopy ⊹


Na blogu występują comiesięczne listy obecności trwające tydzień. Karty postaci osób, które nie zgłosiły obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych.


Aby uniknąć przesunięcia karty do wersji roboczych, należy zgłosić urlop w odpowiednim dziale. Maksymalny czas urlopu to dwa miesiące. Po tym czasie karty postaci danej osoby zostaną przeniesione do wersji roboczych.


Jeśli zniknęliście a marzy wam się powrót, chęć tę należy zgłosić w odpowiednim temacie. Cieszymy się, że do nas wracasz! No hard feelings. ☺

⊹ Wartości ⊹
Bunt Ikara powstał z potrzeby tworzenia przestrzeni, w której każdy może czuć się bezpiecznie, widziany i traktowany z szacunkiem.

Wspieramy ludzi — bez względu na płeć, tożsamość, orientację, wyznanie, pochodzenie, neurotypowość czy używane zaimki. Wierzymy, że różnorodność jest wartością samą w sobie i że to właśnie ona napędza literaturę, narrację i wspólnotę.

Nie akceptujemy treści ani postaw, które naruszają prawa człowieka, promują nienawiść lub wykluczenie.

Jednocześnie stawiamy jasne granice: nie publikujemy ani nie promujemy tematów związanych z gwałtem, przemocą seksualną ani brutalnym, pornograficznym okrucieństwem, przemocą wobec zwierząt, torturami, gloryfikacją nadużyć, mową nienawiści, dehumanizacją, wykorzystywaniem nieletnich ani treściami służącymi szokowaniu kosztem cudzej krzywdy.

Bunt Ikara to miejsce dla osób, które chcą tworzyć treści odpowiedzialnie, z wrażliwością na innych i odwagą w eksplorowaniu świata, ale nie kosztem czyjegoś bezpieczeństwa.
Za kodowanie oraz grafikę Buntu Ikara odpowiada Kontur. Wszelkie prawa autorskie do kodów są zastrzeżone.
krok po kroku strona główna karty postaci realia FAQ zapisz się discord administracja poszukiwania

poniedziałek, 14 września 2026

Lista obecności — wrzesień 2026

Drogie Kiełki!

Proszę o komentarz pod wrześniową (heh, mały poślizg) listą obecności, która będzie aktywna do 21 września do godziny 23:59. W komentarzu należy wskazać imiona oraz nazwiska wszystkich swoich aktywnych postaci.

Piszący, którzy nie wykażą swojej aktywności, zostaną uznani za nieaktywnych — ich karty postaci oraz dodatki zostaną oznaczone etykietą "archiwum" oraz przeniesione do postów roboczych. Bohaterowie usunięci zostaną również ze spisu postaci a autorzy usunięci z blożka.

niedziela, 6 września 2026

sobota, 5 września 2026

i guess i thought i'd feel something

Remigio Bencivenni joland novaj Skrótowiec: pochodzący z Florencji końca VIII wieku śpiewak operowy odkryty przez Luigiego Cherubiniego, jego muza i kochanek, przeprowadził się wraz z nim do Paryża, gdzie stał się sławą operową zanim zniknął w wyniku nagłej przemiany w wampira. Przed śmiertelnikami przedstawia się jako Vincente Pratesi melepeta 23 (225) nauczyciel śpiewu klasycznego on/jego wampir Zanim rozsmakował się w krwi, mógł jeszcze poczuć słodką rozkosz uwielbienia ze strony wielu. Stoi na scenie po premierze Medei, po prawicy ich wspaniałej Dirce, która drugą ręką ujmuje dłoń ich pierwszego basu, Kreona. Gdy na widowni zapalają się światła, twarze wyłaniają się z mroku, a wszystkie oczy zdają się być skierowane wyłącznie w stronę sceny i śpiewaków. Klaszczą intensywnie, jeden z recenzentów wstaje, Remigio widzi jego szczery zachwyt, kiedy patrzy prosto na niego. Odwzajemnia to zainteresowanie, rozciągając usta w uśmiechu.
Pomyśleć, że nie tak dawno temu jedyne występy pozostające w jego zasięgu to cotygodniowa suma w Katedrze Santa Maria del Fiore. Otoczony innymi tenorami chóru harmonizował wspólnie z nimi psalmy w łacinie, by całą grupą uświetnić uroczystość w jednej z najpiękniejszych świątyń Toskanii. Syna bogatego kupca stać było na wykształcenie muzyczne pod czujnym okiem mistrza, ale od wieków wiadomo, że większość drzwi należy wyważać sprytem, urokiem. Rzadko wystarczy łut szczęścia.
Kiedy zauważył jak w jednej ze środkowych ław, zawsze na tyle blisko, aby mieć dobry widok na chór, pojawiał się ten sam wierny. Z pełną uwagą i niemal nabożną czcią wlepiał swój zachłanny wzrok. Remigio wiedział, że w końcu mężczyzna przestawi mu się, a gdy nadszedł ten dzień, pierwszymi słowami Luigiego Cherubiniego było “moja muzo”.
Teraz stoi w swoim pokoju na pierwszym piętrze paryskiej kamienicy, mając naprzeciw siebie kompozytora. Bencivenni, w samym szlafroku, krzyżuje ręce ze znużonym wyrazem twarzy. Żadnego wrażenia nie robi na nim widoczna złość na twarzy kompozytora.
Powinieneś być ostrożniejszy — syczy po florencku. Krótkie prychnięcie. — Brzmisz jakbyś był dalej zaskoczony, że nie jesteś jedyny. W mgnieniu oka zostaje pochwycony w silnym uścisku. Czuje drażniący zapach pudru do peruk. — Przyjechałeś tu ze mną, jesteś coś mi winny.Przyjechałeś tutaj z żoną. Mam dość bycia jedynie nałożnikiem wielkiego artysty.
Gdy kilka lat później znika bez słowa, wybuchają plotki. Być może to rewolucjoniści porwali śpiewaka z Florencji? Czy Remigio Bencivenni był szpiegiem pod przebraniem? Zemsta jednego z kochanków? Ktoś usłyszał o występach podobnego mu mężczyzny na ulicach Wenecji, gdzieś w Barcelonie, ale to nie mógł być on. Remigio Bencivenni rozpływa się w powietrzu.
  • Odautorskie jaki Remek jest, każdy widzi. Lubi się bawić, lubi ciekawe towarzystwo, dalej ma wysokie mniemanie o sobie i swoim talencie. Postać Luigiego Cherubiniego to istniejąca w historii osoba kompozytora florenckiego, który faktycznie stworzył operę pod tytułem Medea, gdzie z mojej wersji oryginalnym Jazonem był właśnie Remigio.
    mail do kontaktu: zasmucony.melepeta@gmail.com discord: kot.bonifacy

    niedziela, 9 sierpnia 2026

    a jester dances while the kingdom falls apart

    Milos Kohout Arthur Sury Skrótowiec: urodzony błazen, niegdyś wędrowny artysta, wampir, właściciel obwoźnego cyrku rózia 567 lat właściciel obwoźnego cyrku męskie wampir Jako Milos z Moraw urodził się w 1431. Syn Jana i niejakiej wesołej Francouzki, artystki z wędrownej trupy. Historia jak wiele na świecie wzdłuż i wszerz. Ta jednak rozgrywała się na terenie Margrabstwa Moraw, które należały do Ziem Korony Czeskiej. Jako dziecko uczył się staroczeskiego od strony ojca, a od strony matki francuskiego, przesiąkając przy okazji ich kulturą. To z jej ust spijał od maleńkości fascynujące opowieści o dworach, występach i podróżach po ówczesnej Europie. Ciągał za sobą jej rekwizyty, uczył się żonglowania, piosenek, opowiadania żartów, sztuczek iluzjonistycznych. Na pomniejszych lokalnych występach pojawiał się nawet jako jej pomocnik. To właśnie ona rozpaliła w nim lichy płomyk, który w późniejszych latach przyczynił się zarówno do jego ostania się na stałe w Burgundii i… śmieci. W 1447 na terenie Moraw ponownie zagościła trupa, do której przynależała jego matka. Częściowe odświeżenie składu, znajome twarze i ogromny sentyment obudziły w matce Milosa chęć powrotu do odjezdnego życia. Tak też wesoła Francouzka, jak nazywali ją Morawianie, wróciła do pseudonimu scenicznego jako L’Azurine. Milos za to wykorzystał tę szansę dla siebie, ruszając w drogę razem z nimi. Szybko został włączony w program, czy to w formie żonglowania, śpiewania, tańczenia, zabawiania widzów żartów czy pomagania przy przedstawieniach. To wśród trupy nauczył się pierwszych akrobacji i grania na instrumentach. Stopniowo podróżują na zachód, wgłąb Austrii, Alzacji i Lotaryngii, by następnie pojawić się w Burgundii. Ta podlega wówczas pod rządy Filipa III Dobrego, a za czasów jego długiego panowania tamtejszy dwór słynął w Europie z przepychu, wyjątkowych ceremonii, wsparciem dla sztuki i patronatu nad artystami, ciesząc się przy okazji dużą samodzielnością polityczną. W 1451 trupa została wcielona w jedno z wydarzeń na samym dworze. Filip III Dobry upatrzył sobie Milos już od pierwszych interakcji z publiką, jego trafnego czytania ich oczekiwań i pozwalania sobie na żarty, które dzieliło ledwie parę centymetrów od granicy obrazy. Jedno żartobliwe pytanie księcia i brak przesadnego uniżania trafiły aż nadto w punkt. To wystarczyło, by ten zechciał zachować go na swoim dworze. Wykorzystał nawet własną dewizę i morawski artysta finalnie został, choć z dużym wahaniem. Tak stał się przez następne osiem lat Milo de Moravie, błaznem na Dworze Burgundzkim. Błaznem w karmazynie i granacie z dzwoneczkami przy czapce na głowie oraz skromną marotte. Import zagranicznych artystów i obycie Milosa z innymi kulturami przydało się w późniejszych latach, zarówno w kontakcie z innymi osobami, jak i przy zabawianiu gości spoza tych terenów. Milo przyniósł ze sobą pieśni, historie i wszechstronność występowania, których dwór dotychczas nie znał i nie był świadom, jak mocno ich potrzebował. Osiem lat później Milo de Moravie był doświadczonym człowiekiem książęcego dworu, lojalnym wyłącznie wobec Filipa III Dobrego. Ich relacja jednym razem przypominała relację synowsko-ojcowską, a drugim niemal przyjacielską. Po pewnej, wieczornej uczcie w 1459 na Dworze Burgundzkim po głośnym śmiechu, rozmowach i hucznym celebrowaniu — ich błazen przepadł jak kamień w wodę. Książe Burgundii zgodnie ze swoją dewizą panowania nigdy nie przyjął na miejsce Milosa nikogo nowego, jakby wyczekiwał do końca swoich dni na jego powrót do domu. Nigdy nie uwierzył, że tak po prostu by odszedł. Milo miałby ku temu wiele okazji — w podróżach między rezydencjami, reprezentacji artystycznej Filipa na innych dworach, czy wyjazdach z dworem na wszelkie uroczystości. Filip nie dopuszczał do siebie myśli, że ten po prostu zmarł. W 1466 na Dworze Burgundzkim pojawiło się podań o tajemniczym podróżnym artyście, który przed publicznością zaśpiewał melodię znaną jedynie z terenów Moraw, znaną również i księciu, który znajdował się już u schyłku własnego życia. Niejaki tajemniczy Milan ponoć wzruszył i poruszył tym władcę dworu, jednak ile w tej plotce prawdy, tego nikt się nigdy nie dowie. Prawda była znacznie mroczniejsza niż mogłoby się wydawać — ów Milan od siedmiu lat był tak naprawdę wampirem. Monstrum z legendarium, które lubiło zaglądać do kościołów w poszukiwaniu spokoju. W niekończącej się podróży, po czterech latach tułaczki, głodu, uczenia się tej nowej formy i jej potrzeb. Na przestrzeni wieków przybierał różne imiona, które koniec końców zawsze były wariacją dokoła tego właściwego: Milo, Milan, Miles, Miloh, Milosh. Tylko raz nazwał się Emilem i nigdy tego nie powtórzył. Nabywał posiadłości ziemskie, przepisując je na swoich nieistniejących synów, uczył się nowych języków oraz zwyczajów, a także funkcjonowania w cieniu za kurtyną. Nawet jeśli się z niego wyłaniał na poczet artystycznych zachcianek to w bardzo kontrolowanych warunkach. A jakikolwiek obwoźny cyrk pod jego wodzą powstawał, rozpadał się i zawiązywał na nowo. Ach, czego nie robiło się, byleby przetrwać i utrzymać się na powierzchni. To XIX wiek był zdecydowanie jego wiekiem pod kątem złotej ery występowania publicznego i popularności. Jako Emil prowadził wówczas trzy różne wielkie trupy cyrkowe, jedna po drugiej, przedstawiając się jako syn właściciela tegoż przedsięwzięcia. Strzeliste namioty, gwiazdy cyrkowe, akrobaci, konie, klauni, tresura zwierząt, dziwadła, więcej i więcej. W tamtym czasie widzom nigdy nie było mało. Jak trudno było ich nasycić rozrywką, którą została przypieczętowana potem, zdartym gardłem, zmęczeniem i dużą ilością kontuzji. XX wiek również go nie zawiódł, choć tu nauczony doświadczeniem wiedział, że impresario ma większe pole manewru. Stworzył pod sobą hierarchię dyrektorów, zajmując się planowaniem wydarzeń, tras i finansowaniem tych przedsięwzięć. Czasem pozwalał sobie na występy właśnie jako błazen. Kiedy widzowie zakładali, że to nowy występ zaplanowany wyłącznie dla nich, pozostawali w błogiej nieświadomości, że podobne rzeczy wystawiał jeszcze na Dworze Burgundzkim. Skupywał dawne rzeczy należące do błaznów z całej Europy, niekiedy nawet je wykradał, dlatego posiada w swojej kolekcji oryginalne stroje oraz różne marotte. Gdyby nie książki historyczne współcześnie opisujące to, co się wówczas wydarzyło, mógłby dalej tkwić w nieskończonej wojnie ze swoim własnym umysłem, czy był to jedynie sen, czy jawa. Milos Kohout, jak nazwał się całkiem niedawno, wracając poniekąd do swoich korzeni, znany jest jako zarządza objazdowym cyrkiem The Wandering Crown, prowadzeniem finansów i planowaniem tras. Jeśli występuje to bardzo rzadko, ograniczył się do stworzenia struktury, a dzięki rozwojowi technologicznemu przecież nie zawsze musi być na miejscu. Może, ale nie musi. Częściej nuci stare pieśni i melodie, aniżeli śpiewa, będąc żywym skansenem tego, co przeminęło i znając pieśni, które przestały istnieć w świadomości ludzki. Instrumenty kurzą się od lat, ale nie zerka nawet w ich stronę. Milos jednak nie potrafi skutecznie oszukiwać swojej pamięci mięśniowej, która okazuje się znacznie lepsza niż jego pamięć do własnych przeżyć. Niektóre rzeczy pamięta lepiej, inne zaś przypominają mętną wodę i trudno je od siebie odseparować. Ponoć wpółpracował na przestrzeni wieków z różnymi łowcami, sprzedając im informacje. Ponoć wydawał na łaskę bądź niełaskę wampirów i łowców, ale ile w tym prawdy? Któż to wie.
  • Odautorskie podpinam moodborad miłoszka. po godzinach jestem robolem przy remoncie i renowacji domu, na stanie mam rozpędzajacy się bolid (aka teriera), a to matematyczne prawdopodobieństwo mojego życiowego chaosu. mogę jednym razem odpisywać szybciej, drugim wolniej, ale do każdego się dokulam. możecie wpadać na maila: scentriaria@gmail.com lub discorda: aglomeera (tu zaglądam przynajmniej raz dziennie) 🤍

    środa, 5 sierpnia 2026

    Lista obecności — sierpień 2026

    Drogie Kiełki!

    Proszę o komentarz pod lipcową listą obecności, która będzie aktywna do 10 sierpnia do godziny 23:59. W komentarzu należy wskazać imiona oraz nazwiska wszystkich swoich aktywnych postaci.

    Piszący, którzy nie wykażą swojej aktywności, zostaną uznani za nieaktywnych — ich karty postaci oraz dodatki zostaną oznaczone etykietą "archiwum" oraz przeniesione do postów roboczych. Bohaterowie usunięci zostaną również ze spisu postaci a autorzy usunięci z blożka.

    czwartek, 23 lipca 2026

    Lorien Velaris

    Lorien Velaris Golshifteh Farahani Skrótowiec: Urodziła się i zmarła przed wiekami. Dziś jest Matką jednego z najbardziej wpływowych i majętnych wampirzych rodów w Londynie. Nie lubi: Amerykanów, współczesnej technologii i lewicy. Lubi: swojego męża i jego kartę kredytową. Obraca się w gronie bardzo podobnych jej wampirzyc i spędza czas dokładnie tak jak bozia przykazała - trwoniąc majątek, wydając przyjęcia i sącząc świeżutką krew ze schłodzonych kryształowych kieliszków. Jenny prawie 950 lat! Old Money Trad Wife Wampir Nie pamięta, kiedy przestała odmierzać czas w liczbach, a zaczęła w imionach, które lgnęły do skóry niczym pijawki. Nażarte, napęczniałe od jej własnej krwi wreszcie odpadały - zastępowane przez następne i następne. Wspiera nagie plecy o wypolerowany, kamienny brzeg głębokiej wanny. Czas. Jakiż to miałki przeciwnik. Loray bint Yusuf Zakrzyknął ktoś, wciskając w jej ramiona ciężki kosz pełen tkanin. Nie wolno ich było dotykać brudnymi od gliny i piachu dłońmi. Przynieś materiał. Podaj lampy. Pozamiataj dziedziniec. Snuła się po targowisku w okrutnym upale, mrużąc oczy od słońca. Kamienie Petry nagrzewały się już od świtu, więc i i noc nie przyniesie ukojenia. Słuchała plotek, bo cóż innego miała do roboty? Zresztą kupcy zawsze krzyczeli, więc nie mogli jej nawet wytargać za uszy, że ich podsłuchuje. Jedni przeklinali nowe cła. Nie wiedziała czym są cła. Inni lamentowali, że znowu napadnięto na karawanę podążającą z Damaszku. Nie wiedziała gdzie leży Damaszek, choć pragnęła go kiedyś zobaczyć. Jeszcze ktoś, ktoś z dalekich stron z dziwnym akcentem, zarzekał się, że Turcy zajęli kolejne miasta. Inny groził mu, ostrzegał przed bluźnierstwem. Po co wywoływać zło? Tego nie słuchała zbyt uważnie. Wojny były czymś nudnym. Interesowali się nimi co najwyżej chłopcy i dorośli. Tak samo jak podatkami, sułtanami czy napaściami. Ją interesowało czy wieczorem odwiedzi ich stary Hassan. Hassan pływał po morzach i miał pięknego sokoła, którego czasem pozwalał jej potrzymać na ramieniu. A potem opowiadał przeróżne historie i pił, a im więcej pił tym zabawniejsze historie opowiadał. Aż wreszcie matka wyganiała ją z izby, więc resztę nocy musiała siedzieć z uchem przy drzwiach, zamiast wygodnie na poduszkach. Wtedy pierwszy raz pomyślała, że chciałaby być ptakiem. Rūḥ ṭā’ir Wyryła ostrą spinką w piaskowcu; w samym rogu komnaty, którą współdzieliła z trzema innymi służącymi. Przy podłodze, za skrzynią, żeby żadna z dziewcząt nie odkryła. Tu każdy czekał aż popełni się błąd. Wystarczyło wtedy cichutko zdradzić sekret zarządcy domu, by dostać trochę złota i być naocznym świadkiem jak winowajcy puchną palce od uderzeń trzcinowej laseczki. To było najbliższym imienia co teraz miała. I tak zawsze kiwano rękoma albo rzucano bezosobowym “ej, ty”. Imiona były dla dzieci i ludzi ważnych. Ona nie była ani tym ani tym. Przez lata nauczyła się chodzić bezszelestnie po kamiennych korytarzach; rozpoznawała humor państwa po tempie ich kroków. Wiedziała, od których strażników trzymać się z daleka, których kupców omijać, bo kradną, a kogo można łatwo ograć w kości. Ludzie przychodzili i odchodzili - zmieniali się panowanie, służbę zostawiali za sobą. Najpierw jedni. Potem kolejni. Ostatnio przybyli ludzie mówiący dziwnym, szorstkim językiem. Przynieśli ze sobą nowe modlitwy i obyczaje, ale kamienie Petry pozostawały niewzruszone wobec ich wielkich ambicji. Tak samo jak ona. Przynajmniej tak lubiła myśleć, gdy wieczorami przyglądała się z okien jak ucztują i ćwiczą szermierkę na dziedzińcu. Każda uczta przypominała wielkie weselisko. Wnoszono amfory z winem, rozstawiono lampy, dolewano oliwy, pieczono mięso. Bo “przybył ktoś ważny”. Zignorowała to. Zawsze mówiono o “kimś ważnym”, a potem pojawiał się kolejny rycerz, kupiec albo pielgrzym. Przyjeżdżali, odjeżdżali, świat o nich zapominał. Chyba. Ona zapomniała. Ten, którego dziś goszczono miał być inny. Miał, bo wcale nie przyjechał. Kucharz zaśmiał się rubasznie stwierdzając, że tacy jak oni to pewnie pojawiają się dopiero na deser. Jakoś nie podzielała jego radości. Po zmroku zaczęto szeptać o kimś nowym. Jedna z dziewcząt zauważyła, że wcale głośno nie zakrzykiwał ani nie pił jak pozostali. Mówiono, że zna się na murach i studniach i dlatego go ściągnięto. “Może cię znajdzie, skoro się tak dobrze zna.” stwierdziła beznamiętnie patrząc na odziane w tiule ciało Mihrimah, które leżało na dnie jednej z nich. Nasunęła na twarz półprzezroczystą chustę w odcieniach indygo i kobaltu. Biżuteria gniła wraz z tą, która miała go nawiedzić dzisiejszej nocy, więc jej zostało wpleć we włosy czarne pióra wędrownych ptaków i natrzeć skórę skradzionym z ogrodów jaśminem. Kjalem przyciemniła oczy i brwi. Aker Fassi nałożyła na usta i koniuszki palców. Nie kobieta. Tylko Rūḥ ṭā’ir. Lorenne Spojrzała na dziwacznie zangielszczoną wersję swojego imienia z miną jakby ta ją personalnie wręcz uraziła. Może nie samo imię. Do tego zdążyła się przyzwyczaić. Ale wyryto je na rewersie zdobionego, srebrnego lusterka. Dostała je od jakiegoś portugalskiego handlarza, który zasłyszał gdzieś godność kapitanowej. Chyba próbował wkupić się w jej łaski. Potem zniknął, ale lusterko zostało i raziło. Otwierała je raz po raz. Powoli. Szybko. Ukradkiem, zupełnie jakby mogła złapać swoje odbicie nim to zniknie. Bezskutecznie. Podniosła się powoli z pokładu. Kobiecie jej statusu nie wypadało tak leżeć na wilgotnych, przesiąkniętych solą dechach. Zwłaszcza w środku nocy. Ale z drugiej strony - nie wypadało jej w ogóle tu być. Wsparła się wygodnie o reling, obserwując świat dookoła. Fale odbijały się monotonnie od kadłuba “Sultany”, jednego z flagowych okrętów wyprawy Kompanii na wschód. “Czerwony Smok” Lancastera stał zacumowany nieopodal z większością dowództwa na pokładzie, gdzie pito i dyskutowano o dalszych planach. Wiedziała, że mąż wróci niebawem, ale teraz wciąż jeszcze siedział z nimi. Wychyliła się lekko. Chyba nawet siedział przy oknie w kapitańskiej kajucie. Przymknęła oczy, wyobrażając sobie jak dociska palce do nosa, próbując wprowadzić korekty na mapach w podchmielonym towarzystwie. Rozchyliła lekko lusterko, kierując je w stronę sąsiedniego statku tak, by promień z latarni wpadł prosto w oko i tak podirytowanego wampira. Odczekała moment. A potem mąż zniknął z zasięgu wzroku. Zamknęła puzderko. Lorenne. Przesunęła palcami po delikatnych żłobieniach w metalu, drogich kamieniach, którymi udekorowano drobiazg. Słysząc odgłos znajomych kroków po trapie, bezceremonialnie wyrzuciła je za burtę. Niech spoczywa w głębinie razem z wyssanym do cna darczyńcą. Laharini Bai. Bai Sahib. Podniosła wzrok znad filiżanki wypełnionej po brzegi świeżo zaparzoną herbatą. Nie byłaby w stanie jej wypić, ale lubiła sam zapach. To jak ciepło naczynia na moment pozwalało zapomnieć o wiecznym chłodzie jaki czuła pod skórą. Reagowanie na imię przychodziło jej z trudem. Na służalczy ton z jakim zwracali się do niej miejscowi, jeszcze trudniej. Nie zaprzątała sobie głowy zapamiętywaniem ich twarzy, co dopiero imion. Ten przed nią był dzieckiem. Nie mógł mieć więcej niż dziesięć lat, sądząc po wzroście i kościstych ramionach, z których zwisała smętnie przyduża tunika. Zatrzymała dłużej wzrok na jego twarzy. Syn kobiety bez prawa, również ich nie posiadał, więc zamiast elementarza trzymał w dłoniach ciężką, srebrną tacę. Nie śmiał spojrzeć na panią domu, choć wzrok uciekał w stronę piętrzących się na talerzykach słodkości: miękki, włoski marcepan, migdały obtoczone w czekoladzie, ciastka pieprzne wprost z przynależnego do Korony Polskiej Torunia, kostki różanego lokum obsypane cukrem pudrem, sprowadzane ku uciesze brytyjskich dyplomatów ze wszystkich zakątków świata. Ta jedna taca warta była więcej niż rocznych dochód jego matki. Przywołała do siebie chłopca skinieniem dłoni. “Jak ci na imię?” zapytała, odstawiając filiżankę na stolik. Gdy podszedł wzięła od niego tacę, zachęcając, żeby usiadł obok. Palce chłopca zacisnęły się w powietrzu, ale nie poruszył się. “Usiądź.” Głos pani domu był czuły. Nie krzyczała na niego tak jak kucharze, gdy próbował podkraść laddu, ani nie goniła go ostrymi słowy jak matka, kiedy zamiast zabrać rzeczy do prania przykucnął w kącie pokoju chowając się przed wszystkimi obowiązkami. Zdawała się być… nawet miła? Przysiadł na skraju kamiennej ławki, ale nie ośmielił się oprzeć pleców. Naraz przypomniał sobie, że zapytała go o imię. “Rishi, Bai Sahib.” Wręczyła mu talerzyk z łakociami, zachęcając bezgłośnie żeby spróbował. Rishi. Przez dłuższą chwilę tylko na nie patrzył. Pewnie spodziewał się, że wszystko okaże się jakąś próbą i dostanie po łapach za obrazę pani Velaris. A potem sięgnął po jedno z lokum. Zjadł go w dwóch kęsach pod czujnym spojrzeniem kobiety, z obawy, że ktoś odbierze mu słodycz. Cukier puder ubrudził kąciki jego wykrzywionych w przestrachu ust. Zacisnęła boleśnie palce na dziecięcym podbródku. Ale kara, której się spodziewał - nie przyszła. Zamiast tego poczuł jak ściera cukier z jego twarzy. Nie krzyczała. Nie gniewała się. Spojrzała wprost w lśniące od łez oczy dziecka; ciemnobrązowe prawie czarne. Może typowe dla miejscowych, ale błyszczały kolorem ciepłego bursztynu. Dokładnie tak jak oczy jej męża. Złagodniała. “Umiesz rozpoznawać gwiazdy, Rishi?” Uśmiechnęła się, gdy skinął głową, a zaraz potem zaczął pokazywać zawieszone na nocnym, portowym niebie kolejne konstelacje, z tą niekłamaną dziecięcą radością. Wszystko było dokładnie tak jak być miało. Lothlorien. “Jak?” Zapytała, unosząc lekko brwi. “Przecież tego nie da się przeczytać.” Rozszyfrowanie znaczków zdawało jej się wręcz niemożliwe.Siedzący naprzeciw mężczyzna żywo gestykulował, równocześnie uzupełniając tytoń w swojej fajeczce i tłumacząc zawiłości stworzonego przez siebie języka. Był zachwycony chyba samą tylko możliwością wyjaśnienia komuś tego nad czym pracował od lat. Laurelindórenan. Lothlorien. Lórien. Doprecyzował. Podniosła głowę znad rękopisu, który trzymała w dłoniach. Zorientował się, że była to pierwsza z jej strony reakcja jaką kiedykolwiek zdołał zaobserwować. Choć przez ostatnie tygodnie dość często odwiedzał jej męża, nie wiedział nic o swojej rozmówczyni. Znał ją jako panią domu - elegancką, zdystansowaną kobietę, która pojawiała się na początku spotkania, by dopilnować, aby gościom niczego nie brakowało. Potem znikała, nigdy nie zostając dłużej niż wymagała od tego etykieta. Nie doszukiwał się w tym drugiego dna - większość żon jego znajomych, czy to bliższych czy dalszych, reagowała podobnym znużeniem. Tamtego wieczora jednak został poinformowany, że gospodarz dostał pilne wezwanie i niebawem wróci. Dotrzymywała więc mu towarzystwa gospodyni. “Lorien.” powtórzyła za nim, mrużąc przy tym oczy jakby próbowała ocenić czy przypadkiem nie kłamie lub co gorsza, nie próbuje się natrząsać. “Z ciężkim sercem muszę przyznać, że to jedno to zasługa pani małżonka. Poskarżyłem się, że nic co układam nie pasuje do tej jednej krainy i historii. Akurat omawialiśmy Quenyi, wysoką mowę, i zaproponował jeden z rdzeni - Lor, co widzi Pani znaczy sen, choć bardziej senność, wizja senna. Loth jest zaś w języku potocznym…” W którymś momencie przestała go słuchać. Sunęła tylko opuszkami palców po literach nieznanego alfabetu, a gdy do gabinetu weszła służąca poinformować, że pan już wrócił i mogą przejść do gabinetu… podniosła się bez słowa z fotela. Profesor z początku nawet nie zauważył, że zabrała ze sobą rękopis, gdy się rozdzielili w korytarzu. Zniknęła mu z zasięgu wzroku, równie zdystansowana co zwykle. Lata później zorientuje się, że nawet nie znał jej imienia. Lorien. Wreszcie otwiera oczy. Powieki wciąż ciążą, ale zmysły koi słodki, metaliczny zapach krwi. Krew ją otacza, lepi się do ciała gęsta i ciepła. W półmroku nie jest w stanie dojrzeć gdzie kończy się jej powierzchnia, a gdzie zaczyna chłodny egipski porfir. Nieskończony ocean odbija blask świec. Jest chyba 2026 rok. “Przysnęłaś?” głos męża dobiega gdzieś z boku. Nie jest pewna od jak dawna przebywa w łazience. Może minuty, może godziny. Zawsze był cierpliwy. Kątem oka dostrzega jak podchodzi. Kuca przy niej. Wspiera się lekko przedramionami, a krew, w której zażywa kąpieli jego żona wsiąka w wyprasowany materiał koszuli. “Nie śpię. Tylko śnię.” odpowiada nie odrywając wzroku od migoczących w czerwonej tafli złotych punktów. Ale unosi ociekającą juchą dłoń. Wie, że mąż dociśnie do jej grzbietu czoło i ucałuje smukłe palce, na które sam wsunął wszystkie złote pierścionki. Wzdycha cicho. Loray. Lorenne. Laharini. Lorien. Jariya Loray. Lady Lorenne. Laharini Bai. Madam Lorien. Rūḥ ṭā’ir.
  • Odautorskie xoxo, łapcie mnie na discordzie.

    niedziela, 12 lipca 2026

    and the truth shall bind you

    16.07.2026DOPUSZCZENIE WIN pisane przez TOM MAYERS oraz YAUSEF SASSONHUNTER AND HANDLER FORCED COOPERATION
    In every cry of every Man, / In every Infants cry of fear, / In every voice: in every ban, / The mind-forg'd manacles I hear London, William Blake

    wtorek, 7 lipca 2026

    body language, body reading

    20.07.2026PLEŚŃ NAD PLEŚNIAMI pisane przez KOSMA WILLBUR oraz YAUSEF SASSONLIFE IMITATES ART ART IMITATES LIFE
    O, pardon me, thou bleeding piece of earth! Śledztwo, które może wpędzić cię do grobu.

    piątek, 3 lipca 2026

    A jeśli to nie ja jestem centrum wszechświata?

    YAUSEF SASSON TAREK ELSEIDIK Skrótowiec: Yausef Sasson, 21 lat, urodzony w Heresie, pogranicznym odłamie łowców, pozostającym na uboczu, tkającym swoją wizję wampiryzmu i świata. Kurier, łowca, Mizrachijczyk. ELCUCO 21 LAT ŁOWCA ON/JEGO DOSTAWCA UBER EATS
    I jeśli ten spektakl życia, który uważałem za tak dobrze napisany, ponieważ miałem wrażenie, że został stworzony dla mnie… w ogóle nie został napisany!?
    Większość dostaw kończy się w podobny sposób – zostawieniem torby z jedzeniem na wycieraczce. W tych rzadkich przypadkach, gdy ktoś otwiera drzwi, Yausef przemawia poprawną angielszczyzną z bliskowschodnią wymową. Potrafiłby bez, ale to zawsze rodzi zbędne pytania. Świetnie mówisz po angielsku, nasłuchał się. Prawie bez obcego akcentu. Gdzie się tego nauczyłeś? Oczywiście, że mówi świetnie. W końcu urodził się w Anglii. Narodziny Yausefa były darem, cudem istnienia – jak zresztą narodziny każdego dziecka w Heresie. Przyszedł na świat w najcieplejszym miesiącu roku. Zapowiedziawszy się w złotej godzinie, finalnie pojawił się, gdy słońce górowało nad horyzontem i nie mogło już wznieść się wyżej. Stary Maghrebi, prawa ręka Założycielki, popatrzył na jego oczy, usta, brodę, piętę, nos, i zaśmiał się. Proroctwo brzmiało: spójrz na niebo i policz gwiazdy, jeśli zdołasz to uczynić. Tak liczne będzie twoje potomstwo. A teraz weź chustkę, wydmuchaj nos i popatrz, bo i tam znajdziesz zapowiedź rodu. Jak gwiazdy na niebie, jak piasek na pustyni, jak smarki w nosie, tak rozpleni się twoja krew po ziemi. Yausef prędko wybacza, ale nigdy nie zapomina. Wgłębienie pod jego nosem jest wyraźniejsze niż u przeciętnego człowieka. To ślad po uderzeniu anioła. Odcisk palca przyciśniętego nad górną wargą, by uleciały wszelkie słowa prawdy, które jeszcze w łonie wyszeptywano mu do uszu. Ich górne chrząstki ma lekko zakrzywione, a płatki – blisko głowy. Chwyta je za każdym razem, gdy się sparzy i za każdym razem, gdy zaczyna się denerwować. To dlatego, jak powtarzała matka, że ucho z sercem jest związane. Niejednemu pękło od nadmiaru przykrych słów. Gdy musi przysiąc, kładzie rękę na kroczu – jak przodkowie, tylko inaczej to nazywa. Oni mogli łapać się pod biodro, pod udo, na znak przymierza. Ale Yausef urodził się w 2005 roku, więc lędźwie to dla niego odcinek kręgosłupa. Na znak przymierza może schwycić się za jaja. Rzadko jednak przysięga. Przy obcych nie czuje potrzeby, swoi wiedzą, że zazwyczaj nie kłamie. Mówi prawdę, żeby zobaczyć, co się stanie. Mija się z nią, gdy jest ryzyko, że zbędnie kogoś zrani. Prawda jest ważna. Człowiek ważniejszy. Prawda jest prawem, a prawo to chuj. Tak w końcu mówi twój Bóg. Na Uber Eatsie zwykle dostaje pięć gwiazdek. Jest prędki, zawsze był prędki. W dzieciństwie składał się głównie z długich nóg i wystających, brudnych kolan; na podwórku wyprzedzał każde dziecko. Biegał nawet szybciej niż niektóre starsze chłopaki. Najpierw zamieniono mu buty na sandały, potem i je zabrano. Zmuszono do startowania z opóźnieniem, kilka kroków za resztą, z najgorszego toru. Dołożono przeszkody. Wciąż kazano biegać. Wampir zły, gdy morduje naszych, wampir zły, gdy wysysa możnych, polityków, biznesmenów. Mało kto go dostrzega, gdy bierze się za nędzarzy, wygnanych, ćpunów. Założycielka zrobiła dobrą robotę, przynajmniej na początku. Oburzona niesprawiedliwością, odłączyła się od swojego starożytnego rodu, mierzącego się z wampirami od wieków, od zarania dziejów, kiedy jeszcze walczył o dobro człowieka. Potem – głównie o wpływy między różnymi plemionami łowców. Przyjmuje do Heresu wszystkich. Desperatów, migrantów, dłużników, byłych przestępców, uchodźców, dzieci przemocy, ludzi bez rodu i ochrony, za to z traumami. Daje im dach nad głową, jedzenie, broń, prawo i reguły. Ale to za mało. Człowiek potrzebuje też sensu i wiary – i Yausef o tym wie, bo też tego chce. Przecież jest jednym z nich. Odrzuca zbiegi okoliczności i los, bo przypadek zawsze wygląda jak znak. Bierze go do ręki, obraca, przykłada do ucha. Jeśli szumi, może to morze. Jeśli morze, może Exodus. Jeśli Exodus, trzeba wyprowadzić ludzi. Jeśli trzeba wyprowadzić ludzi, ktoś musi iść pierwszy. Jeśli ktoś musi iść pierwszy, dlaczego nie miałby to być on? Yausef nie jest bogiem. Nie jest nawet prorokiem. Wie, że jest człowiekiem. Ma ciało, które boli, skórę, którą da się przeciąć, serce, które może się zatrzymać, i gniew, który zamienia go w kogoś dużo głupszego niż by sobie życzył. Ma duszę, ale ma też jelita. I język plączący się przy za dużych emocjach. Poci się, krwawi, przy katarze cieknie mu z nosa, a przy seksie uchodzi z niego sperma. Rzadko kiedy mu to przeszkadza. Bo wie też, że nie wszyscy bogowie zaczynają od boskości. Najczęściej – od mitu. I od ludzkiej potrzeby. Reszta to doktryna. Doktrynę można zmienić. Potem naprowadzić na nią ludzi. A jeszcze potem, być może, poprawić Boga. Oko do patrzenia, nos do węszenia i przede wszystkim ucho do nasłuchiwania. Yausef wciska palec w ranę. Jest łowcą. Gdy musi, zabija. Gdy trzeba, okrutnie. Bez większej satysfakcji. Może się dogadać, może się układać. Ma ważniejsze cele. W chwili cierpienia zrobi pewnie to, co większość chłopców. Zawoła matkę. Nie chce śmierci, nie pragnie wieczności. Gilgul mówi jasno – umrzesz, ale twoja dusza wróci. Teorie są różne. Stary Maghrebi powtarzał, że wampir jak pluskwa – wlizie ci do łóżka, opije się krwi i nasra do pościeli. Z dupą, ale i duszą, która nie powędruje dalej, skoro wiecznie trwa.
  • ODAUTORSKIE Cytat z tytułu i początku karty za tomem szóstym Kota rabina Joanna Sfara, zresztą tytułowy bohater tuż obok spogląda z lewa na lewo.

    wtorek, 30 czerwca 2026

    Lista obecności — lipiec 2026

    Drogie Kiełki!

    Proszę o komentarz pod lipcową listą obecności, która będzie aktywna do 7 lipca do godziny 23:59. W komentarzu należy wskazać imiona oraz nazwiska wszystkich swoich aktywnych postaci.

    Piszący, którzy nie wykażą swojej aktywności, zostaną uznani za nieaktywnych — ich karty postaci oraz dodatki zostaną oznaczone etykietą "archiwum" oraz przeniesione do postów roboczych. Bohaterowie usunięci zostaną również ze spisu postaci a autorzy usunięci z blożka.

    sobota, 20 czerwca 2026

    Proszę mnie zostawić w spokoju, jestem zajęty. Popełniam samobójstwo.

    Sirio Carmine Zaccaria Ethan Torchio Skrótowiec: Syn włoskich dealerów narkotykowych oficjalnie utrzymujących się z hotelarstwa - Niedoszły samobójca - Blizny od noża na nadgarstkach - Żałoba po stracie przyjaciela - Wyrzuty sumienia - Depersonalizacja - Eksperymenty z dragami - Stęskniony za słońcem - Niebieski ptak o piórach splamionych cudzą krwią - Skrycie biseksualny Axolotl Przemieniony w lipcu 2025 r. (Bolonia, Włochy) Żongler ogniem Wampir o fizjonomii 25-latka Świadomie sięgając do zakazanego kartonu z metamfetaminą schowanego pod blatem recepcji jednego z luksusowych hoteli będących jedynie sprytną przykrywką dla działalności twojej familii, nie spodziewasz się jebanego zmartwychwstania. Szczególnie, gdy odczekawszy aż narkotyk zacznie działać, ukryty na zapleczu podcinasz sobie żyły. Pragniesz odejść z tego świata. Definitywnie i raz na zawsze. Nie chcesz, by ktokolwiek cię uratował. Odkąd twój najbliższy przyjaciel Manlio zasłonił cię własnym ciałem przed wrogą kulą codziennie masz wyrzuty sumienia. Powinieneś nacisnąć spust od razu, gdy zauważyłeś przeciwnika wychylającego się zza stosu pudeł w tym cholernym magazynie. Kilka sekund zawahania sprawiło, że straciłeś go na zawsze. Oczywiście zdajesz sobie sprawę, że po śmierci wylądujesz w piekle. Tyle że życie, które przyszło ci wieść na ziemi nieźle cię do tego przygotowało. Przynajmniej tak właśnie uważasz aż do momentu, gdy w chwili, w której spojrzenie staje się wreszcie zamglone z niedotlenienia jakiś po tysiąckroć przeklęty rzekomy bohater mający się za pierdolonego Mesjasza nagle nie postanowi poprzestawiać ci szyków. Nie mając już sił, by się z nim szarpać, z trudem wypowiadasz ciche nie. W obliczu wizji pogrążenia się w wiecznym śnie wreszcie stać się na tą małą oznakę buntu. Ale on i to sacrum jakim jest odwieczna obietnica nieuchronnego zgonu przemienia w profanum, by następnie oświadczyć bezczelnie uratowałem cię, mój synu. A ty najchętniej natychmiast być go rozstrzelał. Nawet nie musiałbyś szukać pistoletu, bo ten z pewnością jak zwykle leży grzecznie w górnej szufladzie biurka. Tyle tylko, że pieprzony pierwotny głód bierze górę nad dumą, wrzeszcząc niczym zgraja wściekłych psów tak długo aż po raz pierwszy nie poczujesz na czubku języka smaku ciepłej posoki mającej od tego pamiętnego wieczoru stanowić twoje główne uzależnienie. Nie wiedząc co począć z tym jebanym podarkiem w formie iskierki wieczności tlącej się od teraz w twojej duszy uciekasz za ocean. Wciąż bowiem jesteś jedynie miserabile codardo jak nazywali cię zawsze za plecami współpracownicy padre. Od dnia, a właściwie nocy nieudanego samobójstwa chyba zresztą jeszcze większym niż wcześniej. Wiecznie mglisty i deszczowy Londyn wydaje się idealnie oddawać twój obecny stan emocjonalny, więc postanawiasz się w nim osiedlić na stałe. Odszukujesz lekko walący się dworek ukryty wśród gęstwiny starych drzew sprowadzanych tu dawniej przez wiele pokoleń twoich krewnych i odremontowujesz go z własnych oszczędności. Wreszcie na coś przydało ci się wieloletnie ściąganie haraczy z nieszczęśników, którzy odważyli się kiedykolwiek podpaść twoim rodzicielom. Szkoda tylko, że twoje nowe chujowe ja jest przy okazji nieustępliwym kochankiem nocy za jedynego towarzysza mającym Kasjopeę, bo naprawdę tęsknisz za ciepłymi promykami italijskiego słońca muskającymi leniwie nagą skórę twarzy i ramion. Czyż można sobie wyobrazić większą dyferencję potrzeb ?
  • OdautorskieOsiągnęłam prywatny limit postaci. Więcej męczyć nie będę. Cytat w nagłówku pochodzi z książki pt.Kiedy byłem dziełem sztuki pióra Erica-Emmanuela Schmitta. Pan natchniony utworami Mariusza Lubomskiego. Przy okazji poszerzyłam swoją muzyczną półkę o kolejny zespół - Måneskin. Poszukujemy stwórcy do relacji chłodnej niczym syberyjskie śniegi oraz wspomnianego przyjaciela. Chętnie przyjmiemy wszelkie wątki i powiązania, szczególnie rodzinne. Ewentualna dodatkowa droga kontaktu: mailowo pod ptkaln@gmail.com lub na Discordzie pod pantera_sniezna.

    piątek, 19 czerwca 2026

    THE BIG UNSLEEP

    14.07.2026CIEĆ DO ŚCIĘCIA pisane przez Doran Gallagher oraz Gordon Goff ZABILI GO I WYSZEDŁ Z TEGO CIAŁO ZAMORDYZM W PRACY STUDIUM W SZKARŁACIE Zakazana morda czy mord zakazany? Czyli o tym, jak Doran Gallagher próbował przesłuchiwać Gordiego Goffa, który drugi raz spierdolił z objęć śmierci.

    THE UNHAPPY HOURS

    10.07.2026KREW NIE WODA, PIWO TEŻ NIE pisane przez Isobel de Kant oraz Gordon Goff I WANT TO SPEAK TO THE MANAGER TW: FRANCJA, KREW, SANEPID BLOODWEISER Do dna czy totalne dno? Czyli o tym, jak Gordie Goff wszedł do lokalu Isobel de Kant i natychmiast posądził ją o kantowanie.

    środa, 17 czerwca 2026

    PERSONAL GIFT. BLOODY PERSONAL

    30.06.2026PREZENT OD SERCA. I Z SERCEM pisane przez Korynt Baptiste oraz Gordon Goff PRZESYŁKA Z KRÓTKIM TERMINEM PRZYDATNOŚCI GŁODNYCH NAKARMIĆ UBER BLEEDS Przez tętnicę do serca, czyli o tym, że Korynt Baptiste prezentuje się zaiste, ale Gordie Goff tego nie szanuje. Do diabła z prezentami!

    wtorek, 16 czerwca 2026

    Hartwell Valeyev

    Amir "Hartwell" Valeyev George MacKay Skrótowiec: Norylsk, toksyczne śniegi i rudy łeb na tle szarego nieba. Od prawie 30 lat mieszkający w Anglii, dramatyzujący i wspominający, urodzony w tatarskiej rodzinie z Kazania, z łbem schowanym w przeszłości na tyle, by z ignorancją podchodzić do wszystkiego, co nowe. rat 27 (66) Inspicjent teatru Piccadilly On/Jego WAMPIR Każda z polarnych nocy w Norylsku pachniała tak samo; metalicznie. Nie krwią, tylko niklem, a dzieciom wmawiało się, że poświata znad pieców hutniczych była znakiem nadchodzącej wiosny, gdy słońce nie miało siły wychylić się znad horyzontu i miasto, przez czterdzieści cztery dni w roku, pochłonięte było w niekończącym się zmierzchu. Do Norylska wysłali go, żeby pilnował porządku. Doniósł na jednego, drugiego, na lokalną bratwę, prezesów Norniklu i tajny ruch opozycyjny. Pakhana, głowę owej bratwy, sześć lat starszego Dimitra, poznał w barze, a większość kolejnych wieczorów spędził w jego mieszkaniu, wsparty plecami o żebra syczącego kaloryfera, prędko zapominając o tym, po co się tam znalazł. Dimitri poił go ciepłą wódką i historiami o swoim ojcu, Amir opowiadał o latach w Kazanie i belyszach swojej matki; nigdy nie mówili o pracy. - W Murmańsku jest taka miejscówka, wiesz, wszyscy się tam znają. Ojciec mnie tam zabierał za dzieciaka na spotkania, nie masz nawet pojęcia ile towaru- - - Dima. Dimitri odwraca głowę w jego stronę, w kąciku ust zwisa niedopalony przed godziną papieros, a spojrzenie mięknie, nieznacznie. Ciszę przerywa zgrzyt zapalniczki. - Wiem, wiem, jesteś zdrowszy kiedy- - - Cicho - Amir przerywa mu, sięgając do telewizora. Klepie siarczyście w plastikową obudowę, a obraz powraca do normy - Rewizor. Gogol. Oglądaj. Przez trzy lata karmił KGB skrawkami wygodnych informacji; w Dimitrim zakochał się, a przynajmniej teraz tak mówi, koloryzuje, jak wszystko, co z Norylskiem jest związane. Nie pamięta już jego głosu, tylko zapach Kazbeków, poniszczone dłonie i dwa miesiące białych nocy. Później, w podświadomości karmionej amokiem i toksycznym śniegiem, jest już tylko zamarznięta tundra i malowane czerwienią szlaki. Hartwell, jak dowiedział się po latach, nie jest wcale imieniem, a nazwiskiem. Wybrał je zapatrzony w tabliczkę zdobiącą jedną z rzeźb postawioną pośród szarości Regent's Park, zaczął używać, gdy pozbył się resztek akcentu, a kopia Koranu matki przestała parzyć w palce. O Amirze mówi, jakby był inną osobą, bo ten przecież w Londynie nigdy by się nie odnalazł. Zostawił go w pamięci zmarzliny przykrytej brudnym śniegiem, pod żółtym niebem, wołającego za matką.
  • Odautorskie Pisany w rytm Noel's Lament z musicalu Ride the Cyclone, bo nie mogłam się zdecydować, czy mocniej wczuć się w muzykę czy wczytać w zwyczaje kulinarne Tatarstanu. Najłatwiej złapać mnie na discordzie (.matrona). Na razie nie mam wymagań; za długa przerwa pisarska, wiecie jak jest. Odpisuje w różnym tempie, ale nie zostawiam na lodzie bez słowa.

    Into the fire and born again

    CHASE
    MEILING
    Wu
    właściwie chastity meiling wu — urodzona 11.11.1997 w Edynburgu, w Szkocji — zwykła śmiertelniczka od ponad miesiąca znów dzierży broń — łowczyni z dziada pradziada — czarna owca rodziny; jako jedyna w swoim pokoleniu zrzekła się tytułu łowcy i starała odciąć się od nadnaturalnego świata — córka marnotrawna; wróciła, nie dlatego że chciała, ale dlatego że nie miała innej opcji — obecnie w londynie na tropie wampira, który odbrał jej jedyną osobę, na której kiedykolwiek jej zależało — tancerka w klubie nocnym stworzonym z myślą o wampirach; swoją prawdziwą motywację do pracy tam ukrywa pod zalotnymi uśmiechami, pięknymi kłamstwami i układami naznaczonymi własną krwią — relacje

    Myślałaś, że już z tym wszystkim skończyłaś — rozdział zamknięty, książka odłożona na półkę, do widzenia. Myślałaś, że udało ci się odciąć od całego tego gówna, jakim jest twoja rodzina — na dobre tym razem, szczątki mostów za twoimi plecami wciąż tlące się resztkami płomieni. Myślałaś, że już nigdy więcej nie weźmiesz broni do ręki — ale powinnaś była wiedzieć, że nie będzie tak łatwo, że los zaśmieje ci się w twarz, uderzając cię pięścią w brzuch raz, i jeszcze jeden, i kolejny.

    Twoja rodzina nigdy nie JEJ nie lubiła. Odkąd tylko ONA po raz pierwszy pojawiła się w twoim życiu, patrzyli na NIĄ spode łba, tylko czekając na wymówkę, by cię od NIEJ odciąć. W JEJ obecności widzieli słabość — kruchość ludzkiego życia, naiwność wynikającą z niewiedzy. Dla nich, ONA była ucieleśnieniem niebezpieczeństwa — demonem zesłanym po to, by sprowadzić cię na złą drogę, zwodniczym światełkiem pośród czarnych głębin oceanu, neonowym znakiem wskazującym: tędy do normalności.

    Dla ciebie, ONA była wszystkim — powiewem świeżości w twojej dusznej, sztywnej rzeczywistości, zalążkiem indywidualności powoli kiełkującym wśród rygorystycznych zasad i nierealnych oczekiwań. JEJ spojrzenie na świat, niesplamione brutalnością i bezwzględnością wśród której żyłaś od maleńkości, w niczym nie przypominało twojego własnego — pełne było kolorów i beztroski, wolności, której nigdy nie było dane ci zasmakować. Niczym ćmę do płomienia, ONA przyciągała cię — powietrze wokół NIEJ naładowane niewidzialną energią silniejszą niż pole grawitacyjne. Chciałaś być bliżej — na tyle blisko by dotknąć, poczuć, posmakować; na tyle blisko, by dać się pochłonąć, aż Chastity-łowczyni przestałaby istnieć.

    Powinnaś była wiedzieć, że świat nie będzie na tyle łaskawy, by dać ci odejść — i to ONA była ceną, którą dane ci było zapłacić. Piętnaście lat ukrywania prawdziwej natury świata i splamionej krwią rzeczywistości, piętnaście lat udawania normalności, piętnaście lat kłamstw, naginania prawdy i wymówek, i–

    Koniec.

    Puste mieszkanie, opróżniona szafa, i kartka na lodówce: nie szukaj mnie.

    Mogłaś to przewidzieć. Gdybyś tylko uważniej obserwowała, zadawała pytania, nie odpuszczała... Wiedziałaś, że coś było na rzeczy — wiedziałaś, że ONA coś ukrywała, JEJ spojrzenie nigdy nie zatrzymujące się na tobie na dłużej niż parę sekund. Powietrze ciężkie było od niewypowiedzianych słów, z każdym dniem coraz mocniej ściskające twoje płuca, a ty — MILCZAŁAŚ. W ciszy obserwowałaś, jak wasza relacja rozpada się, bo bałaś się, że najcichszy nawet dźwięk wywoła lawinę, której nie będziesz w stanie powstrzymać.

    Chciałaś być NORMALNA — nie sądziłaś tylko, że ukrywanie prawdy za milionem mask odbierze ci jedyną osobę, na której ci kiedykolwiek zależało.

    Broń nie leży w twojej dłoni tak komfortowo, jak niegdyś — ale chociaż minęła już dekada, twoje mięśnie wciąż pamiętają, jak się poruszać, przeładować magazynek, celować. Znów oswajasz się z ciężarem noży i sztyletów pochowanych pod ubraniami, a rankami trenujesz, w głowie słysząc głos ciotki krytykujący twoją kondycję i technikę. W pracy uśmiechasz się i udajesz zafascynowaną wampirami śmiertelniczkę — i chociaż skóra cierpnie ci na samą myśl o ich dotyku, to zbliżasz się, flirtujesz, uwodzisz.

    NIE SZUKAJ MNIE, napisała.

    Ale ty nie zamierzasz przestać, póki JEJ nie znajdziesz.

    You say you're not afraid to die
    But take off the armor
    'round your chest
    What's left inside?

    Cześć!
    W końcu witam się wraz z moją pannicą i zapraszam do zabawy! Chase to z natury raczej miłe stworzenie, ale zabije każdego, kto stanie jej na drodze do odnalezienia swojej zaginionej psiapsi, lojalnie ostrzegam. W relacjach dwie duszyczki do oddania.
    Na wizerunku Andy Blossom, w tytule oraz karcie Teya&League of Legends, reszta moja.
    mail: boromir.is.my.boyfriend@gmail.com // discord: nikt.

    RAVE TO THE GRAVE

    27.06.2026KIEPSKI KŁYMAT DO ROZMOWY pisane przez Lotte Eisenhart oraz Gordon Goff HYDRAULIKA (RURA MUSI JEBAĆ) WAMPIRA I ŁOWCZYNI ROZMOWY TAŃCZYĆ? ZATAŃCZY TO CO NAWYŻEJ CIĘCIWA Rura niezgody, czyli o tym, jak Lotte Eisenhart zgotowała Gordiemu Goffowi los gorszy od śmierci oraz wampiryzmu i zesłała go do rejwowej otchłani.
    Aktywni: 0

    Cieszymy się, że tu jesteś. Trafił_ś na blog fabularny Bunt Ikara, gdzie możesz wcielić się w wampira, łowcę wampirów albo zwykłego śmiertelnika.

    Wiemy, że nasza oprawa wizualna może różnić się od klasycznych blogów fabularnych, dlatego przygotowaliśmy krótki poradnik, który pomoże Ci odnaleźć się na start.

    Przejdź do poradnika